poniedziałek, 20 stycznia 2020

"Przecięcie" Wojciech Nerkowski

Tytuł: Przecięcie
Autor: Wojciech Nerkowski
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 408

Dawno nie czytałam książki akcji. Częściej wybieram lekkie kryminały, lekkie  powieści obyczajowe i wszystko, co potrafi oderwać mnie od trudnej i żmudnej codzienności. Niesiona sympatią do serii o scenarzystach postanowiłam przeczytać kolejną książkę Wojciecha Nerkowskiego - "Przecięcie". Co prawda sam Autor ostrzegł mnie, że tu za wiele humoru nie ma, ale nie wspomniał, ile się dzieje, ile tam atrakcji i zwrotów akcji!

Już na początku wpadamy w wir wydarzeń, w których strzelanina, kradzież i ucieczka odgrywają kluczową rolę. Główna bohaterka Kaśka chce zarobić mnóstwo  pieniędzy, dlatego decyduje się na przywłaszczenie sobie nieznanego rękopisu Szymborskiej. Chce ona sprzedać go temu, który skupuje zabytki, wszelkie białe kruki i płaci naprawdę uczciwie. Jedną z pobudek, którymi się kieruje, jest chęć pomocy rodzinie, co oczywiście niczego nie usprawiedliwia, nie wybiela złego postępowania, ale w pewien sposób tłumaczy. Poza tym nie oszukujmy się - jej nie da się nie lubić! Mimo niesprzyjających warunków udaje jej się dopiąć swego, pokazuje swój hart ducha i niezwykłą siłę.

Podczas strzelaniny w willi poznaje mężczyznę Roberta - na początku nie wie, czy może mu zaufać. Musi jednak zaryzykować, bo bez jego pomocy nie uda jej się uciec policji i spotkać z księciem. Wyruszają razem do Austrii - w drogę pełną atrakcji, pogoni, wydarzeń racjonalnych i irracjonalnych, a przede wszystkim rodzącej się namiętności. Tak, nie da się ukryć, że między dwójką głównych bohaterów narasta napięcie, z którym nie potrafią walczyć. Może to strach Kaśki - w końcu  ucieka zarówno przed policją, jak i przed swoim byłym mężem Maksymilianem i jego mafią trudniącą się handlem kradzionymi zabytkami.

Były małżonek Kaśki nie przebiera w środkach i metodach, próbuje dorwać swoją ukochaną i jej zdobycz, i samemu wzbogacić się na tej transakcji. Robert za to stara się być szarmancki i bronić swojej nowej przyjaciółki, ale jest postacią dość tajemniczą i niejednoznaczną. Czytelnikowi trudno zdecydować, czy mu ufa, czy jednak tak nie do końca. Tym bardziej, że zarówno policja, jak i Maks depczą im po piętach i to niesamowite, jak trudno im zgubić ten pościg.

Książka zrobiła na mnie pozytywne wrażenie - już wcześniej pisałam, że nie spodziewałam się historii tak pełnej akcji, ale też przepełnionej brutalnym i soczystym językiem. Nie usatysfakcjonowało mnie zakończenie - wiem, że sugeruje kontynuację i akurat to mnie cieszy, ale opowieść urwała się nagle. Polubiłam Kaśkę, polubiłam Kidda i polubiłam tak zupełnie inny od scenarzystów klimat. Polecam!




poniedziałek, 30 grudnia 2019

"Tylko raz w roku" Agnieszka Lingas-Łoniewska

Tytuł: Tylko raz w roku
Autor: Agnieszka Lingas-Łoniewska
Wydawnictwo: Burda
Liczba stron: 232

W tym roku święta były wyjątkowo skomplikowane - wyjazdowe i chorobowe. Nie miałam czasu usiąść, a co dopiero poczytać. Poza tym dzieci, rodzina, wspólne biesiadowanie - brak chwili dla siebie i dla książki. Jednak na koniec trafiła mi się bezsenna noc, a wraz z nią lektura Tylko raz w roku Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Nie spodziewałam się, że tak szybko ją przeczytam, bo właściwie zajęła mi jeden wieczór. A właściwie jedną noc!

Główni bohaterowie spotykają się na Pergoli we Wrocławiu w wigilijny wieczór. On zmierza na wieczerzę do przyjaciela, ona próbuje pogodzić się z rozwodem rodziców. Wpadają na siebie i od razu wiedzą, że będą dla siebie kimś wyjątkowym. To, że się nie znają, nie przeszkadza im w zwierzeniach i poważnych rozmowach, wspólnym odwiedzeniu kolegi Tomka czy po prostu w dobrej zabawie. Ten razem spędzony czas staje się początkiem czegoś wyjątkowego, niezwykłego, przesyconego miłością, radością i przyjaźnią. Rozpoczynają drogę, którą zwieńczyć ma wspaniałe, wspólne życie.

Każdy rozdział to kolejny wieczór wigilijny.  Za każdym razem spotykamy Elę i Kamila na kolejnych etapach ich relacji - burzliwej, zaskakującej, nie zawsze idącej po myśli obojga. Kamil pochodzi z rozbitej rodziny - ojciec zostawił ich dawno temu. Matka - chłodna, wyniosła i despotyczna, wspiera syna w realizacji każdego z marzeń, a Elę traktuję jako przeszkodę, przygodę i osobę, która powinna zniknąć z życia jej syna. Nie dociera do niej, że młodzi się kochają, nie dociera do niej, że da się połączyć karierę z miłością i z życiem rodzinnym. Jej okropne zachowanie rani ukochaną syna, sprawia, że młodzi na pewien czas oddalają się od siebie. Chcąc dobrze, czyni naprawdę wiele zła. Nie akceptuje wyborów syna, naciska na podjęcie stażu we Francji, niemalże wciska mu w ramiona dobrze sytuowaną córkę przyjaciela.

Ela jest szczęśliwa w swojej idealnej rodzinie - przynajmniej do czasu, kiedy rodzice podejmują decyzję o rozstaniu. Wtedy jej świat się wali, ale na szczęście na krótko. Kiedy widzi, że oboje odnajdują się w nowych związkach, tata dodatkowo dobrze się czuje w Niemczech, to godzi się z zaistniałą sytuacją. Chociaż życie nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać - wiele komplikacji, nieszczęść spada na jej kruchą osobę.  Stara się być silna, ale nie z wszystkim potrafi sobie poradzić - a już najmniej z ukochanym, który robi karierę w Paryżu.

Oczywiście początkowo młodzi są bardzo szczęśliwi, zapatrzeni się w siebie, pewni, że są dla siebie stworzeni. Wkraczając w kolejne etapy związku, muszą radzić sobie z trudnościami, jakie ich spotykają. Kolejne projekty, egzaminy, ten nieszczęsny staż, choroba jednego z rodziców czy nachalna przyjaciółka z dzieciństwa. Ela chwilami ma dość, ale za bardzo kocha swojego chłopaka, żeby mu o tym powiedzieć. On stara się żyć normalnie, mimo że dusi  się w domu rodzinnym i chciałby w końcu zacząć oddychać, kochać i być kochanym, realizować się na własnych warunkach.

Książka Tylko raz w roku utrzymana jest w pięknym, ciepłym klimacie świątecznym.  Nie jest jednak historią pogodną, bo bohaterom przydarza się taka seria klęsk i nieszczęść, że to mocno odrealnia całą fabułę. Nie da się jednak ukryć, że stanowi przyjemną opowieść okołoświąteczną, czyniąc z Wigilii najważniejszy dzień w roku, a z prawdziwej miłości uczucie, które potrafi zwalczyć każdą przeciwność losu. Rozwód, śmierć, ciężka choroba, nieszczęśliwa, niszcząca wszystkich kobieta, utrata miłości i poczucia własnej wartości - wiele wątków, wiele wydarzeń, a zarazem wielkie uczucie, które jest ponad wszystko, które nigdy się nie kończy.

Myślę, że jest to jedna z tych świątecznych historii, które w tym szczególnym, grudniowym okresie warto poznać. Nie jest przesłodzono-cukierkowa, co jest jej niewątpliwym atutem. Czytajcie! 

czwartek, 12 grudnia 2019

"To jest taki russian style! 12000 kilometrów na kraniec Rosji.. i z powrotem" Maciej Stroiński

Tytuł: To jest taki russian style! 12000 kilometrów na kraniec Rosji.. i z powrotem
Autor: Maciej Stroiński
Wydawnictwo: 4eM
Liczba stron: 208

Przeglądam u znajomych dużo zdjęć z wakacji - ciepłe kraje, egzotyczne zakątki świata, słońce, palmy i wspaniałe widoki. I nie jestem w stanie wzbudzić w sobie zazdrości, ani nawet chęci zabukowania biletu na samolot. Jednak istnieje jeden kierunek, który marzy mi się od lat - wiem, że nigdy nie starczy mi odwagi, a zarazem każde wspomnienia z podróży w ten region czytam z wypiekami na twarzy, szukam ciekawostek, przeglądam cenniki. Oczywiście mowa o Rosji i podróży koleją transsyberyjską.

Nie wiem, skąd wzięła się moja fascynacją Rosją, językiem i kulturą tego kraju. Może już w liceum coś zaskoczyło, kiedy okazało się, że jedynym językiem obcym, w którym jestem w stanie się porozumieć jest rosyjski. Mimo tylu lat nauki niemieckiego, epizodów angielskich i szwedzkich - nie potrafię się wysłowić w tych językach. Z niemieckim pracuję, więc wiadomo, że i poziom musi być przyzwoity, jednak komunikacyjnie dobrze nie jest. W rosyjskim komunikacja przyszła naturalnie i wtedy zaczęłam śnić mój wielki, transsyberyjski sen.

Kolejnym wydarzeniem, które mnie w tym utwierdziło, była wyprawa na Krym. Poznałam smaki podróży plac-kartą i uznałam, że koleją transsyberyjską musi być jeszcze fajniej! Zresztą ta wyprawa była wycieczką mojego życia i aż szkoda, że tak trudno będzie ją powtórzyć.

W księgarni Tak czytam w Katowicach wpadła mi w oczy książka To jest taki russian style! 12000 kilometrów na kraniec Rosji.. i z powrotem. Bardzo chciałam ją przeczytać i po lekturze utwierdziłam się w przekonaniu, że taka podróż jest marzeniem mojego życia, a zarazem, że to się nigdy nie uda.

Przede wszystkim Rosja jawi się jako kraj pozbawiony jasno określonych zasad. Pociąg nie trzyma się czasów odjazdu i przyjazdu, a sklepy są zamknięte, kiedy powinny być otwarte. Wynajęty i opłacony z góry pokój hotelowy i tak zmienia właściciela, a rzeczy znikają i na dodatek trzeba udowodnić ich przynależność. To dziwne i trochę przerażające, chwilami wydaje się, że wycieczka do Rosji na każdym etapie może napotkać nieprzewidziane komplikacje, a wręcz trudności nie do przeskoczenia. Zmiana planów na obcym i dość niebezpiecznym terytorium wymaga doskonałej znajomości języka, a także odwagi. Podróżnicy znają język i wykazują się niezwykłą zaradnością, ale nawet im trudno jest wybrnąć z kilku sytuacji. Często po prostu bezradność bierze górę - jak chociażby wtedy, kiedy nie dostają biletów na samolot i muszą zmienić plany. Kiedy zastają zamknięty punkt fotograficzny, a nie mogą odebrać zdjęć później, bo kolejny etap wycieczki przed nimi.

Najbardziej niewyobrażalnym aspektem podróży w głąb Rosji jest... wszechobecny brud. Opis hoteli zdecydowanie nie zachęca do odwiedzin. Bałagan, nieświeża pościel, koszmarne łazienki, robactwo - to wszystko można spotkać w pokoju hotelowym w dużym mieście. Przerażające! Drugą sprawą jest kwestia przemieszczania się - brak wygody. Sama nie wspominam aż tak źle podróży pociągiem, chociaż spędziłam w nim 24h i bywało naprawdę różnie - zwłaszcza to zarzucanie na zakrętach i prędkość dawały w kość. Jechaliśmy klasą zbliżoną do naszych pociągów osobowych sprzed 15 lat. No nie da się ukryć, że nie były to przejazdy VIP. I ta książka pokazuje, że podróż transsyberyjska wygląda bardzo podobnie.

Niestety nie jest łatwo podczas takiej wyprawy walczyć o swoje - doświadczyli tego podróżnicy, którzy mieli kilka naprawdę niemiłych epizodów - przesłuchanie w sprawie rodziny, która została na jednej ze stacji (kiedy pociąg odjechał dużo szybciej niż było zaplanowane) czy kradzież plecaków, kiedy zażywali kąpieli w Bajkale. To nie był spokojny i leniwy wypad - a chwilami mrożąca krew w żyłach przygoda, która na pewno stała się jedną z ważniejszych podróży ich życia. Kilkukrotne spotkanie z rosyjskimi władzami, oskarżenia o popełnienie przestępstwa - wstrzymywane z ich powodu odjazdy i odloty - to na pewno na długo pozostanie w pamięci. I chociaż czytelnikowi wydaje się abstrakcyjnie nierzeczywiste, to jednak w tym kraju wszystko jest możliwe, bo to jest taki russian style.

W książce bardzo wyraźnie czuć klimat, jaki panuje w Rosji. Odrobina strachu, w którym żyją mieszkańcy, bezgraniczna wiara w przekłamaną historię i w to, kto przyjaciel, a kto  wróg. Oczywiście tematy polityczne tam nie istnieją, bezpieczniej jest przemilczeć ten aspekt codzienności. 
- Cześć. W co się bawicie?
- W wojnę.
- A z kim ta wojna?
- Z wrogami naszej kochanej ojczyzny.
- A kim są ci wrogowie?
- Wszyscy, którzy na nas napadają.
- A kto na was napada?
- No jak to kto? Ameryka i Polska....

Kiedy autor dotyka tematu wysiedleń i obozów robi się smutno i przerażająco, bo i ten czas był niezwykle trudny, niewyobrażalny dla zwykłego człowieka. Jednak jest ważnym elementem historii Rosji i byłoby źle o nim nie wspomnieć - zwłaszcza znajdując się w obszarze syberyjskim.

Dla miłośników Rosji to wspaniała książka, która pokazuje blaski i cienie podróży. Książka drogi, książka wspomnień i książka, która opowiada wspaniałą historię jednej wyprawy, jednego zauroczenia i wielu pomyłek, zmian planów, porażek. Polecam i mam nadzieję, że to nie ostatnia książka tego  podróżnika - przystępny język, ciekawie przestawiona treść. Czyta się naprawdę dobrze.


Za egzemplarz dziękuję księgarni Tak czytam w Katowicach.


sobota, 9 listopada 2019

"Królowa Śniegu" Anna Klejzerowicz

Tytuł: Królowa Śniegu
Autor: Anna Klejzerowicz
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 278

Zaczytywałam się w prozie Anny Klejzerowicz, kiedy to moje miejsce w sieci jeszcze nie istniało, ewentualnie dopiero raczkowało. Podobały mi się te powieści. A potem straciłam autorkę z horyzontu. I nagle w księgarni Tak czytam w Katowicach wyłowiłam kolejny tytuł. Wzięłam w ciemno, czułam, że to będzie bardzo dobra historia. I oczywiście się nie zawiodłam. 

Rzecz dzieje się w małej wiosce, w której nagle i niespodziewanie zamarzają mieszkańcy. Łączy ich jedno - alkohol, a dzieli cała reszta. Są w różnym wieku, z różnych wsi, mają różny stan cywilny i mieszkalny. Felicja, lokalna dziennikarka, postanawia przyjrzeć się tej dziwnej powtarzalności, od początku ma niejasne przeczucie, że to nie przypadkowe zamarznięcia, a celowe działanie. Tylko kogo? Początkowo odwiedza wioski i rozmawia z sąsiadami nieszczęśliwie zmarłych. Zagłębia się w przeszłość i rozgrzebuje niejedną ranę. W tej działalności wspiera ją przyjaciółka Greta, która z  jednej strony bardzo troszczy się o mieszkańców, a z drugiej wie, że historia jej rodziny jest mocno powiązana z podobnymi zamarznięciami sprzed lat. Mieszkańcy wsi są przerażeni, bo wierzą w klątwę, o  której jednak nikt nie chce opowiedzieć. Mrok, tajemnice i kolejne zamarznięcia - tym właśnie żyje wiejska społeczność. 

Do sprawy zostaje oddelegowany młody policjant, który upatruje w niej szansę na awans, a także na miłość. Jest zauroczony przebojową, acz starszą od siebie dziennikarką. Ich relacja oparta jest na współpracy, ale widać, że on chce więcej, a ona zupełnie nie, bo zbyt dużo w życiu przeszła z mężczyznami, żeby myśleć o nowym związku. Niestety w powieści nie jest wyczuwalna chemia między tymi bohaterami, nawet w chwilach bardziej intymnych czytelnik nie jest w stanie wyczuć, że tutaj może się coś urodzić. Szkoda w sumie, bo w powieściach bardzo lubię wątki miłosne. 

Tytułowa Królowa Śniegu to nawiązanie do baśni Andersena, która miała ogromne znaczenie w życiu dwóch z mieszkańców wsi. Jest też wyraźną inspiracją, podpowiedzią, jak można zemścić się za wszystkie krzywdy z młodości, jak można poczuć się silniejszym, lepszym i bardziej władczym.  Autorka wchodzi w psychikę mieszkańców, którzy przeważnie pozbawieni są ambicji, chęci do pracy, możliwości. Wegetują pod opieką pracowników socjalnych, przepijają każdą złotówkę i nie wiadomo, na co liczą. Nagle ktoś postanawia ich rozliczyć z przeszłości, z czynów godnych potępienia, przyspieszyć to, co i tak nieuniknione, czyli zapicie na śmierć. Tylko kto może mieć powód do tak drastycznego, a zarazem zmyślnego rozwiązania, w którym wina jest trudna do udowodnienia? 

Nie wiem, czy polubiłam bohaterów, chwilami  mnie denerwowali - zwłaszcza Greta. Nie wiem, dlaczego tak dobrze czytało mi się książkę, w której akcja wcale nie jest wybitnie dynamiczna. Fakt jest taki, że dawno nie przeczytałam nic tak po prostu, od razu, bez miliona przerw na życie rodzinne, bez odkładania na wieczór, a najlepiej ten za trzy dni. I szczerze muszę przyznać, że bardzo spodobała mi się konstrukcja powieści, wtrącenia baśniowe, kolejne etapy śledztwa, a nawet końcówka, która mnie zaskoczyła - a to w powieściach z nutą kryminału zdarza się rzadko. Pióro Anny Klejzerowicz niezmiennie lubię, chętnie przeczytam powieści, które pominęłam, a tę polecam każdemu, kto czyta lekkie, ale trzymające w napięciu opowieści - dobrze napisane, ładnie zakończone.


Za powieść dziękuję księgarni Tak Czytam w Katowicach.



poniedziałek, 28 października 2019

"Harpie" Joanna Chmielewska

Tytuł: Harpie
Autor: Joanna Chmielewska
Wydawnictwo: Vers
Liczba stron: 304

Joanna Chmielewska to niekwestionowana królowa polskiego kryminału - klasyka gatunku można by rzec. W moim życiu zagościła dawno, dawno temu. Jako dziecko dużo chorowałam, więc i dużo czytałam. Mama podsuwała mi kolejne książki, w końcu dorosłam do powieści o Janeczce i Pawełku, oraz o Teresce i Okrętce. Zaczytywałam się, ale nie potrafiłam przejść na literaturę dla dorosłych. 

Był rok 1998 i w radiu powiedzieli, że właśnie ukazała się nowa powieść Joanny Chmielewskiej - Harpie. O Dorotce! I ta wiadomość mnie zaciekawiła, przy kolejnej wizycie w księgarni książka była moja. Połknęłam. I wtedy rozpoczęła się moja wielka przygoda z kryminałami tej wspaniałej Autorki. 

Przez te 21 lat przeczytałam tę powieść kilka razy. Pożyczałam i czytali inni. Czytała rodzina i czytali znajomi. Mam bardzo zaczytany egzemplarz, z piękną historią. Może zniszczony, ale dla mnie najpiękniejszy!

Dorotka Pawlakowska mieszka z trzema ciotkami - Melanią, Felicją i Sylwią. Nie jest szczęśliwa, bo ciotki bezlitośnie ją wykorzystują, natrząsają się z niej, dokuczają jej na każdym kroku. Dodatkowo traktują jak małe dziecko, starają się przechwytywać wynagrodzenie, nie pozostawiają miejsca na życie prywatne, znajomych i miłość.

Dorotka zna 14 języków obcych, bo ich nauka od zawsze przychodzi jej z wielką łatwością. Studiuje, pracuje jako tłumacz, robi korekty. Jest ugodowa, wypełnia zachcianki ciotek, chociaż ma już dość takiego życia. Pewnego dnia dostaje list z Ameryki, chrzestna matka jej świętej pamięci matki chce wrócić do kraju i w Dorotce upatruje swoją jedyną rodzinę, chociaż tak naprawdę nie łączy je żadne pokrewieństwo. Oczywiście ani ciotki, ani Dorotka nie są przekonane, co do tej gościny, ale w liście jest wzmianka o hotelu, o planowanym kupnie mieszkania. Sytuacja nie wygląda tak źle.

Zmienia się za to diametralnie, jak Wandzia Parker przylatuje do ziemi ojczystej. Od razu widać, że o hotelu nie może być mowy, a sama w sobie jest  bardzo uciążliwa. Jest nieprzyzwoicie bogata, ale nie chce za nic płacić - swoimi  fanaberiami obciąża ciotki, Dorotkę, nawet wynajętego taksówkarza. Postanawia spisać testament, żeby podział jej majątku był jasny i nie sprawiał nikomu problemu. Po wizycie u adwokata wyprawia wielkie przyjęcie, bawi się wybornie, pociąga zdrowo, niczym nie gardzi. W przypływie radości pokazuje swoim spadkobierczyniom biżuterię, którą przywiozła, wprawiając wszystkich w totalne osłupienie. A potem ucieka spać... i tu wszystko się komplikuje.

Harpie to lekki kryminał o zabarwieniu humorystycznym, czyli współczesna komedia kryminalna. Chrzestna babcia Wandzia to milionerka z krwi i kości. Raczy się szampanem i kawiorem, narzeka na brak służby, na ciasnotę. Nie potrafi płacić - nigdy tego nie robiła, więc jest postacią całkowicie oderwaną od rzeczywistości. I wiekową, więc czyż może  dziwić jej nagła śmierć?

Ciotki Dorotki, to te tytułowe megiery, pazerne, łapczywe i okrutne zarazem, pozbawione litości dla innych i dla siebie wzajemnie. W ich domu panuje atmosfera ciągłej kłótni, ale nie można odmówić im urok i nie da się ich nie polubić. W tym całym układzie najbardziej żal biednej dziewczyny, której przyszło żyć w takiej atmosferze. 

W powieści jest wszystko, czego można oczekiwać od kryminału - zbrodnia, śledztwo, podejrzani. Każdy może mieć swoje motywy, dochodzenie jest wyjątkowo trudne, ciągle przyplątują się nowe postaci, a wszystko kręci się dookoła testamentu Wandzi. 

Powieść ta osiągnęła już pełnoletność, a wciąż bawi i odpręża. Nie umiem przejść obojętnie obok twórczości Chmielewskiej, kocham ją miłością najszczerszą. A tę książkę kocham dodatkowo za przesympatyczną Dorotkę, moją imienniczkę, poczciwą i zdolną dziewczynę, która jednak też potrafi dopiec swoim ciotkom. Niedaleko pada jabłko od jabłoni w końcu. Ogromną sympatię wzbudza też Jacek - taksówkarz, który pojawia się, kiedy chrzestna wnuczka jedzie po Wandzię na lotnisko i zostaje do końca książki, jako postać nie tyle kluczowa, ile istotna.

Osobiście nie polubiłam Marcinka - dobrodusznego, ale niezwykle rozlazłego pomocnika Felicji, który trochę pomieszkuje, trochę wykonuje zlecenia, a tak do końca nie wiadomo, czemu tak często gości w tym domu. Jako złota rączka jest  do bani, ale może stanowi wyborne towarzystwo?

Czytajcie książki Joanny Chmielewskiej, bo to świetne powieści. I warto pielęgnować pamięć o tak niezwykłej Autorce, która  na swoich książkach wychowała przynajmniej dwa, jak nie trzy pokolenia.