piątek, 12 stycznia 2018

"Trzymaj się, Mańka" Małgorzata Kalicińska

Tytuł: Trzymaj się, Mańka
Autor: Małgorzata Kalicińska
Wydawnictwo: Burda
Liczba stron: 552

Przygodę z książkami Małgorzaty Kalicińskiej rozpoczęłam od jej felietonów. Później czytałam "Lilkę", a na koniec wsiąkłam w "Rozlewiska".  I tak rozkochana w stylu autorki, bez wahania sięgnęłam po powieść "Trzymaj się, Mańka!". 

Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że to kontynuacja "Lilki".  Oczywiście po prawie 4 latach uciekło mi trochę z jej formy i treści, ale i tak zaskakująco dużo zostało. Z przyjemnością wróciłam do znanych bohaterów, wspomnień i tej charakterystycznej dla autorki sielskości. 

Marianna nie może otrząsnąć się po śmierci siostry. Każdy jej dzień wygląda tak samo, żyje, ale to życie zlewa się w jedną, wielką plamę. Do czasu, aż sąsiadka zalewa jej mieszkanie. Ten wypadek zmusza ją do działania - musi obudzić uśpione zmysły i ogarnąć kataklizm. A kiedy już wybudza się z tego jakby snu na jawie, okazuje się, że zaniedbała ojca, że kończą się oszczędności, a internetowy przyjaciel czeka od dawna na jakiś znak życia. Pomału ogarnia to, co najpilniejsze, czyli remont i szukanie pracy. Kiedy do jej mieszkania wchodzą robotnicy, sama udaje się na wieś do ojca. Chwilowo pomieszkuje u niego dwoje studentów Kasia i Łukasz, którzy prowadzą badania na jabłonkach, a także matka dziewczyny - Anka, która przyjmuje gościnę w zamian za pomoc w prowadzeniu gospodarstwa. Marianna nie jest zachwycona - z jednej strony nie chce się wtrącać w decyzje ojca, z drugiej w takim tłumie przestaje się czuć, jak u siebie. 

I kiedy powoli wszystko zaczyna się układać, remont dobiega końca, a i perspektywa zarobku pojawia się na horyzoncie, Mańka zauważa ojca i Ankę w altance w dość jednoznacznej sytuacji. Jest przerażona tym, że chce on się z kimś związać. Buntuje się i próbuje zjednać sobie najbliższych, którzy przytakną, że ta sytuacja jest nie na miejscu. Jednak nic takiego się nie dzieje, bo każdy uważa, że to sytuacja idealna - szczęśliwy ojciec i kobieta, która nad nim czuwa. Poza tym, że sprząta, pierze i prasuje, to jeszcze gotuje, pilnuje lekarstw. Anka to ktoś, kto ojcu jest niewątpliwie potrzebny. 

Marianna odnawia swoją korespondencję z Antonim. Wracają do przyjacielskiej wymiany uprzejmości, trosk i radości. I wtedy Antek niespodziewanie zaprasza Mańkę do siebie, do Korei. Nie wie ona, jak zareagować, bo chociaż kusząca to propozycja, to jednak jest to dla niej człowiek zupełnie obcy, widziany przez chwilę na żywo na Wisłostradzie. Po długiej walce ze sobą postanawia zaryzykować i odwiedzić ten egzotyczny kraj. I w tym miejscu rozpoczyna się kolejny rozdział jej życia, w którym poznaje nieznane zakątki, regionalną kuchnię, ale też odnajduje w tym wszystkim siebie, przewartościowuje niektóre rzeczy i stara się odnaleźć szczęście, które utraciła razem z Lilką. 



Uwielbiam styl pisania Małgorzaty Kalicińskiej. Tworzy ona tak ciepłe obrazy i wspaniałe, realistyczne postaci, że niezmiennie mam wrażenie, że ci ludzie żyją tuż obok, po sąsiedzku. Wspaniale oddaje relacje między ojcem a córką, mężczyzną i kobietą, matką a dzieckiem. Opisywane zachowania nie mają w sobie sztuczności, a każdy drobny gest jest wręcz odczuwalny. Naprawdę nie ma drugiej takiej autorki, której  powieści czytałoby mi się tak dobrze. Może dlatego, że nie przerysowuje swoich postaci? Każdy ma wady i zalety, nie ma ideałów i nie ma jednoznacznie złych bohaterów. 

Marianna jest kobietą po przejściach. Niedawno straciła siostrę, wcześniej rozwiodła się z mężem, jej syn mieszka za granicą i nie widuje na co dzień wnuka. W zasadzie ma tylko ojca. Nie jest już najmłodsza, więc ciężko jej znaleźć pracę w zawodzie. Nie jest ani specjalnie ładna, ani specjalnie zgrabna - wygląda normalnie. Zachowuje się też normalnie. Mimo swojego wieku jest zazdrosna o ojca. Ryzykuje wyjazd, chociaż boi się, że rzeczywistość może ją rozczarować. Za dużo myśli i filozofuje, ale stara się żyć uczciwie - zwłaszcza w zgodzie z samą sobą. Nie jest zwariowaną feministką, ale nie rozumie, że ktoś inny może za nią płacić, bo po prostu sprawia mu to przyjemność.

Antek to w zasadzie jej przeciwieństwo. On myślenie i filozofowanie ma za sobą. To przystojny, starszy pan, którego dopadła już siwizna. Ma wymagającą pracę i jest samotny. Chętnie zaprasza do siebie Mariannę, bardzo dobrze się czuje w jej towarzystwie. Jest szarmancki i żyje tak, jak został wychowany. Nie rozumie dzisiejszej młodzieży, nie rozumie, że można żyć chwilą i nie myśleć o przyszłość, albo, że można podróżować bez stałej pracy, domu i tej całej otoczki. Denerwują go rozmowy z Mańką na tematy sprzeczne z jego poglądami. Stara się zrozumieć odmienne sytuacje i to czyni z niego fantastycznego kompana do dyskusji. Dyskusji z prawdziwego zdarzenia. 

Relacja Antka i Mańki ewaluuje w trakcie powieści, a oni oboje uczą się spędzać czas razem. Jest to bardzo zgrabnie napisana relacja, którą zgłębiałam z przyjemnością. Dodatkowo Marianna pisze książkę, opowiadającą o kobietach, które wyrwały się z Polski i robią w świecie coś niesamowitego. Na kartach powieści czytamy zatem kilka niesamowitych historii, wzbudzających zazdrość. 

Jednak żeby nie było tylko dobrze, to jedna rzecz mnie bardzo raziła - wszelkie aluzje i wtrącenia polityczne. I nie chodzi o to, czy się z  nimi zgadzam, czy nie, bo może i w większości przypadków tak, ale wyraźne opowiadanie się Marianny po jednej ze stron na swój sposób przeszkadzało mi. Chyba wystarczająco mam dość polityku w życiu, żeby jeszcze zastanawiać się nad nią w książce. Z drugiej strony aluzje te urzeczywistniły akcję powieści. Tylko bez nich też byłoby dobrze! 

Wspaniale opowiedziana historia, w której tak dużo ciepłych słów, drobnych, ale ileż znaczących gestów i zaskakujących wydarzeń. I chociaż książka mogłaby przytłoczyć zarówno objętością, jak i drobną czcionką, to jednak czytanie jej było niezwykle uspokajające i wyciszające. Dlatego polecam każdemu, kto nie miał przyjemności poznać żadnej z powieści autorki. Ci, co znają, na pewno sami sięgną po tę pozycję. Warto! 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Burda.



piątek, 5 stycznia 2018

"Metoda na wnuczkę" Marta Obuch

Tytuł: Metoda na wnuczkę
Autor: Marta Obuch
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 460
 
Bez wątpienia "Metoda na wnuczkę" Marty Obuch, to moje zaskoczenie roku 2017. Pozytywne zaskoczenie oczywiście. Zaczęłam czytać zupełnie przypadkiem - potrzebowałam czegoś lekkiego, co mogłabym zgłębiać w nocy. Nie thrillera, nie horroru i nawet nie kryminału. A najlepiej czegoś z poczuciem humoru. Wybrałam tę pozycję... i wpadłam po uszy. Czytałam na czytniku i żałowałam, że tak szybko się ta lektura skończyła (kto pisze tak krótkie książki?!), a tu okazało się, że za mną dość pokaźna 460-stronicowa opowieść. Niesamowite.

Na samym początku moją uwagę przykuło miejsce akcji. Katowice! Przystanek tuż obok mojej pracy. To takie niezwykłe uczucie, kiedy wydarzenia dzieją się w znanej okolicy, kiedy nie trzeba sobie wyobrażać ani ławki, ani przystanku, bo są tak doskonale znane - w końcu użytkowane przeze mnie od dobrych 6 lat. Miałam wrażenie, że stoję obok bohaterów i jestem nausznym świadkiem ich rozmowy.

A bohaterów, tych głównych mamy dwóch. Adam dentysta, który podczas niefortunnej rozmowy (tak, tak, właśnie na przystanku) mówi swojej towarzyszce, że jest malarzem. A z malowaniem nie ma tak naprawdę nic wspólnego. Oczywiście kłamstwo szybko się mści, bo dziewczyna chce obejrzeć pracownię, a także chce, żeby Adam namalował jej portret. Chłopak naprawdę musi się napocić, żeby prawda nie wyszła na jaw. Jednak czy to możliwe? Zwłaszcza w dobie wszechobecnego internetu?

Ewa za to ma dość nietypową taktykę na zbywanie zainteresowanych nią chłopaków. Podaje zamiast swojego - numer telefonu swojego dziadka, który potrafi skutecznie odstraszyć i zniechęcić każdego absztyfikanta. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności numer dziadka trafia w niepowołane ręce, które węszą możliwość wzbogacenia. Wychodzi z tego pomieszanie z poplątaniem, ale fakt jest taki, że ginie obraz.  I to oryginalny Malczewski! Oczywiście pierwszym podejrzanym jest Adam, któremu jednak udaje się dowieść swojej niewinności. Tylko co dalej?

Ewa sama nie wie, na jaką relację z Adamem liczy. Z jednej strony ten chłopak ją irytuje, z drugiej przyciąga. Na głowie ma też swojego brata, który planuje ślub z wyjątkowo nieodpowiednią kandydatką. I to siostra postanawia zająć się tym tematem, delikatnie odsunąć tę złą kobietę, a podsunąć swoją koleżankę. I w tym wątku też się sporo dzieje.

W powieści Marty Obuch mamy troszkę kryminału w tle, sporo obyczajówki na pierwszym planie i miłość, wspaniałe uczucie, które wybucha  na ulicy Sokolskiej w Katowicach, a przechodzi liczne wzloty i upadki w trakcie trwania lektury.

Ewa jest dziewczyną zadziorną, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Wielkiego artystę malarza rozgryza szybko, jednak postanawia dołączyć się do jego gry. Nie spodziewa się jednak, że on naprawdę zrobi wszystko, żeby jej zaimponować. Adam to fantastyczny facet, który na początku mija się z prawdą, ale w każdym, nawet najbardziej szalonym pomyśle wspiera Ewę i pilnuje, żeby nie stała się jej krzywda.

Bardzo pozytywnymi postaciami są dziadkowie Ewy, którym nie brak energii na dogryzanie i wykańczanie się wzajemnie. Babcia, korzystając z zamieszania związanego z kradzieżą, postanawia pozbyć się starej i okropnie ciężkiej maszyny z mieszkania dziadka, a dziadek postanawia zagrać babci na nosie i rozpoczyna dietę. A także włącza w swoje życie sport. W końcu tylko tak może zrobić na babci wrażenie.

Świetna lektura - naprawdę lekka i niewymagająca, a przede wszystkim zabawna! Stylowo i humorystycznie, to jest właśnie to, co lubię najbardziej. Autorka zgrabnie prowadzi akcję, a napięcie, które buduje między bohaterami, można poczuć na własnej skórze.

"Sztuka to było coś, na czym Adam się kompletnie nie znał, ale kiedy już wszystkie płótna trafiły na strych, z ciekawości zdarł z jednego folię i...
- Co to jest? - Usiłował zrozumieć, na co patrzy.
W plątaninie powyginanych rąk, powykręcanych łokci i stóp znajdowało się coś. Z ostrzem i rączką, całe czarne, jeśli nie liczyć małego akcentu zieleni. Czyżby golarka Wilkinson? Leżała na wyciągniętej do oglądającego dłoni, zresztą odrąbanej, na której namalowano rzędy cyfr. Nie, nie namalowano. Zapisano. Każda uwieczniona ręka i noga miała na sobie numer, jak w Oświęcimiu.
-  Nadzieja. - Thomas dał na luz i zaparkował obok, wyprężając klatkę. - My, jako cywilizacyjne mięso, niby zlepek danych, zestawieni z symbolem tak zwanego postępu. Symbolem tej, no...
- Higieny? - Adam w jednej chwili zwątpił w swoją artystyczną misję".

 Warto!




Przeczytane dzięki Legimi.pl (Legimi na Kindle).