niedziela, 12 maja 2019

"Koniec scenarzystów" Wojciech Nerkowski

Tytuł: Koniec scenarzystów
Autor: Wojciech Nerkowski
Wydawnictwo: Czwarta Strona 
Liczba stron:416

Lubię czytać książkowe serie. Kiedy już poznam bohaterów, zżyję się z nimi, to z chęcią wracam do powieści, które są kontynuacją ich perypetii. I tak właśnie jest z książkami Wojciecha Nerkowskiego - zachwycił mnie "Spisek scenarzystów", chętnie przeczytałam "Zdradę scenarzystów" i także po "Koniec scenarzystów" sięgnęłam bez wahania. I nie żałuję ani jednej chwili, którą spędziłam z tą książką. Wspaniałe zakończenie całej historii, pięknie postawiona kropka nad i. Ale... po kolei. 

Sylwia i Kuba wyjeżdżają do Hollywood. To właśnie tam czeka na nich wielka, światowa kariera, a przynajmniej mają taką nadzieję. Podróżują, żeby sprzedać swój scenariusz jednemu z największych i najbardziej znanych producentów. Leśniewcy mają stać się sławni - przynajmniej w teorii, bo w praktyce pierwsza umowa jest mocno niekorzystna. 

Bardzo miło spędzają czas za oceanem - imprezy, drinki, znani aktorzy - któż nie chciałby pobyć przez chwilę w wielkim świecie. Jednak przypadkiem trafiają na historię, która burzy ich spokój, a jednocześnie powoduje niezdrowe zainteresowanie i zaangażowanie. Adam, którego poznają na jednej z imprez, szuka swojej dziewczyny, która zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Rodzeństwo angażuje się w tę historię, zwłaszcza że jest ona niezwykle zawiła. Mandy znika, jej współlokatorka ginie, a Kuba z Sylwią trafiają na imprezę, która przerasta ich najśmielsze wyobrażenia. Nie wiedzą, co to za tajne ugrupowanie, czemu ma służyć tak tajemniczy zlot ludzi w maskach, a przede wszystkim, jaki ci ludzie mają związek z ich śledztwem. Kosztuje ich to jednak dużo lęku, wzbudza niezwykle silne emocje i sprawia, że chociaż raz dochodzą do wniosku, że to wszystko zaszło za daleko. Zwłaszcza, jak otoczenie orientuje się, że są tu nielegalnie. Zwłaszcza, jak podejrzewają niektórych o najgorsze postępki. Zwłaszcza, jak wszystkie ścieżki prowadzą do rozpustnych orgii, współtowarzysze grzeszą nagością, a wszystko jest do bólu tajemnicze i niezwykłe.

Nie jest łatwo odnaleźć się w innej kulturze, ani też żyć pod ciągłą presją. Godne podziwu jest zachowanie rodzeństwa, które stara się odnaleźć zaginioną dziewczynę, rozwikłać zagadkę - często narażając swoje zdrowie, a może nawet życie. Sylwia jest pewniejsza siebie i bardziej przebojowa niż wcześniej, Kuba za to traci rezon, dużo przebywa z Dżolantą, która robi z nim, co chce. Przegania po galeriach, sklepach, kosmetyczkach, zalewa potokiem słów. Sylwia staje się też odważniejsza uczuciowo - potrafi nazwać swoje potrzeby, nie boi się nagłych porywów serca, ani też nie ulega temu, któremu już nie potrafi zaufać.

Akcja książki dzieje się  w Ameryce, ale chwilami przeskakuje do Polski, gdzie Paloma wiezie Sylwię do szpitala. Sylwię w bardzo złym stanie psychofizycznym. Sylwię, przy której nie ma brata, która skazana jest na swoją szefową, która boi się o swoje życie. Bardzo fajny zabieg, który rozbudza ciekawość czytelnika. Pomieszanie teraźniejszości z tym, co działo się kilka miesięcy wcześniej - to zawsze działa. Tu dodatkowo stopniuje napięcie.

Jest mi smutno, że to ostatnia część trylogii, tym bardziej że ta część podobała mi się najbardziej. Pięknie domknięta historia, która pozostawia czytelnika w swojego rodzaju niedopowiedzeniu, a zarazem w fantastyczny sposób pokazuje dalsze losy rodzeństwa. Szczególnie zachwyciło mnie to, jak Autor poprowadził wątek Sylwii. Jednak nie będę zdradzać szczegółów, warto samemu sprawdzić, co Wojciech Nerkowski przygotował dla czytelników. 

Podobnie jak poprzednie części, "Koniec scenarzystów" też utrzymany jest w lekkim klimacie. Nie ma krwawych morderstw, ani mrożących krew w żyłach akcji. Kiedy ma być poważnie, to jest, ale nie brak też humoru, a całość jest bardzo przyjemną propozycją, którą polecam i polecać będę. Miło było przenieść się chociaż na chwilę do Ameryki i poczuć ten niezwykły, hollywoodzki  klimat, znany tylko z filmów i seriali. 



Pojawiła się na stronie Autora oficjalna informacja, że w czerwcu kolejna książka. Czekam zatem!
A za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona. 


czwartek, 28 marca 2019

"Sprawa Salzmanna. Trup, którego nie było" Monika Kassner

Tytuł: Sprawa Salzmanna. Trup, którego nie było
Autor: Monika Kassner
Wydawnictwo: Zimny Priessnitz
Liczba stron: 182


"Sprawa Salzmanna. Trup, którego nie było" Moniki Kassner to jedno z moich największych wyzwań czytelniczych. Urodziłam się w Częstochowie, więc z językiem śląskim nie miałam nigdy do czynienia. Później studiowałam w Sosnowcu, wróciłam do Częstochowy, znowu zamieszkałam w Sosnowcu. 8 lat temu los rzucił mnie do Chorzowa i chociaż jestem tutaj dość długo, to po śląsku wciąż ni w ząb. Chyba najwięcej nasłuchałam się go w serialu "Diagnoza", w którym według mojego męża mocno go kaleczą.

I tak naprawdę niby wiedziałam, że częściowo ten śląski się pojawi, ale chyba nie wiedziałam, że aż na taką skalę. Pierwsze strony - zagubienie, ale potem? Poszło! Naprawdę poszło i dalej już czytało mi się tę książkę wyśmienicie.

Tytułowy Salzmann jest przedsiębiorcą, który posiada własną restaurację. I mnóstwo długów. Nie wytrzymuje presji i popełnia samobójstwo - a przynajmniej tak się wszystkim wydaje. Policja nie przeprowadza zbyt dokładnego dochodzenia: szybka identyfikacja zwłok, kilka przesłuchań i zamknięcie sprawy. Całą tą historią interesuje się Jendrysek, radca prawny, który prowadzi sprawy byłych wierzycieli Salzmanna. Nie wierzy on w wersję z samobójstwem. W restauracji zaczynają się kradzieże, a w sprawę wplątana jest niezwykle piękna kobieta  - Inga Bittner, narzeczona Salzmanna. Czy to przypadek? No właśnie nie do końca.

Razem z bohaterami wędrujemy po świętochłowickich ulicach, odwiedzamy sklepy i urzędy, które istniały wiele lat temu. Przenosimy się w niezwykle klimatyczne miejsca, poznajemy ciekawe postaci, tak różne od tych współczesnych. Niezwykły klimat lat trzydziestych, bardzo dobrze oddany na kartach książki, to wielki atut "Sprawy Salzmanna". Autorka przedstawia tło wydarzeń realistycznie, a i akcja powieści jest niezwykle spójna, dobrze prowadzona, a przez to ciekawa.

Inga Bittner nie jest osobą, która wzbudziła we mnie pozytywne odczucia. Pusta, przebiegła i żerująca na innych lalka, żyjąca utopią, nadzieją, że obietnice Salzmanna kiedyś się spełnią. Przesadnie dba o siebie i o swój wygląd, igra z losem i z prawem. To pierwsza osoba, którą sięga ręka sprawiedliwości - chociaż uderza w jej zachowaniu bardziej naiwność niż prawdziwa potrzeba czynienia zła, to jednak nie da się jej polubić.

Jendrysek ma rodzinę, z którą nie dane jest mu spędzić za wiele czasu. Przesympatyczna żona Hajdelka prowadzi dom i czuwa nad swoimi najbliższymi, a córka Helga ciągle pakuje się w kłopoty. W tym układzie to tata Adolf wydaje się tym, co niby karci, ale tak, że wychodzi na tego łagodniejszego rodzica. Wydają się szczęśliwi, chociaż praca, późne powroty i wyjazdy radcy zaburzają rodzinną sielankę. Śledztwo w sprawie Salzmanna prowadzi Jendryska do zaskakujących kroków, takich jak kupno trzewików dla żony czy bliska relacja z podejrzaną. Taką drzazgą w moim sercu stał się ten jeden moment w trakcie lektury, bo chociaż Hajdelka nie wie, a on tłumaczy sobie pewne sprawy działaniem na potrzeby dochodzenia, to jednak... są zasady, których nie powinno się łamać.

Powieść ta była dla mnie bardzo pozytywnym doświadczeniem. Akcja książki jest dość dynamiczna - sporo się dzieje, chociaż całość ma tylko około 200 stron. Poza rozwiązaniem sprawy znikających produktów z restauracji, rozwiązaniem sprawy Salzmanna mamy też strzelaninę, sekcję zwłok i zagraniczną podróż pełną przygód. Warto sięgnąć po tę lekturę, warto zmierzyć się z dialogami po śląsku (zwłaszcza, jeżeli nie miało się z nim wcześniej do czynienia), a po wszystkim warto odwiedzić Świętochłowice i sprawdzić jak zmieniła się przez te wszystkie lata okolica i czy można znaleźć jeszcze jakieś ślady jendryskowej rzeczywistosci. Ja w każdym razie planuję taką wycieczkę w najbliższym czasie.



Dziękuję Autorce za piękną przygodę czytelniczą i mam nadzieję, że ciąg dalszy nastąpi.


czwartek, 14 marca 2019

"Morderstwo w Hotelu Kattowitz" Marta Matyszczak

Tytuł: Morderstwo w Hotelu Kattowitz
Autor: Marta Matyszczak
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 302


Do opowieści o Solańskim, Róży i ich wiernym, psim przyjacielu powracam zawsze z nieukrywaną przyjemnością. Przede wszystkim bardzo lubię rezolutnego czworonoga, bez którego Szymon błądziłby we mgle i nie rozwiązałby żadnej zagadki. Poza tym grono starych, dobrych znajomych powiększyło się o kota! No dobrze, na chwilę, ale jednak. Moja słabość do kotów jest tak wielka, że z wielką przyjemnością kibicowałam nowemu zwierzakowi Róży.




Tym razem akcja przenosi się do Katowic, gdzie zostaje zamordowana piosenkarka DJ Dzidzia. Kto miał motyw? Nie wiadomo! Jednak w sprawę wplątanych jest sporo osób, a te niewplątane zachowują się niezwykle podejrzanie. Ot np. mama Róży we własnej osobie... zamyka swojego męża w komórce i plądruje swój własny dom. Cuda i dziwy wyprawiają się na Śląsku, Solański stara się prowadzić śledztwo, a jednocześnie uwieść swoją przyjaciółkę. Nie ulega wątpliwości, że bije mu mocniej serce, a i jej serce nie pozostaje obojętne. I ta cała skomplikowana relacja niestety komplikuje rozwiązanie zagadki, bo młodzi, zamiast współpracować, załatwić sprawę raz-dwa, to kombinują. Kombinują aż zanadto, a kwiaty w toalecie przelewają czarę goryczy. Nie inaczej jest z łańcuszkiem z odciskiem psiej łapy. Niejasne pretensje, rozmowy nie wprost, zabawa w kotka i myszkę... to dominuje w relacji Solańskiego i Róży. A w tle kręci się jeszcze Potomek-Chojarska i Ból. I jak tu prowadzić śledztwo i łapać mordercę?

Nie jestem do końca przekonana czy podoba mi się relacja tej dwójki. Osobiście nie lubię w literaturze przegadanych i przekombinowanych związków. Nie znoszę obrażających się bohaterów - obce mi takie zachowania i nie trawię ich w książkach. Dorośli ludzie! Życie byłoby dużo łatwiejsze, gdyby potrafili rozmawiać o swoich uczuciach i potrafili się z nimi zmierzyć. Nie tylko na zasadzie -  nie pasuje mi, nie spełniłeś/spełniłaś moich wydumanych oczekiwań, to odwrócę się na pięcie i sobie pójdę. Ewentualnie zamknę się w sobie i pójdę z kimś innym na kawę. Nie. To zupełnie tak nie powinno wyglądać i chociaż on jest ciapowaty, a ona niezdecydowana, to jednak kwestię swojej relacji powinni rozwiązać. Pilnie! Zanim całość zmieni się w telenowelę z kundelkiem w tle.

W tej części "Kryminału pod psem" pojawił się język śląski - w scenach Alojza i Pejtera. Niezmiennie stanowi on dla mnie spore wyzwanie, bo na Śląsku jestem przejazdem.  I po prostu nie mówię, nie rozumiem... dobrze, że mam niezawodną kobiecą intuicję i jestem w stanie domyślić się większości. Całe szczęście Autorka zadbała o tłumaczenie dla takiego gorola jak ja. Uważam jednak, że to świetny zabieg, wprowadzenie do tekstu języka, który powinien być pielęgnowany na wszelkie możliwe sposoby. Zwłaszcza dla osób, które nie mają z  nim do czynienia. Marta Matyszczak w sposób bardzo sympatyczny pokazuje Katowice, które ostatnimi czasy pięknieją. Mam przyjemność pracować w okolicy miejsca zbrodni (w zasadzie tylko Superjednostka zasłania mi widok na hotel), często wędrować po rynku czy okolicznych galeriach, pijać kawę w kawiarni, w której bywają bohaterowie. To takie miłe uczucie, kiedy akcja książki dzieje się w tak dobrze znanej okolicy. Nadmienię jeszcze, że do mieszkania Szymona też nie mam daleko, rzekłabym, że 5 minut spacerkiem, więc tym bardziej czuję, że jestem w centrum tych wydarzeń - i tych katowickich, i tych chorzowskich. Moje drogi bardzo dokładnie przecinają się z drogami Solańskiego. Nawet schronisko na Opolskiej i ulubiony weterynarz Gucia są w zasięgu mojego spaceru.

Cieszę się, że rozwiązała się (póki co) kwestia bogactwa Szymona. Jego zgubny nałóg wypadł bardzo wiarygodnie, a powrót do  dawnego życia uwiarygodnił też jego postać. Wcześniej było nienaturalnie, teraz odzyskaliśmy dawnego Szymona - w wytartych spodniach, z pustym kontem. Dla akcji dobrze, dla niego gorzej - wiadomo. Chciałabym jeszcze, żeby w kolejnych częściach Szymon zmądrzał. Zresztą Róża też. Nie potrafię pogodzić się z ich skomplikowaną relacją - chociaż relacja jak relacja, ale te dziecinne, rodem z podstawówki zachowania? A brrr!

Jednak sporo prawdy jest w tym, że bohaterowie mają wzbudzać emocje - i pozytywne, i negatywne, a Róża z Szymonem na pewno wzbudzają (na zmianę i takie, i takie). Dlatego z taką przyjemnością wracam do nich, dlatego taką sympatią darzę tych niezdecydowanych, zbuntowanych, nierozgarniętych bohaterów. Czekam na kontynuację, mam nadzieję, że dla odmiany poobserwuję bohaterów w poważnym związku, w całkiem nowej relacji, w całkiem nowej odsłonie. Tego sobie najbardziej życzę. 




A Autorce dziękuję za kolejne spotkanie z chorzowskim bohaterami. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie uda mi się wybrać na jakieś spotkanie autorskie. Dziękuję także za wspaniałą dedykację.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Dolnośląskiemu.
 
 


środa, 27 lutego 2019

"Klamki i dzwonki" Magdalena Knedler

Tytuł: Klamki i dzwonki
Autor: Magdalena Knedler
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 348

To nie było moje pierwsze spotkanie z Autorką. Jakiś czas temu czytałam "Nie całkiem białe Boże Narodzenie" i bawiłam się przy tej książce wyśmienicie. Bez wahania wzięłam do ręki kolejną powieść i jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że jest ona utrzymana w zupełnie innym klimacie. Nie kryminał, a kawałek porządnej, niezwykle subtelnej obyczajówki. I to zdumiało mnie bezgranicznie, bo nastawiłam się na trzymającą w napięciu, wartką akcję, a w zamian dostałam piękną opowieść o niezwykłej miłości, o sile przyjaźni i o tym, ile człowiek jest gotów zaryzykować, żeby odmienić nie tylko swoje, ale też czyjeś życie.

Eliza jest poetką, która właśnie wydała tomik. Samotna, niezależna i dumna ze swoich osiągnięć, dostaje wiadomość od przyjaciółki z dawnych lat. Kiedyś poróżnił je chłopak, dzisiaj spotykają się w szpitalnej sali, w której jedna leży i czeka na najgorsze, a druga przychodzi wysłuchać niedorzecznej propozycji. Postaci w powieści jest kilka, wątków jest kilka, ale to ta rozmowa, ta prośba, a właściwie błaganie, jest kluczowe dla dalszych wydarzeń. Eliza zgadza się zaopiekować córką przyjaciółki - na czas jej leczenia za granicą, a na wypadek śmierci już na zawsze. Zgadza się, chociaż nigdy nie miała dzieci, chociaż nie wie, jak to jest być mamą. Zgadza się, bo jest jej przykro, że ktoś, kogo kochała, kto był częścią jej świata, teraz umiera. A przede wszystkim zgadza się, bo gdzieś w głębi duszy nie chce już być sama, chce mieć namiastkę rodziny. Razem z córką dostaje dom, zakład fryzjerski i szansę na lepsze życie. Poeta nie zarabia kokosów, a dorabianie w bibliotece też nie przynosi takich zarobków, żeby wieść spokojne życie.

Los stawia na drodze Elizy miłość jej życia. Przewrotnie - ona jest też jego miłością. Jedna ulotna chwila w bibliotece wieki temu sprawiła, że tych dwoje zawsze o sobie marzyło, zawsze było sobie pisanym. Tylko jakimś cudem nie było im pisane związać się ze sobą, bo on wybrał inną, chociaż sam nie wie, czemu. A w życiu tak właśnie bywa - prawdziwa miłość musi czasami poczekać na swoją szansę.

Równolegle z historią tej dwójki - wziętego prawnika i poetki z nową córką na stanie, toczy się opowieść o młodej dziewczynie, która pokochała najmocniej, jak umiała. Pokochała wbrew wszystkim, wbrew zdrowemu rozsądkowi i wbrew najbliższym. Pokochała drania, który nie był wart jednego spojrzenia i który wrobił ją w wypadek samochodowy. Zamknięta w sobie, nieszczęśliwa, z matką, która ośmiesza ją w sieci - szuka wsparcia w swoim prawniku. Początkowo idzie w zaparte, ale w końcu dociera do niej, że to nie o to chodzi, żeby brać na siebie winę za cudze czyny, że miłość to nie cierpienie, aż w końcu, że jej ukochany to zwykły łotr, który bezwzględnie ją wykorzystał.

"Klamki i dzwonki" Magdaleny Knedler to taka książka, od której nie można się oderwać. I chociaż ciężko powiedzieć, że akcja biegnie wartko, a postaci są genialnie napisane, to całość jest pięknie ułożoną historią, w której zazębiające się ze sobą wątki tworzą ciekawą i skłaniającą do przemyśleń opowieść. Czytelnik poznaje tragedię kobiety, która wychowuje samotnie córkę i musi znaleźć dla niej kogoś, kto ją wychowa na ludzi, kto będzie obok i wesprze, kiedy przyjdzie najgorsze. To tragiczna historia mamy, która z miłości usuwa się cień i wybiera najlepszą osobę na swoje miejsce. Która czuwa nad powodzeniem całego przedsięwzięcia, która woli umierać w samotności niż skazać swoje dziecko na ogromne cierpienie i smutne, trudne wspomnienia. Piękna postawa pełna miłości.

Eliza jest rozdarta pomiędzy swoim nowym życiem a uczuciem, które powraca z ogromną siłą. Kocha i chce być kochana, a zarazem wie, że w życiu Alberta jest ta, którą wybrał. I chociaż ich relacja jest trudna, to jednak to ona ma pierwszeństwo. Albert jawi się tu trochę jak taka niezdecydowana, ciepła klucha, chociaż jestem w stanie zrozumieć jego postawę. Tyle wspólnych lat, tyle starań o dziecko, tyle wzlotów i upadków - nie można takiej historii od tak przekreślić, więc nie potrafi odmówić swojej żonie, kiedy ta potrzebuje pomocy. Razem muszą dojrzeć do decyzji o tym, że rozstanie jest niezbędne.


Postaci w tej książce nie da się nie lubić (może poza Albertem), są mocnym punktem powieści. I chociaż "Klamki i dzwonki" poruszają wiele trudnych tematów, to jednak są napisane z niezwykłą lekkością. To sprawia, że przygody naszych bohaterów czyta się z wielką przyjemnością. Autorka pięknie operuje słowem i gra emocjami - trudne tematy, uczucia, przemyślenia i rozterki przestawia w sposób niezwykle realistyczny.

Książka przeczytana w ramach współpracy z księgarnią TAK CZYTAM Katowice i Śląskimi Blogerami Książkowymi. ŚBKów warto polubić TU.
A do księgarni warto się przespacerować, bo to wspaniałe, ciepłe miejsce z wieloma książkami w bardzo korzystnych cenach!



Książkę zaliczam do lutowej części wyzwania Trójka e-pik na blogu Książki Sardegny.

czwartek, 21 lutego 2019

ŚBK: Nasze smaki

Post powstał w ramach wspólnego pisania z ŚBKami. W tym miesiącu opowiadamy o ulubionych smakach. Tak dla odmiany porzucamy na chwilę książki i skupiamy się na kulinariach! 

Smaki, preferencje żywieniowe, ulubione produkty to u mnie niestety temat rzeka! Czemu niestety? Niestety temu, że to, co lubię, niekoniecznie  pokrywa się z tym, co mogę. Jak żyć? 




1) Napoje
Powszechnie wiadomo, że najzdrowsza jest woda i tą ją powinno się codziennie pić w dużej (odpowiednio dostosowanej do organizmu) ilości. Osobiście wody nie lubię - nie pasuje mi, jest okropna i uznaję tylko w wersji bąbelkowej. Najlepiej z cytryną lub limonką. 
Na szczęście (dla mnie, bo nie mogę) nie lubię słodkiego picia - soki, wszystkie pepsi i inne kolorowe napoje nie pasują mi zupełnie, więc bez żalu zrezygnowałam. Chyba że do pizzy. Czy da się zjeść pizzę bez coli? Ano nie. 
Kawa - napój bogów. Bez kawy nie funkcjonuję, a poza tym lubię jej smak. I to sprawia, że jest codziennym dodatkiem do dwóch/trzech posiłków. 
Za to niezwykle skomplikowaną relację mam z herbatą - czarna mogłaby nie istnieć, wszystkie pozostałe odmiany lepiej toleruję i chętniej parzę, ale też mogłabym bez nich żyć. Jedynie zielona jest dla mnie obowiązkowym punktem dnia - ale to chyba bardziej przyzwyczajenie niż prawdziwa przyjemność. 

2) Warzywa i owoce
Warzywa i owoce to podstawa mojego wyżywienia. Od zawsze i już chyba na zawsze. W sumie nie ma takiego warzywa, którego nie lubię (przynajmniej od czasu, kiedy przekonałam się do bakłażana), chociaż nie udało mi się jeszcze przyrządzić smacznego dania z dyni. Warzywa stanowią pół talerza do każdego mojego posiłku i zdecydowanie nie wyobrażam sobie inaczej. 
Gorzej z owocami, bo to moje wielkie miłości (z wyjątkiem jabłek i truskawek, te w sumie mogłyby nie istnieć), ale mój organizm słabo sobie z nimi radzi i muszę je mocno ograniczać - wręcz ważyć! Straszne, jedna z większych moich żywieniowych bolączek! 



3) To, co tygryski lubią najbardziej.
Opcje wytrawne
Najbardziej to lubię pizzę. Nie ma chyba łatwiejszego wyboru w dni, w które lodówka pusta i obiad się nie wstawił. Co prawda nie mogę pizzy (ani tej coli, bez której jej nie zjem), ale to chyba jedyna opcja z listy zakazanych, dla której zdarza mi się robić wyjątek! 
Codziennie mogłabym jeść leczo. Niby to nic wyszukanego, niezwykłego, a robię bardzo często. Smak dzieciństwa, smak lata i jedna z najgenialniejszych opcji żywieniowych. 
Śledzie! Śledzie też mogłabym jeść codziennie - w każdej opcji, obiadowej i jako dodatek do kanapki, opiekane, w occie, w oleju, w pomidorach i w śmietanie. Wszystko wszystkim, ale śledzie muszą być! Dziadek robił trzy razy w roku śledzie w wodzie (z cebulą, zabielonej śmietaną) - w Popielec, Wielki Piątek i w Wigilię. I ja podtrzymuję tę tradycję, nie wyobrażam sobie inaczej.
Zjadam jeszcze jajka w każdej postaci. Jajecznica, sadzone, na twardo, miękko i wszelako. Z dodatkami i bez. Takie małe dziwactwo.
Opcje słodkie
Tych to za bardzo nie mogę. Chociaż nie powiem, bo z mleka/napoju roślinnego/jogurtu/kefiru, a także owoców i nasion chia można wyczarować cuda. A jak jeszcze się doda odrobinę masła orzechowego? Niebo w gębie! 
Bezy, a zwłaszcza beza Pavlova. To jest właśnie ten deser, który mogłabym pożerać codziennie - już nawet nie zjadać, pożerać! Moja największa miłość. Oczywiście zakazana. 
I czekolada. Przyzwyczaiłam się już do tego, że mogę tylko gorzką. Czasami, jak mam lepszy dzień, to wędruję do mojego ulubionego sklepu z żywnością zdrową, ale też przystosowaną pod różne schorzenia i tam kupuję np. czekoladę słodzoną stewią czy ksylitolem. Zostawiam na nią majątek, ale na gorsze chwile i kryzysy stanowi świetne lekarstwo. 




4) Czas w kuchni
Czy lubię sobie dogadzać? Lubię! Lubię gotować, chociaż nie lubię moich ograniczeń. Mam na wykarmieniu niejadka, co też jest skomplikowaną opcją, bo do każdego z domowników muszę podchodzić indywidualnie i to oznacza dla mnie szykowanie posiłków podwójnie, czasami potrójnie, bo i młodsze dziecię (chociaż wszystkożerne) ma już swoje smaki i czasami domaga się czegoś, czego wcześniej nie było w planie. Kuchnia stała się zatem najczęściej okupowanym przeze mnie pomieszczeniem. Nie lubię eksperymentować - lubię korzystać z gotowych przepisów, stąd mam na stanie kilka książek kucharskich. I przeważnie korzystam z diet ułożonych przez dietetyków - z jednej strony dlatego, że nigdy nie pojęłam, o co chodzi w wyliczaniu makr dla posiłków, poza tym jestem zbyt leniwa, żeby pilnować kaloryczności, a także sprawdzać, czy ten i ten produkt na pewno ma niski indeks glikemiczny, a przy okazji też ładunek, a z drugiej dlatego, że z planem żywieniowym dostaję też listę produktów, więc i zakupy szybciej i większa szansa, że w trakcie gotowanie nie okaże się, że akurat połowy składników nie mam w domu.

Poza tym powoli, ale konsekwentnie modyfikuję to, co kupujemy i jemy. Przetworzone, nafaszerowane chemią produkty z długim i bogatym składem zastępuję tym, co proste. To, co można  zrobić w domu (wędliny, czasami pieczywo, tortille, pierogi), staram się robić. Oczywiście nie dajmy się zwariować - pracuję, mam dwójkę dzieci i siedzę w kuchni wystarczająco dużo, więc nie jest tak, że nagle wszystko sama, ale jak mam chwilę, to czemu nie. No i chciałabym, żeby dzieci wyniosły z domu zdrowe nawyki. I tu też bez przesady - mamy słodycze, soki i serki waniliowe. Wszystko z umiarem!