wtorek, 8 listopada 2016

"Zanim. Opowieść (o Marii Skłodowskiej), która kończy się tam, gdzie inne się zaczynają" Katarzyna Zyskowska-Ignaciak

Maria Skłodowska była kobietą fascynującą - odważną, wyzwoloną i zdolną. Każdy wie, że dostała dwie Nagrody Nobla, że najważniejsza w jej życiu była nauka, że studiowała na paryskiej uczelni. Autorka książki "Zanim" przybliża to, co działo się z Marią, zanim wyjechała do Francji.

Mania, jako 18-letnia dziewczyna, udaje się do małej wsi Szczuki, gdzie nauczać ma dwie młode damy. Młodsza z nich - Andzia, to dziesięcioletnia dziewczynka, która potrzebuje dobrej nauczycielki. Starsza - Bronia, to zdolna i śliczna panna, której rodzice są zdania, że ma braki w językach obcych. Mania szybko zaprzyjaźnia się ze starszą córką Żórawskich. Są niemal równolatkami i obie marzą o czymś więcej  niż tylko bale i świecenie urodą na salonach. Różnica między dziewczynami jest taka, że papa Skłodowski zachęca swoje córki do nauki. To brak gotówki sprawia, że nie może posłać wszystkich trzech córek na Sorbonę. Ojciec Broni uważa, że kobieta ma znać języki, jeździć konno, haftować i być ozdobą męża. Nie bierze pod uwagę innej przyszłości dla swoich dziewczyn.

Mania na początku nie może odnaleźć się w nowym otoczeniu. Tęskni za domem, za ojcem i rodzeństwem, dodatkowo odstaje od mieszkańców dworku - ma tylko kilka spranych i znoszonych ubrań, krótko obcięte włosy, a w głowie nie bale jej i umizgi, a nauka. Często zarywa noce i wykorzystuje każdą wolną chwilę, aby czytać książki i rozwiązywać zadania z matematyki i fizyki, które przysyła jej ojciec.

Postanawia zostać we dworze na wakacje i  wychodzi z inicjatywą założenia szkółki dla niepiśmiennych dzieci chłopskich. Początkowo spotyka się jej pomysł z krytyką - wszak nauczanie i to w języku polskim jest niedozwolone, ale wkrótce otoczenie zmienia zdanie i razem z Bronią zaczynają lekcje z dziećmi. Uczą alfabetu i podstaw matematyki, każde zajęcia sprawiają im mnóstwo satysfakcji, a zarazem przynoszą trudne chwile, bo dzieci chociaż chętne do nauki, to jednak wyposażone w mało chłonne umysły.

Życie Mani toczy się powoli do czasu, kiedy na wakacje powraca najstarszy syn Żórawskich - Kazimierz. Guwernantka sióstr fascynuje go, dlatego stara się jak najczęściej przebywać w jej obecności i rozmawiać na rozliczne tematy - czasem o życiu, czasem na tematy naukowe. Zaprzyjaźniają się, udają się razem na wycieczkę konną i ich relacja staje się bliższa, poważniejsza. Maria jest przerażona, nie dopuszcza do siebie myśli, że mogłaby się zakochać. Kazik też broni się przed tym uczuciem, ale to on pierwszy zdobywa się na to, żeby okazać i udowodnić, co czuje.

Trudne czasy dla zakochanych ludzi, którzy pochodzą z różnych sfer. Mania, to biedna dziewczyna, która musi pracować, żeby zapłacić za studia starszej siostry. Kazik, to student, który od rodziców dostał na edukację, który ma zapis opiewający na sporą sumę, a nade wszystko w perspektywie ma też odziedziczenie i przejęcie gospodarstwa. Dwa światy i jedno uczucie i jak tu poradzić sobie z taką sytuacją?

Maria Skłodowska przedstawiona została jako silna i niezależna kobieta z zasadami. Na tyle ufna, żeby poddać się uczuciu, na tyle zawzięta, żeby walczyć o siebie i swoje ideały. Do tego całkowicie oddana ojcu, rodzeństwu - w końcu zdecydowała się na podjęcie pracy, żeby opłacić studia i to nie swoje, a swojej siostry. To spokojna i delikatna dziewczyna, która zamyka się w swoim świecie - pełnym wzorów i zadań matematycznych. Tak bardzo różni się od dziewczyn, które poznała na wsi. A panny te nie ufają jej, bo chociaż wygląda jak szara myszka, do przewyższa je wszystkie wiedzą i intelektem. Za to łatwo zyskuje sympatię w męskim gronie - co prawda niektórzy traktują ją z wyższością i nie wierzą, że kobieta może tyle, albo i więcej niż mężczyzna, ale pozostali szanują ją i podziwiają.

W książce pokazane są czasy, w których to rodzice decydują o przyszłości swoich dzieci. Zamknięci w hermetycznym środowisku przejmują się głównie opinią, którą inni wyrabiają sobie na ich temat. Nie dopuszczają skandali i mezaliansów. Chociaż takie rzeczy się dzieją, to robią wszystko, żeby zamieść pod dywan, a w oczach otoczenia dalej pozostawać nieskazitelnie czystym i prawym. Poza tym autorka dość wyraźnie ukazuje rolę kobiety. Ma być żoną i matką otoczoną wianuszkiem dzieci. Może mieć migreny i humory, ale nie powinna odzywać się w sprawach ważnych i ważniejszych. Organizacja bali i zniewalanie urodą to podstawowe zadania pani domu, bo nawet do dzieci posiada odpowiednie opiekunki.

W zasadzie to, jak potoczyły się losy Mani i Kazika nie jest dla nikogo tajemnicą. Jednak cała książka jest  tak fantastycznie napisana, że te kilka lat z życia Skłodowskiej poznaje się z prawdziwą przyjemnością. Całość oparta została na faktach, ale też sama autorka podkreśla, że nie należy powieści rozpatrywać w kategoriach biografii, a jedynie jako swobodną kreację artystyczną. Zachwycają opisy - zarówno przyrody, jak i dworu, jak również to, jak zostali stworzeni bohaterowie. Wyraziste postaci to niewątpliwy atut książki, a wśród nich najważniejsza Maria Skłodowska, na której przeżycia, emocje i myśli autorka przeznaczyła sporo miejsca.

Bardzo polecam!

sobota, 5 listopada 2016

"Prawdziwa historia" Delphine de Vigan

Są takie książki, które od początku wzbudzają w czytelniku niepokój. Nie wiem, czy to kwestia akcji, czy kreowania bohaterów, ale z każdą stroną ten niepokój narasta. "Prawdziwa historia" Delphine de Vigan, to właśnie jedna z takich powieści. Trudno było mi się od niej oderwać, trudno było mi w trakcie lektury pozbyć się wrażenia, że ta cała historia może się bardzo źle skończyć.

Delphine, główna bohaterka, jest pisarką, która wydała niedawno książkę. Bywa na wieczorkach autorskich, rozdaje autografy, rozmawia z czytelnikami, którzy mają liczne pytania - w końcu wydana książka, oparta na życiu, chorobie i śmierci jej matki, stała się bestsellerem. Po jednym ze spotkań spotyka L. - kobietę, w której odnajduje bratnią duszę. Stają się sobie coraz bliższe, spotykają się na kolacjach, odwiedzają się. Bardzo szybko ich relacja przeradza się w coś zdecydowanie poważniejszego, zaprzyjaźniają się ze sobą. Kiedy L. traci mieszkanie, wprowadza się na jakiś czas do Delphine. I wtedy już całkowicie opanowuje jej życie - wykorzystując chwilę słabości pisarki, jej niemoc twórczą, i lęk przed pisaniem, przejmuje korespondencję i pomaga w tworzeniu tekstów. Staje się tą, która dyktuje warunki, która swoim zachowaniem osiąga wszystko, czego pragnie, a kiedy coś idzie nie po jej myśli, to wzbudza wyrzuty sumienia - chociaż tak naprawdę nie ma ku temu podstaw.

"Pozornie wspierała mnie, podtrzymywała, chroniła. W rzeczywistości jednak pochłaniała moją energię. Przechwytywała moje tętno, ciśnienie i to upodobanie do fantazji, którego przecież nigdy mi nie brakowało."

Książka jest opowieścią o toksycznej relacji, z której ciężko się uwolnić. Od początku wzbudza nieufność to, że L. nikt z otoczenia Delphine nie poznał - ani dzieci, ani partner, ani narzeczony nie wiedzieli, że ktoś taki istnieje, a przez dłuższy czas nawet mieszka w domu pisarki. L. jest postacią bezwzględną i przebiegłą, potrafi uśpić czujność przyjaciółki, a kiedy tamta orientuje się, że coś jest bardzo nie w porządku, jest już za późno, bo dużo zła zdążyło się wydarzyć. Delphine przedstawiona została, jako jednostka słaba, która nie radzi sobie z emocjami, z popularnością, którą zyskała po wydaniu ostatniej powieści. Dodatkowo wie, że komuś się ta książka bardzo nie spodobała, że przysporzyła sobie wrogów - dostaje anonimy pełne goryczy i gróźb. I to właśnie jest teren dla nowej znajomej, która pocieszając i wspierając, tak naprawdę pogłębia stany lękowe i obniża poczucia wartości. 

Autorka powieści ładnie buduje napięcie, a także wspaniale kreuje bohaterki, ich relacje. Ciekawym zabiegiem jest niejednoznaczne zakończenie, które pozostawia czytelnikowi możliwość dopowiedzenia dalszych losów tych dwóch bohaterek. Już dawno nie czytałam tak dobrej książki, której akcja wzbudzałaby we mnie tyle skrajnych emocji. Zdecydowanie polecam!  


piątek, 28 października 2016

Koncert Ireny Santor "Punkt widzienia", Chorzów 28.10.2016

Są takie chwile w życiu każdego człowieka, że musi usiąść, pomyśleć i powzruszać się. Mnie dopadło dzisiaj i to dopadło z przytupem, bo koncert Ireny Santor w Chorzowskim Centrum Kultury okazał się jedną z najprzyjemniejszych chwil tego miesiąca.

Nie spodziewałam się takiej energii na scenie, takiego poczucia humoru i tego, że tak wyśmienicie spędzę dzisiejszy wieczór. Pani Irena Santor jest cudowna - to kobieta z niesamowitą klasą i wdziękiem. Słucha się jej fantastycznie, bawi i wzrusza, a piosenki przeplata bardzo pozytywną konferansjerką. Dziś, mimo przeziębienia, dała wspaniały koncert pełen starszych i nowszych przebojów.

Publiczność zaprosiła do wspólnego wykonania jednego z najbardziej znanych kawałków - "Złoty pierścionek". A także poruszyła widownię piosenkami "Już nie ma dzikich plaż", "Tych lat nie odda nikt", a także utworami z nowej płyty, chociażby "O przepraszaniu...", który jednak ma zbyt szkolny polski tytuł, temu zapowiedziany został po angielsku jako "The sorry song".


Piosenki Ireny Santor są niezwykle klimatyczne, mają dobre teksty i ładne linie melodyjne. Zresztą nic dziwnego skoro w tworzenie niektórych tekstów wmieszany został Wojciech Młynarski, a muzykę dopisywał Seweryn Krajewski. Płyta "Punkt widzenia" wydana z okazji 80tych urodzin piosenkarki jest zbiorem fantastycznych utworów, których słucha się z przyjemnością. Zaskakuje niesamowita forma pani Santor, zaskakuje jej poczucie humoru i taka szczera radość, która tryska z artystki. Zarówno te pozytywne i radosne piosenki, jak i sentymentalne i wzruszające brzmiały cudownie w sali Chorzowskiego Centrum Kultury.

Obdarzona sporą wrażliwością i wyposażona w dodatkową porcję szalejących hormonów wyszłam zachwycona, z zapoconymi oczami i zwiększoną liczbą endorfin. Chciałabym jeszcze raz przeżyć taki koncert, chciałabym mieć więcej okazji do kolejnych tak cudownych wydarzeń kulturalnych.

Największy nieobecny tego koncertu? Walc Embarras! Tak, tak, wiem, brakło duetu, ale i tak...


piątek, 16 września 2016

"Igrając z ogniem" Tess Gerritsen

Do książek Tess Gerritsen wracam chętnie, a tym chętniej sięgam po nowe pozycje. "Igrając z ogniem" leżała na półce od dawna, na spotkaniu autorskim doczekała się autografu, a dopiero teraz doczekała się przeczytania. Jak zwykle bawiłam się cudownie, jak zwykle skończyłam zachwycona. I chociaż tym razem autorka darowała nam krwawe obrazki i napięcie, które rządzi jej thrillerami medycznymi, to mimo wszystko uważam, że to jedna z najlepszych jej książek.

Mamy dwóch głównych bohaterów - Julię i Lorenzo. Julia to postać współczesna - jest skrzypaczką, ma męża i córkę. Wydaje się być szczęśliwą osobą - przynajmniej dopóki nie przywozi z Włoch nut zakupionych w antykwariacie. Kiedy próbuje zagrać zapisany utwór, jej trzyletnia córeczka zaczyna się dziwnie, bardzo agresywnie zachowywać. Julia jest przerażona, szuka pomocy, ale wszyscy obracają się przeciwko niej i próbują jej wmówić, że to nie z dzieckiem jest coś nie tak, tylko z nią.
Drugim bohaterem jest Lorenzo - utalentowany, młody chłopak, dla którego skrzypce i muzyka są najważniejsze. Chce wziąć udział w konkursie, dziadek namawia go na duet z Laurą - córką jego najlepszego przyjaciela. Lorenzo początkowo stawia opór, ale potem ulega i zaczyna chodzić na próby do zaprzyjaźnionej rodziny. Młodzi poznają się, zakochują się w sobie, jednak wszystko komplikuje żydowskie pochodzenie Lorenzo i panująca II wojna światowa.

Julia próbuje dowiedzieć się, kto skomponował utwór, który przywiozła z wycieczki i dlaczego odegrał on tak dużą rolę w życiu jej rodziny, Lorenzo próbuje przetrwać i ocalić swoją rodzinę przed obozem pracy. Dwie silne osobowości, dwie trudne historie, które przeplatają się ze sobą żeby dotrzeć do zaskakującego finału. 

Autorka dobrze przygotowała się do napisania tej książki. Tematyka, jak to zwykle bywa przy książkach dotyczących wojny, obozów koncentracyjnych i żydowskiej zagłady, jest trudna, dlatego duży zachwyt wzbudził we mnie sposób, w jaki pokazała to wszystko Tess. Oddała hołd przede wszystkim tym, którzy pomagali żydowskim sąsiadom, a także pokazała, jak wyglądał proces stracenia. Całość dość gruntownie oparła na prawdziwych wydarzeniach historycznych. Podczas spotkania autorskiego powiedziała, że materiały do napisania "Igrając z ogniem" zbierała dwa lata. I to zdecydowanie widać.

Co można znaleźć w książce? Miłość, wojnę, śmierć, walkę o przetrwanie, walkę o prawdę, próbę ratowania rodziny, chorobę i muzykę - dużo muzyki, o której Tess pisze tak sugestywnie, że niemalże słyszałam każdy dźwięk wygrywany przez Lorenzo. Całość jest spójna, nie ma dłużyzn i zbędnych fragmentów. Uroku dodają też przewijające się piękne, weneckie uliczki, mosty i stare antykwariaty, które kryją liczne tajemnice.

Bardzo polecam każdemu, kto jeszcze nie czytał, a jeszcze bardziej polecam całą twórczość Tess (może tylko troszkę mniej jej romanse z kryminałem w tle). To wspaniała autorka, która potrafi wzbudzić w czytelniku cały wachlarz różnych emocji.

piątek, 19 sierpnia 2016

"Układanka" Stanisław Załuski

Są takie książki po które sięgam z przekonaniem, że będą fantastyczną lekturą. Są też takie, których się obawiam, bo w podobnym stylu czytałam wiele, więc i wymagania mam spore, a tu i autor mi nieznany, i akcja niby zapowiadająca się ciekawie, ale wzbudzająca też wątpliwości. "Układanka" Stanisława Załuskiego zdecydowanie należy do drugiej grupy. Podeszłam z dystansem, z obawą, ale już pierwsze strony rozwiały mój niepokój. Tak, ten autor pisze dobrze. Pisze ciekawie, historie składa w logiczny sposób, nie przynudza i nie rozwleka akcji. Całość stanowi bardzo zgrabnie napisaną powieść, która wciągnęła mnie od pierwszej strony.

W zasadzie mamy tutaj dwóch bohaterów, których można uznać za głównych. Jeden z nich, występujący w teraźniejszości, to dziennikarz, pisarz, który trafia do kliniki w Bostonie na konsultację onkologiczną. Chce pomóc chorej matce, a przy okazji dostaje propozycję napisania książki o fundatorze kliniki, Leonie Nierobie. Jest to postać owiana tajemnicą, więc wyzwanie duże, ale oczywiście za odpowiednie honorarium. I tu właśnie pojawia się drugi z głównych bohaterów, który zaznacza swoją obecność jedynie w notatkach archiwalnych gazet, we wspomnieniach mieszkańców wsi, z której pochodziła jego rodzina, we wspomnieniach tych, którzy w młodości mieli z nim kontakt, czy to w Szwajcarii, czy w klasztorze. Okazuje się bowiem, że oprócz ufundowania kliniki, zasilił też konta 100 klasztorów, z czego kilku w Polsce.

Dziennikarz udaje się na wycieczkę zagraniczną, kilka po polskiej ziemi i szuka najmniejszych śladów obecności Leona Nieroby i jego rodziny, która jest mocno wplątana w całą historię. Dodatkowo pisarz musi się cofnąć w czasie do międzywojnia, do II wojny światowej, które to okresy były decydujące w życiu fundatora. Ukształtowały go jako człowieka, nakreśliły jego relacje z rodziną, z resztą społeczeństwa. Dużą rolę w całej tej historii odgrywa krewniak - Stefan Nieroba, a także zakochane w nim kobiety.

Ważne są też wspomnienia wojenne, które jak to zwykle bywa, charakteryzują się dużym okrucieństwem, nierówną walką z wrogiem - nie tylko o przeżycie, ale też o zachowanie godności. Niewiarygodne opisy tortur, które znalazłam w książce, czy walka o życie, a także motyw macierzyństwa w tym trudnym okresie, to tylko niektóre tematy, które zrobiły na mnie duże wrażenie. 

Książka została napisana spójnie. Nie ma niepotrzebnych dłużyzn, czy niedokończonych wątków. Tytułowa  układanka - chociaż trudna do rozwiązania - składa się w całość, chociaż zakończenie nie zachwyciło mnie, miałam  nadzieję na inne, to jednak muszę przyznać, że książka podobała mi się i spokojnie mogę ją zakwalifikować do pozycji godnych polecenia.


poniedziałek, 8 sierpnia 2016

"Świat Hani Bani" Hanna Bakuła

Hania Bania to mała dziewczynka, która tak naprawdę wcale nie jest taka mała. W zasadzie jak na swój wiek jest niezwykle duża i każdy myśli, że jest dużo starsza. Wyróżnia się pośród innych dzieci nie tylko wzrostem, ale też apetytem. Potrafi zjeść tyle, ile widzi, zakrada się do spiżarni i pochłania smakołyki przygotowane dla całej rodziny. Gardzi jedynie makaronem odgrzewanym każdego ranka na śniadanie i zapijanym mlekiem z solidnym kożuchem na wierzchu.

Największym marzeniem Hani jest chodzenie do szkoły. Ma pięć lat, a sama przerabia elementarz, wychodzi rano na zajęcia, a cała rodzina bierze udział w tej mistyfikacji. Może jedynie poza tatą, który nie zgadza się na podobne dziwactwa. Na podwórku jest prowodyrem, nie daje sobie dmuchać w kaszę i dyktuje warunki. W domu wychowuje ją głównie babcia, rodzice pracują i raczej trzymają się od wychowania dziecka na dystans. Babcia dogadza, pomaga i chroni, a przy okazji nie wypuszcza papierosa z dłoni.

Hania lubi dostawać prezenty. Na każdą uroczystość ma listę swoich wymarzonych, o których często opowiada domownikom. W zasadzie większość jej marzeń się spełnia, więc od razu czuć, że cała rodzina może pozwolić sobie na dogadzanie dziecku. Szybko zmienia zdanie co do tego, co planuje robić w przyszłości. Bawi się z dziećmi sąsiadów i z kuzynami, przeważnie są to zabawy zagrażające zdrowiu, a przynajmniej nadwyrężające dobre imię rodziny.

"Świat Hani Bani", to ładnie wydana książka, którą czytało mi się z przyjemnością. Bez wzlotów i bezgranicznych zachwytów, ale z uśmiechem i z radością. Odpoczywałam i świetnie bawiłam się z Hanią w jej magicznym świecie. Pozornie książka skierowana jest do najmłodszych odbiorców, myślę, że byliby gotowi pokochać dziewczynkę, ale tak naprawdę tło wydarzeń i humor zrozumieją jedynie dorośli i starsza młodzież.

Autorka posiada lekkie pióro, zatem czyta się naprawdę dobrze. Nie męczy i nie drażni stylistycznie, ładnie buduje zdania, przekazuje treść sensownie i bez zbędnych dłużyzn. To na plus. Miejscami może (ale nie musi) przeszkadzać infantylny język czy konstrukcja tekstu, ale to one decydują o tym, że książka jest taka przyjemna. Na pewno uroku dodają jej też liczne, kolorowe fotografie. Całość wydana jest na bardzo ładnym, błyszczącym papierze.

Książkę polecam każdemu, kto chciałby zrelaksować się przy miłej lekturze, pełnej mniej lub bardziej szalonych pomysłów małej Hani.

wtorek, 19 lipca 2016

"Wtajemniczenie" Tomasz Węcki

"Wychodzisz z domu i zaczynasz się zastanawiać - czy wyłączyłem żelazko? Czy zamknąłem drzwi? Może warto wrócić i sprawdzić? Niepokój rośnie z każdym krokiem. Wreszcie nie wytrzymujesz, zawracasz, sprawdzasz - jak ostatni frajer, bo przecież wszystko w porządku, zamknięte i wyłączone.

To nie umysł płata Ci figle. Istnieje niewidzialny świat duchów, które żerują na ludzkich emocjach, marzeniach i snach".

Czy po takim opisie na okładce mogłam przejść obok tej książki obojętnie? Nie, nie mogłam. Przecież to wypisz wymaluj ja i moje natręctwa. Wróć - moje duchy, które żerują na mnie i moich słabościach.

Z urban fantasy miałam dotychczas niewiele do czynienia. Pojedyncze książki, które zachwycały mniej niż więcej - ot i cała przygoda z gatunkiem. Podeszłam z dystansem, ale i z ciekawością.

Pierwsze wrażenie - książka jest mroczna. Mroczna akcja, mroczne wydarzenia, mroczny główny bohater i mroczne duchy, które spotyka na swojej drodze. Spotyka je, a na dodatek wie, jak z nimi walczyć. Co prawda nie do końca opanował skuteczną walkę, ale przynajmniej się stara i to należy docenić. A czy zginie ten, którego próbuje uwolnić od ducha, czy ten duch, to już sprawa drugorzędna. Te niewidzialne dla zwykłego śmiertelnika, a widzialne dla Tomasza Zająca stworzenia przeważnie mają odrażający wygląd i przesympatycznie się nazywają: humanoid, gryziec, smyślnia (albo smyśleń), gżdyl, szpilec czy wijec. Jeśli jakiś duch przyczepi się do człowieka, zawiąże mu pętle na szyi, a człowiek ulegnie - to koniec - włącza się nieracjonalne myślenie, szał, złość, krzyk, zagubienie. I w takich sytuacjach właśnie próbuje pomagać Tomasz, który sięga po magiczne zaklęcia, wiedzę odziedziczoną po dziadku i własne przeczucia.

To jest naprawdę ciekawa książka. Ciekawa nie dlatego, że wartka akcja wciąga  i nie można się od niej oderwać. Jest po prostu ciekawie skonstruowana. Autor dociera do zakamarków duszy - zarówno ludzkich, jak i pozaludzkich. Przedstawia szarobure społeczeństwo, ponure miasto, smutny świat pełen istot, które ten świat pogrążają. I istot (bardziej ludzkich), które nie potrafią się przed tym bronić.

"Wtajemniczenie" ma zwartą konstrukcję, jest dobrze napisane. Stylistycznie i językowo nic nie zgrzyta. Bardzo podobał mi się czarny, przemycany tu i ówdzie humor, który uprzyjemnił lekturę. Podobał mi też pomysł na głównego bohatera, który chciał dobrze, a wychodziło mu wszystko tak różnie, a wręcz tak nieszczególnie dobrze. Przeurocza postać, przeurocza lektura, tylko ten urok to taki czarno-smutny i wnoszący niepewność wymieszaną z lękiem - szczególnie widać to na ilustracjach Macieja Piątka, które idealnie oddają klimat lektury.  Ja polecam - dla fanów fantasy to może być naprawdę interesujące doświadczenie, a pozostali czytelnicy mogą dowiedzieć się z tej książki, skąd się biorą emocje w naszym życiu. Chociaż z drugiej strony wiedza ta jest dość przerażająca, więc podkreślam, że to lektura na własną odpowiedzialność.

Na zakończenie zamieszczam zdjęcia wyszperane w internecie z artykułu autorstwa Tomasza Węckiego. A także podziękowania za egzemplarz. Naprawdę mam nadzieję, że to dopiero początek.



poniedziałek, 20 czerwca 2016

"Zabójcza zagadka matematyka" Jordi Sierra I Fabra

Matematykę kocham od urodzenia miłością szczerą i ogromną. Zawsze to właśnie w tym przedmiocie odnajdywałam się najlepiej. Dlatego książka poświęcona matematyce, rozwiązywaniu zadań, na dodatek książka o zabarwieniu detektywistycznym tym bardziej przypadła mi do gustu.

Głównymi bohaterami są trzej uczniowie - Adela, Nico i Luc. Grozi im powtórka przedmiotu, zawalają klasówki, "nie rozumieją i nie wchodzi im do głowy".  Zbliża się koniec roku, ostatni sprawdzian, a oni są nastawieni na porażkę i powtórkowe wrześniowe zaliczenie z matematyki. Po rozmowie z nauczycielem postanawiają dać sobie ostatnią szansę, ale niestety dosięga ich kolejna porażka - klasówka idzie źle, a nad trójką uczniów pojawia się widmo korepetycji, wakacji pełnych wzorów i zadań. Nauczyciel jednak widzi w swoich podopiecznych potencjał - wymyśla szalony plan, 15 zadań: 8 matematycznych i 7 logicznych, które mają ich doprowadzić do znalezienia pewnej osoby, a przy okazji do zaliczenia przedmiotu. W dniu, w którym mają się zmierzyć z wyzwaniem, przybywają w umówione miejsce, w które przybywa też ranny nauczyciel. Przekazuje im wskazówki i osuwa się na ziemię. Przestraszeni uczniowie szukają policji, ale kiedy zostają zlekceważeni postanawiają sami znaleźć zabójcę nauczyciela. Wkraczają w świat zadań matematycznych i rozpoczynają swoją wielką przygodę.

Książka "Zabójcza zagadka matematyka" jest przyjemną pozycją skierowaną do młodzieży. Autor próbuje przedstawić matematykę w pozytywnym  świetle, pokazuje, jak można bawić się zadaniami, jakich trików użyć, aby zaciekawić nawet najbardziej opornych uczniów. Dodatkowo porównuje rozwiązywanie zadań do czytania książek kryminalnych -  tu też trzeba zbadać wiele tropów, żeby dotrzeć do finału zagadki, a także do grania w gry komputerowe, które wymagają logicznego i strategicznego myślenia.

Książka jest bardzo dobrze skonstruowana - zawiera zarówno dużo zadań z rozwiązaniami, jak i spójną akcję, która trzyma w napięciu niczym naprawdę przyzwoita powieść detektywistyczna. Wielki  plus dla autora za postać nauczyciela,  który ryzykuje pozycję w szkole, żeby pomóc swoim uczniom.

Polecam każdemu uczniowi, który ma problemy z matematyką i każdemu nauczycielowi, który nie wie, jak poradzić sobie z uczniami i jak zachęcić ich do zgłębiania matematycznych tajników.


piątek, 17 czerwca 2016

4.06.2016, spotkanie z Tess Gerritsen w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału

Ucieszyłam się na wieść, że Tess przyjedzie do Polski. Zaplanowałam sobie to spotkanie, ale do końca nie wierzyłam, że to wszystko może się udać. A udało się i było cudownie.

Spotkanie odbyło się 4.06.2016 we wrocławskim kinie Nowe Horyzonty w pobliżu rynku, poprowadziła je nasza polska autorka - Marta Guzowska. Trwało ponad godzinę i było naprawdę wspaniałym doświadczeniem. 

Pierwsze pytania dotyczyły tego, co najbardziej interesuje każdego potencjalnego mordercę, czyli jaki jest najskuteczniejszy przepis na morderstwo i jak najlepiej ukryć ciało. Potem rozpoczęła się rozmowa o tym, skąd Tess czerpie inspiracje, czy ma w sobie więcej Maury, czy Jane, dlaczego umieszcza akcję swoich książek w Bostonie (i skąd ten Boston taki popularny w twórczości innych pisarzy, chociażby Kinga). Tess zażartowała, że wszystko próbuje dokładnie sprawdzić, w związku z tym jej mąż spędził kiedyś cały dzień jeżdżąc z nią po ulicach Bostonu i szukając kryjówki dla ciała. Chcieli nawet poradzić się taksówkarza, ale stwierdzili, że takie pytanie może ich postawić w złym świetle. Marta Guzowska pytała też o research przy każdej z książek, Tess odpowiedziała, że przeciętnie zajmuje jej to ok. 2 tygodnie, ale do swojej najtrudniejszej książki, czyli "Grawitacji" przygotowywała się 2 lata. Swoją drogą przy okazji nadmienię, że osobiście uważam "Grawitację" za jedną z najlepszych książek autorki - chociaż tak naprawdę odbiega od pozostałych książek gatunkiem - myślę, że spokojnie można podciągnąć ją pod fantastykę. Marta pytała też w nawiązaniu do "Ogrodu kości', czy w planach jest kolejna książka historyczna, okazało się, że jest, podobnie, jak już prawie jest gotowa kolejna część serii o Maurze i Jane. Osobiście nie mogę się doczekać.

Zabrakło czasu na pytania od publiczności, więc nie zdołałam zapytać, czy planuje uwikłać Maurę w romans z moich marzeń. I tak nie zapytałabym, bo jak na złość uleciało mi nazwisko potencjalnego kandydata. Jednak mimo wszystko mocno trzymam kciuki, żeby udało się na kartach powieści połączyć dwójkę moich ulubionych bohaterów - moja wewnętrzna słabość do związków trudnych domaga się tego już od bardzo dawna!

Po spotkaniu nadeszła chwila na autografy i pamiątkowe zdjęcia. Niestety oficjalna część (czyli główna gala i wręczenie nagród) zbliżała się wielkimi krokami i było bardzo dużo osób, a bardzo niewiele czasu, żeby poprosić o autograf i zrobić jakieś pamiątkowe zdjęcie. Moja ekipa miała dużo szczęścia, zdjęcia pamiątkowe są, książki też podpisane, a co najważniejsze pozostało dużo dobrych wspomnień. No i radość z tego, że niedługo pojawi się nowa powieść autorki. (Znając nasze realia, to nie takie niedługo, bo po premierze w USA, do nas przybywa z półrocznym, czasem rocznym opóźnieniem), Jednak i tak jest na co czekać. A póki co mam do nadrobienia najnowszą powieść autorki "Igrając z ogniem" (premiera maj 2016). Też nie mogę się doczekać!

Każdy, kto zna, to wie, że Gerritsen pisze świetnie, a jej książki czytają się same i trzymają w napięciu. A ten, kto nie zna, to zdecydowanie powinien poznać. Na pewno wpadnie po uszy i zanim się spostrzeże, to prawie 20 książek będzie miał za sobą.

Podpisuje się mój "Skalpel" i do dziś pluję sobie w brodę, że nie zakupiłam "Doliny umarłych".



Trzy autografy - mysi, mysiego dziecka i mysiego brata, czyli wszystko zostaje w rodzinie.



poniedziałek, 30 maja 2016

ŚBK: Miejsce pracy blogera

Opis mojego miejsca pracy należałoby rozpocząć wzmianką, że takie miejsce nie istnieje. Niestety. Kiedyś wszystko, co pisałam, pisałam w łóżku. Laptop na podstawkę, pozycja dowolnie wygodna i praca wrzała. Pisałam o książkach, pisałam kilometry kodu źródłowego przeróżnych programów, stado (albo i dwa stada) postów na forach, a i rozmawiałam tu i ówdzie godzinami. Potem znalazła się praca, urodziło się dziecko, popsuło się łóżko, a na koniec padł sprzęt. I trzeba było dorosnąć. Teraz mój laptop zachowuje się jak rasowy kot. Od czasu do czasu łaskawie się uruchomi i da coś napisać. Chyba, że ma zły dzień, to się nie uruchomi. Lub uruchomi i nie da napisać. Kapryśny okrutnie, a na dodatek pozbawiony niektórych klawiszy i baterii...

 Posiadam też komputer stacjonarny, nawet jeszcze działa, chociaż wiekowy już jest. I czasami korzystam. Tylko to też średnio przyjemne, bo albo się wiesza, albo muli, albo odłącza klawiaturę. Łotr jest niesamowity i chociaż to pierwszy komputer, który samodzielnie kupiłam i miłością wielką darzę przez to, to zwyczajnie praca na nim jest trudna i zasiadam niechętnie.

 Najbliżej i zawsze przy mnie jest telefon. Teraz się naród chwyta za głowę, bo jak można na takim "byleczym" cokolwiek napisać. Czasami można, czasami wręcz trzeba, aczkolwiek o komforcie takiego pisania wolę się nie wypowiadać, bo nic dobrego nie ciśnie mi się na usta. Nie lubię. Tylko w obliczu braków sprzętowych czasami nic innego człowiekowi nie zostaje.

 Nie pozostaje też nic innego, jak poszukać swojego miejsca w chorzowskim świecie, bo ile można na kolanie, z doskoku i tak nijak. Trzeba też poszukać nowego przyjaciela, z którym praca stanie się miła i przyjemna. Tylko to plany na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Jedyne, czego w moim miejscu nie może nigdy zabraknąć i co to umowne miejsce chociaż troszkę definiuje, to muzyka. Nastrojowa, delikatna, subtelna, albo wręcz przeciwnie - taka, o którą nikt nie podejrzewałby mnie. Najlepiej pisze mi się przy Magdzie Umer i Kasi Groniec. Dwie najważniejsze i dwie najbardziej inspirujące artystki. Poruszają, wzruszają i pobudzają te zakamarki umysłu, które odpowiedzialne są za słowo. I to właśnie dzięki nim napisałam kilka ważnych rzeczy. Miks idealny - Groniec i Osiecka:





O miejscach pracy Śląskich Blogerów Książkowych można poczytać tutaj:

czwartek, 21 kwietnia 2016

ŚBK "A miało być tak pięknie...", czyli o naszych pomyłkach czytelniczych...

To jeden z najsmutniejszych tematów, jaki istnieje. Może dlatego, że z każdą książką wiążę jakieś nadzieje. Liczę na miłe chwile, na relaks, na ciekawe dyskusje po ukończeniu. I te przeczytane pozycje, które mi się podobały, wzbudzają we mnie miłe wspomnienia, natomiast pomyłki... a zresztą posłuchajcie.

Dawno, dawno temu, w czasach, kiedy książki nie były dla mnie aż tak ważne (a może wtedy jeszcze w ogóle nie były ważne), ktoś obiecał mi, że "O krasnoludkach i sierotce Marysi" będzie fantastyczną lekturą i będę ją wspominała całe życie. Owszem, wspominam. Tylko na pewno nie o to chodziło. Męczyłam, męczyłam i nie zmęczyłam. Koszmar nie książka. Jedyna lektura w szkole podstawowej, której nie dałam rady skończyć - na dodatek to było moje pierwsze poważne spotkanie z literaturą. Dobrze, że nie zraziło mnie dożywotnio!

Dużo później, jako prawie-mężatka zażyczyłam sobie na ślub książki zamiast kwiatów. Napłynęło do mnie sporo cudowności, a między nimi znalazła się "Zaginiona" Cobena. Jak ja się ucieszyłam! Tyle dobrych słów, tyle wspaniałych opinii, najulubieńszy autor otoczenia - tylko rzucić wszystko, czytać i piać z zachwytu. Nie wiem, za jakie grzechy ja brnęłam do końca tej zacnej powieści. Coś absolutnie niestrawnego, nie w moim typie. Ani akcją nie zachwyciło, ani postaciami... na dodatek tak przewidywalne, że z ostatnią stroną pożałowałam zmarnowanych trzech tygodni. Nigdy więcej nie sięgnęłam po książki tego autora.

Kilka lat później (może rok, a może 3, już sama nie wiem) wracałam z naszej pięknej stolicy i na trasie Warszawa-Częstochowa połknęłam jedną z książek Mastertona. Byłam pod tak wielkim wrażeniem, że pobiegłam do biblioteki po kontynuację. I ta kontynuacja była tak koszmarnym doświadczeniem, że opisuję je ku przestrodze. Książka zwała się "Krew Manitou". I dosłownie, jak w tytule zapodano, była o krwi. Krew lała się strumieniami, a oprócz krwi była jeszcze krew. I krew. Dziwiłam się, że mi nie kapie ze stronic, bo naprawdę tylko tego brakowało. Zniesmaczyłam się na długo i porzuciłam kolejnego autora.

Do lektur nigdy nie przywiązywałam wielkiej wagi - czytałam, albo nie. Matematykę kochałam miłością szczerą, polski był mi całkowicie obojętny. Jak akurat miałam chwilę, to lektury kartkowałam, jak nie miałam, to nie. W okresie omawiania "Ludzi bezdomnych" czasu musiałam mieć więcej, bo konsekwentnie brnęłam i coś mi się kojarzy, że nawet dobiłam do finiszu. Nie ma książki, na której zasnęłam większą ilość razy. Jak ktoś boryka się z bezsennością, to ja ją zalecam w ramach lekarstwa. Na mnie działało wyśmienicie.

Z kolejnym mistrzem wielu czytelników próbowałam się zmierzyć całkiem niedawno. Na chybił-trafił wylosowałam z bibliotecznego zakątka Kinga "Bezsenność" i usiadłam do lektury. Niestety wybór okazał się ogromnym "chybił", bo książka była zwyczajnie beznadziejna. Ani tam akcji, ani napięcia, ani nawet historii jakiejś ciekawej nie było. Tyle stron o niczym. Na samo wspomnienie robi mi się zimno w środku.

Jednak największą, najstraszniejszą i najokrutniejszą pomyłką okazała się seria książek o Dorze Wilk autorstwa Anety Jadowskiej. Zapowiadało się dobrze, oczywiście po samym opisie, bo już zgłębianie lektury wprowadziło mnie w zdumienie, że w ogóle tak można. Pozwolę sobie zacytować kilka słów, które napisałam po przeczytaniu tegoż dzieła: "Język książki jest na poziomie gimnazjalno-licealnym. Tak jakby została skierowana tylko do jednej grupy odbiorców - tak z przedziału 12-16, a i w tej grupie nie do końca jest pewnie do przyjęcia. Przeraża mnie też podejście do tematu, bo tak naprawdę akcji jako takiej niewiele, a trzon książki stanowią rozważania na tematy miłosno-seksualne, typu: czy się przespać, a jak się przespać, to z kim się przespać i jak się nie przespać, kiedy chce się przespać.
Widzę potencjał, ale jest on całkowicie niewykorzystany. Wilkołaki, wampirki, diabły, anioły - wszyscy boją się głównej bohaterki, wszyscy się w niej kochają, wszyscy jej ulegają i wszyscy chcą z nią spać. W tle są jakieś dwie sprawy, ale one są jakieś takie.. jakby mniej ważne, potraktowane po macoszemu, ważniejsze są dotyki, miziania i inne tam z każdym po kolei." Nie wiem, czy przebrnęłam przez dwa tomy, czy przez trzy, musiałam jednak przekonać się na własnej skórze, jak autorka przedstawi jedną scenę. I na niej skończyłam moją przygodą. Nie zapowiada się, żebym kiedykolwiek wróciła. Wręcz przeciwnie - szerokim łukiem omijam i raczej odradzam każdemu, kto tylko pomyśli, żeby się z tą serią zapoznać.

Mniejszą pomyłką okazały się książki Olgi Rudnickiej. Z nią to w ogóle mam problem. Zaczęłam od bardzo przyzwoitego "Lilith". Potem też nie było aż tak źle - chociaż infantylnie i banalnie, ale jeszcze "Jezioro" i kontynuację z psem i kotem w tytule jakoś zdzierżyłam. A później doszłam do "Zacisza 13". Olaboga. Nie wiedziałam, czy uciec z krzykiem, czy katować się do końca tegoż dzieła. Koszmar, sama akcja niesmaczna, okropieństwo i tyle. Za to na koniec dorwałam "Cichego wielbiciela" i za niego złożyłam autorce wielki ukłon, bo to naprawdę dobra książka. Bardzo ładnie napisana, widać, że z pomysłem, z badaniami nad tematem. I w gruncie rzeczy Olga Rudnicka, to jedna z tych nielicznych autorek, która dostała ode mnie kilka szans i z pewnością dostanie więcej. Jedyne na co się na pewno nie skuszę, to kontynuacja "Zacisza". Masochizm tak, ale nawet on powinien mieć jakieś granice.

Nie pozostaje nic innego, jak mieć nadzieję, że pomyłek będzie jak najmniej, a każda kolejna książka, która wpadnie w moje macki, dostarczy mi samych pozytywnych chwil.


O pomyłkach czytelniczych  Śląskich Blogerów Książkowych można poczytać tutaj:

czwartek, 7 kwietnia 2016

"Medalion z bursztynem" Anna Klejzerowicz



Lubię sięgać po książki Anny Klejzerowicz. Wnoszą w moje wieczory dużo spokoju, dużo swojskości i tak potrzebny mi relaks. Ostatnio czytałam "List z powstania", który zrobił na mnie ogromne wrażenie, dlatego tym chętniej wzięłam do ręki "Medalion z bursztynem". Miałam nadzieję na kilka miłych chwil z dobrą lekturą.

Sama nie wiem, czy to było dokładnie to, czego oczekiwałam. Niby ładnie stworzona historia, niby wszystko składnie, a jednak zabrakło mi polotu i szczerych emocji. Dodatkowo nie odnalazłam się w tle historycznym, nie poczułam prawdziwego klimatu książki. Było miło, ale jak dla mnie - niewystarczająco.

Główna bohaterka Ewa to silna, niezależna kobieta. Podczas porządków w mieszkaniu babci znajduje medalion z przepięknym bursztynem i z dołączonego do niego listu dowiaduje się, że należy on do jej matki. Sprawa wygląda jednak tajemniczo, na medalionie wyryto zupełnie inne imię, a pierwsza osoba, która próbuje rozwikłać zagadkę, ginie w wypadku. Czy aby na pewno był to wypadek? Akcję komplikują wspomnienia matki, a urozmaica ją Jacek - dziennikarz, który próbuje rozwiązać nie tylko sprawę z przeszłości, ale też tajemniczą śmierć kolegi po fachu. 

Najbardziej nie podobał mi się opis relacji Ewy i  Haliny. Źle ona ewoluowała, jakoś tak nienaturalnie. Miałam wrażenie, że autorka stara się tak przedstawić matkę, żeby czytelnik przypadkiem jej nie polubił. A właśnie na przekór wszystkiemu, od razu zyskała ona moją sympatię i to chyba najbardziej z całej książki. Uważam, że to jedna z najlepiej skonstruowanych postaci. Oczywiście pomijając stosunek do córki. Moją sympatię zyskał też Jacek - fajny, konkretny facet, który wziął sprawy w swoje ręce i nadał akcji bardzo przyjemny nurt. Duży plus za wprowadzenie bohatera odmiennej orientacji seksualnej, a także za wszystkie powroty do przeszłości i opisy zamierzchłych wydarzeń. Nie podobały mi się za to wstawki z perspektywy prześladowcy, jego monologi wewnętrzne. Zbędne i tyle.

Nie żałuję, że wypożyczyłam tę książkę, bo czytało mi się ją przyjemnie. Tylko nie potrafię jej ocenić bardzo wysoko, bo zdecydowanie rozminęłam się z treścią, zwłaszcza z warstwą historyczną. Jednak słabość do autorki nie uległa zmianie i z chęcią sięgnę po kolejną książkę.



poniedziałek, 21 marca 2016

ŚBKowe przykurzątka, czyli książkowe wyrzuty sumienia...

Przykurzątka, to książki, które wciąż wierzą, że je przeczytam. Stoją grzecznie w równych rządkach, uśmiechają się zachęcająco, ale ja odporna na ich zawartość sięgam po sąsiada, po książkę świeżo przyniesioną z księgarni, z biblioteki. I taki los tych przykurzątek - czekają, cierpliwie czekają. Są dni, kiedy po długich dyskusjach z wnętrzem mym - z sercem, rozumem i wątrobą decyduję się właśnie na taki zagubiony i zaniedbany egzemplarz, ale jest ich tyle, że ani czas nie pozwala, ani sił nie ma żeby całą biblioteczkę od deski do deski przeczytać.

Jestem szczęśliwym dzieckiem rodziców, którzy nigdy nie żałowali pieniędzy na książki. To oni nauczyli mnie czytać, kupować, gromadzić, rozkoszować się i otaczać się literaturą. Dzięki posiadaniu własnego regału w domu rodzinnym, w moim małym, wymarzonym mieszkanku zawsze znajdzie się miejsce dla nowych pozycji. Po prostu od czasu do czasu książki przeczytane, albo takie, z którymi nie nadaję na wspólnych falach, jadą do Częstochowy. I powstaje miejsce na nowe, które przygarniam tu i ówdzie.

Przygarniam, kiedy ktoś porzuca. Przygarniam, kiedy uśmiechają się do mnie na półce w księgarni. Przygarniam, kiedy po prostu muszę, bo bez tej, czy innej pozycji dalsze funkcjonowanie ma mniejszy sens. Ta ostatnia grupa, to książki najliczniejsze, ale też takie, które nie robią za przykurzątka. To te, które zaczynam czytać, zanim za nie zapłacę.

Przyjrzałam się półkom w domostwie i wyszukałam największe moje wyrzuty sumienia. Takie, których mi najbardziej szkoda, które wiem, że powinnam, każda komórka ciała chciałaby, ale umysł odmawia, a chęci wybiegają na samą myśl z transparentem: "Nie ma opcji!".

Pierwsza z nich tok "Gra w klasy" Julio Cortazara. Ileż ja się nachodziłam dookoła tej książki, ileż naczytałam się pozytywnych opinii, ileż razy obiecałam sobie, że jak tylko kupię, to przeczytam na oba sposoby. Z wypiekami na twarzy zapłaciłam, szczęśliwa wróciłam do domu... i czar prysł. Książka do dziś stoi na półce, zmieniła tylko miasto zamieszkania, sąsiedztwo, od czasu do czasu przestawiam ją (w zależności od aktualnej wizji), ale do czytania zmobilizować się nie mogę. Odkąd dowiedziałam się o wymianach ŚBKów, romansuję z myślą, żeby wymienić ją na lepszy model, ale wciąż łudzę się, że w końcu wezmę w swoje macki. A potem znowu przechodzę obojętnie i wybieram inny tytuł. To mój smutny przykurzątek numer jeden.

Drugi tytuł, którego obecność wywołuje we mnie smutek i nostalgię, to "Zamek z piaski, który runął" Larssona. A było to tak: pochłonęłam część pierwszą i drugą. Po czym jakieś złe we nie wstąpiło, spojrzałam w ostatnie strony "Zamku..." i... już nie czułam potrzeby czytać dalej. Po prostu odstawiłam na półkę, obiecałam sobie, że wrócę kiedyś, poszłam do biblioteki, wzięłam "Chirurga" Gerritsen i wsiąkłam w jej thrillery, a Larsson poszedł w zapomnienie. I tak sobie stoi. A przynajmniej stał do Sylwestra, bo aktualnie przygarnęła go moja koleżanka. Jednak niedługo wróci, stanie na swoim honorowym miejscu i dalej będzie przypominał mi o mojej głupocie. Jedynym pocieszeniem jest dla mnie to, że rozczarowanie taką końcówką po przebrnięciu przez całe to opasłe tomiszcze byłoby chyba bardziej bolesne, niż wyrzuty sumienia, że przez tomiszcze w ogóle nie brnęłam.

Trzecia książka ma historię podobną do pierwszej. Jest to "Chłopiec z latawcem" Khaled Hossinei. Różnica jest tylko taka, że "Gra w klasy" zostanie jeszcze na swoim miejscu, a "Chłopiec..." pojedzie na jakąś wymianę. Może znajdzie godnego właściciela, który zapewni mu takie traktowanie, na jakie zasługuje, bo ja wiem, że to jest cudowna książka, którą powinnam... Tylko te moje wnętrza stawiają taki koszmarny opór, że totalnie nie umiem go przezwyciężyć. Trudno.

Tych tytułów mogłabym wymienić jeszcze kilka. Albo kilkanaście. Są takie, które mieszkają na półkach, bo dostałam w prezencie i nie mam serca się z nimi rozstać. Są takie, które porzuciłam w połowie, ale ciągle mam nadzieję, że jeszcze skończę. I są takie, które po prostu sobie stoją, a ja w pewnym momencie je przeczytam. I nie ma innej opcji.

A jak ktoś pyta: po co ci tyle książek? To mówię, że to moja kolekcja na emeryturę, kiedy w końcu będę miała czas wyłącznie na czytanie. I kolekcjonuję dalej.

O przykurzątkach innych Śląskich Blogerów Książkowych można poczytać tutaj:

sobota, 19 marca 2016

"Najgorszy człowiek na świecie" Małgorzata Halber

Nie wiem, co sprawiło, że tak bardzo chciałam przeczytać tę książkę. Może tytuł, może pozytywne opinie, a może po prostu projekt okładki, ale coś przyciągało mnie okrutnie. Aż w końcu wypożyczyłam, przeczytałam i do teraz siedzi mi w głowie. Na dodatek mi w niej mąci.

"Nie wiem, gdzie jestem, rozumiesz? Jestem kompletnie zdezorientowana, mogę tylko mamrotać "boli", mogę myśleć intensywnie słowami, których nie umiem powiedzieć, i mogę się bać, że zostanę odstawiona w kąt jak grabie przez kogoś, na kim mi bardzo zależy, oraz że ktoś będzie czegoś ode mnie chciał, a ja to zrobię źle."
Nie jest trudno zagubić się, z lękiem spoglądać w przyszłość, bać się ludzi i trzymać na dystans każdego, kto próbuje się zbliżyć. I nawet alkoholu nie potrzeba, narkotyków też nie, żeby uroić sobie w głowie, że nie da się, nie mogę, nie potrafię, to nie dla mnie. 

"Przyzwyczaiłam się, że jeśli chcę z kimś być, to go nie ma. Sama muszę się sobą zająć.
Nic nie daję z siebie, tylko się zasklepiam i wyginają mi się plecy, i za karę zostanę sama na wieki. Czy ty wiesz, co to jest samotność, kiedy gotujesz dla siebie jednoosobowe obiady przez dwa lata i wypala ci ktoś znamię w kształcie swastyki na pluszowym sercu?"
Książka urzekła mnie wspaniałymi cytatami. Z niektórymi się utożsamiałam, z innymi zupełnie nie, ale trafiały, dogłębnie trafiały i mogłam radować się tekstem, który wywołał u mnie emocje, przemyślenia, a także rozkosz, bo jak tu się nie rozkoszować, kiedy ktoś pisze o "pluszowym sercu"? 

"Bo ja zawsze wszystko odkładałem. Jak było coś do zrobienia. Telefon jakiś na przykład albo jak na pocztę miałem iść czy z szefem porozmawiać. I potem się tak męczyłem z tym. Normalnie taki ciężar miałem, że to niezrobione jest. Zwlekałem. I tylko myślałem, że muszę to zrobić. I teraz, dzięki terapii, nauczyłem się, że robię od razu. Jak mam coś zrobić, zadzwonić do urzędu na przykład, to dzwonię. No, tak po prostu robię to. I wtedy się nie męczę."
Znalazł się też przykład mojej największej bolączki, coś z czym borykam się od zawsze i pewnie już na zawsze, bo żadne podjęte próby nie sprawiły, że jak mam coś zrobić, to po prostu to robię. Nie i już. Odnalazłam kawałek siebie, a to rzadkie zjawisko i chociaż z nałogami nie mam za wiele wspólnego, to i tak mi do tej powieści wyjątkowo po drodze.

Tę książkę czyta się bardzo dobrze. Urzeka swoją prostotą, krótkimi, dosadnymi zdaniami i perspektywą z jakiej został ukazany temat - od środka, dogłębnie, ale rzeczowo, z chłodnym subiektywizmem. Pokazuje nam drogę, jaką przechodzi każdy, kto chce się uwolnić od nałogu - ze wszystkimi wzlotami, upadkami, potknięciami, kryzysami, waleniem głową w ścianę i radością z tego, co udało się osiągnąć.

Główna bohaterka opowiada o sobie w sposób bezsprzecznie krytyczny, ale nierówny. Chwilami próbuje się bronić, aby za chwilę znów uznać się za najgorszego człowieka na świecie. Opisuje swoje relacje z otoczeniem, wrażenia z terapii, spotkania z psychologami, z innymi uzależnionymi, relacje z partnerem, z kolegami z pracy. Nakreśla pułapki, jakie czekają na nią i na każdego innego alkoholika/narkomana, który próbuje pokonać zło panoszące się w jego życiu.

Najbardziej zaskakujące były dla mnie fragmenty z wyimaginowanym towarzystwem. Jak bardzo musi być samotny człowiek, który ucieka się do takiej metody radzenia sobie w życiu? I ile osób tak naprawdę na co dzień zakłada maskę dla otoczenia, a w głębi duszy cierpi i prowadzi niekończące się rozmowy z kimś, kogo tak naprawdę nie ma? Terapia, psycholog, psychiatra - są to pojęcia napawające lękiem. Człowiek broni się przed nimi rękami i nogami, udowadnia wszystkim - w tym sobie, że zupełnie nie potrzebuje pomocy i wszystko gra. Chodzenie na terapię to wstyd. Posiadanie własnych problemów to wstyd. Przyznawanie się do tego, to też wstyd. A potem okazuje się, że terapia nie boli, a każdy ma jakieś słabości, z którymi jakoś musi sobie poradzić. I jedni radzą sobie sami, a inni idą na terapię i uczą się siebie, uczą się nazywać rzeczy po imieniu, uczą się rozmawiać o lękach, o potrzebach, o życiu. I tak naprawdę właśnie o tym jest ta książka - o walce z samym sobą, walce z nałogiem, walce z cierpieniem. I niekoniecznie w takim zestawieniu główną rolę muszą grać używki - chociaż fakt, tu grają. Stanowią główny temat i główny problem.

Dla mnie było to niezwykle emocjonalne spotkanie z czymś nieznanym, a jednak na swój sposób bliskim. Dorzucając fantastyczny styl książki, zgrabny podział na rozdziały i ładnie napisaną historię walki z nałogiem - skończyłam zachwycona. I przypomniało mi się, jak całkiem niedawno przeczytałam opinię, że przez to nie da się przebrnąć. Da się, może się nawet całkiem spodobać, tylko do tego trzeba patrzyć w tym samym kierunku, co autorka. Zdecydowanie polecam. 


środa, 16 marca 2016

Andrzej Poniedzielski "Live", 12.03.2016 Teatr im. Adama Mickiewicza w Częstochowie

Dużo pracy, dużo stresu, dużo zawirowań życiowych i nagle pośród tych zawirowań odkrycie! Andrzej Poniedzielski przybywa do Częstochowy, do mojego ukochanego Teatru im. Adama Mickiewicza i na dodatek są jeszcze bilety. Szybka rezerwacja miejsc, szybkie zorganizowanie towarzystwa i długi czas oczekiwania na recital ulubionego tekściarza i satyryka.

Doczekałam się, przybyłam, wzięłam udział... i wyszłam zachwycona. Odprężająca terapia śmiechem, okraszona najlepszymi piosenkami pana Andrzeja sprawiła, że chociaż na chwilę zapomniałam o szarej rzeczywistości. Sam artysta przyznał, że taki rodzaj "benefisu" był jego pomysłem, sposobem na uczczenie 60 urodzin. I naprawdę cieszę się, że udało mi się w porę wypatrzyć plakat i zdobyć bilety. Swoim uroczo-smutnym, pozbawionym uczuć i emocji głosem Poniedzielski doprowadzał publiczność do niekontrolowanych wybuchów radości, a tekstami mądrych i świetnie napisanych piosenek wprowadzał zadumę i nostalgię. Wdzięczna jestem i za "Chyba już można iść spać", i za "Elegancką piosenkę o szczęściu", ale przede wszystkim za mój najulubieńszy utwór "O miłość", który niezależnie od stanu ciała i ducha, zawsze rozbija mnie na tysiąc kawałków. Przybliżam zatem w najgenialniejszym wykonaniu, zaśpiewany przez Magdę Umer, a skomponowany przez Jerzego Satanowskiego kawałek.


I żyjemy,
drzewiejemy
Krople czasu żłobią twarze
Tam się plączą, rzadziej - łączą
linie rozumu i marzeń

Od stu życzeń, w dniu urodzin
wypogodzić nam się zdarza
Ale mamy zapisane
gdzieś w zagięciach kalendarza:
Życie
Całe,
Dni
I noce, od czekania - białe
Będzie
Wszędzie
Zawsze
Nam chodziło
O
Miłość

Jubileusz wypadł fantastycznie, Andrzej Poniedzielski wraz z Andrzejem Pawlukiewiczem, czyli w skrócie zespół APAP (według słów artysty nazwa jak najbardziej adekwatna, bo po tylu latach wspólnych występów niewątpliwie kojarzą się z bólem) przynieśli częstochowskiej publiczności dużo radości. Jestem zwolenniczką minimalizmu - delikatne oświetlenie, mikrofon, krzesełko/kostka i artysta. I naprawdę nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Sztuka broni się sama i nie potrzebuje wszystkich tych 'kolorowych jarmarków' i fajerwerków do porwania widowni. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś wziąć udział w tak cudownym spektaklu. I następnym razem nie zapomnę płyty, na której mam nadzieję pojawi się kiedyś autograf Andrzeja Poniedzielskiego. Tym razem bez zdjęć i podpisów, ale z pięknymi wspomnieniami, z lżejszą duszą i pozytywniejszym podejściem opuściłam budynek teatru. A teraz... Teraz powracam do twórczości artysty i wspominam te cudowne, sobotnie chwile.



niedziela, 13 marca 2016

"Dracula" Bram Stoker

Wampiry przewijają się we współczesnej literaturze, w filmach, w serialach i w reklamach. Jednym połyskuje skóra, innym krew kapie z kłów, a jeszcze inne leżą w swoich sarkofagach i straszą. Mity i przesądy są wszechobecne, ale ja postanowiłam sięgnąć do klasyki, czyli do powieści "Dracula" Brama Stokera, żeby poznać najsłynniejszego i budzącego największy postrach wampira wszech czasów.

Książka jest zbiorem listów, pamiętników i luźnych notatek - pisanych przez różne osoby i ukazujących różne perspektywy. Umownie można podzielić ją na dwie części - pierwsza to służbowa wyprawa Jonathana do Transylwanii. Przybliża nam postać Draculi, jego przyzwyczajenia i wprowadza w nastrój grozy. W drugiej części zbiera się grupa osób, którym Dracula wyrządził dużo złego. Bardzo zależy im na zniszczeniu hrabiego i urządzają polowanie na wampira, które jest trudne, niesie ryzyko i wymaga poświęceń. Przygody Jonathana na zamku wprowadzają niepokój, dziwne napięcie. Nie ma tam drastycznych opisów i zwrotów akcji, jednak stopniowo odkrywana tożsamość gospodarza i próba uwolnienia się z pułapki są przedstawione tak, że wzbudzają dużo emocji u czytelnika. Niestety właśnie emocji brakuje w dalszej części książki - mroczny klimat bezpowrotnie znika. Na szczególną uwagę zasługują dwie przyjaciółki - Lucy i Mina, które odgrywają kluczową rolę w tej historii. Lucy zostaje zaatakowana przez Draculę i to właśnie dookoła niej zbiera się grupa mężczyzn, którzy pragną pomścić wyrządzoną dziewczynie krzywdę. Mina - narzeczona, później żona Jonathana, odkrywa tajemnice zamku w Transylwanii podczas lektury pamiętników małżonka. Kiedy dowiaduje się, co przydarzyło się jej przyjaciółce z wielkim zapałem dołącza do grupy pościgowej.

Bardzo dobrze napisana historia. Sposób budowania zdań, wzniosły język wyraźnie wskazują na to, jak dawno książka powstała. Egzaltacja bohaterów i sposób ich zachowania bawią współczesnego czytelnika, a przygody, które przeżywają napawają grozą. Książka odbiega od współczesnych standardów, nie jest tak straszna, tak krwawa, tak obrzydliwie przepełniona krwią i śmiercią, a jednak robi duże wrażenie - zwłaszcza w pierwszej części. Jest to bardzo przyjemna powieść, którą polecam każdemu, kto lubi wędrówki po mrocznych krainach.

poniedziałek, 7 marca 2016

"Umrzeć po raz drugi" Tess Gerritsen

Tess Gerritsen odkryłam całkiem przypadkiem kilka lat temu. Pochłonęłam kolejne części serii o Maurze i Jane, pochłonęłam thrillery spoza cyklu i byłam zachwycona. Powróciłam do klimatów tworzonych przez autorkę z ogromną przyjemnością. Miło było spotkać się z przyjaciółmi z Bostonu, a także przeczytać naprawdę dobrą książkę.

Akcja powieści biegnie dwutorowo. Na pierwszym planie mamy okrutne morderstwo na bostońskich przedmieściach. Oprawca zwierząt zostaje znaleziony w swoim garażu - powieszony na lince i wypatroszony. Brutalności całej scenerii dodają rozwieszone po całym domu trofea - martwe zwierzęta. Dodatkowo okazuje się, że zaginęła skóra pantery - ostatniego zlecenia, którego podjęła się ofiara - bardzo droga i bardzo pożądana na rynku. To kolejna sprawa, z którą muszą się zmierzyć Maura Isles i Jane Rizzoli. Śledztwo jest skomplikowane, nowe tropy utrudniają rozwikłanie sprawy, co jakiś czas wypływają nowe poszlaki, które mogą mieć związek z tym morderstwem, a dodatkowo kierują kroki pani detektyw w kierunku afrykańskiej ziemi. I właśnie w Afryce, w Botswanie rozgrywają się wydarzenia uzupełniające akcję. Wszystko dzieje się 6 lat wcześniej, kiedy to grupa młodych ludzi wybiera się na safari, żeby przeżyć przygodę swojego życia. Początkowo jest cudownie - spartańskie warunki, obserwacja dzikiej przyrody, walka o przetrwanie. Jednak splot wypadków i nieoczekiwanych wydarzeń sprawia, że uczestnicy zaczynają się bać, patrzyć na siebie podejrzliwie i zastanawiać się, czy uda im się wyjść cało z tej wyprawy.

Książka wciąga i cały czas trzyma w napięciu. Jest bardzo ładnie skonstruowana, mnogość ofiar i podejrzanych sprawia, że autorka w łatwy sposób manipuluje czytelnikiem, który już myśli, że znalazł winnego, a okazuje się, że to ślepy zaułek i trzeba szukać dalej. Do stylu Tess nigdy nie miałam zastrzeżeń, do polskiego tłumaczenia też nie. Te książki się pochłania i cieszę się, że w żaden sposób lektura "Umrzeć po raz drugi" mnie nie zawiodła. Miło było też przekonać się, co się dzieje w prywatnym życiu Maury i Jane. W swoich thrillerach Gerritsen fantastycznie zachowuje proporcję między sprawą i śledztwem, a całą otoczką, której jest malutko, ale która jest wystarczająca. I tym samym już wiem, że u Jane nic się nie zmieniło, chociaż zadrą w oku jest sytuacja w małżeństwie jej rodziców. Za to u Maury wiele przemyśleń, planów i dająca się wyczuć chęć ucieczki od tego wszystkiego. Na pewno nie ułatwia matka, która próbuje odnowić kontakt, na pewno nie pomaga tęsknota za Danielem. Zabrakło mi jedynie Szczurka. Może jeszcze rozwoju jednego wątku miłosnego, który pojawił się w moich marzeniach, ale którego autorka za wszelką cenę nie chce rozwinąć. Najbardziej cieszy mnie to, że te dwie główne bohaterki nie zatraciły swoich cech, za które je polubiłam. To 11 tom z cyklu, a obie - mimo przejść, mimo konfliktów z otoczeniem, są takie same, jak na samym początku.

Fantastyczna lektura, która spełniła wszystkie moje wymagania i oczekiwania. Z niecierpliwością czekam na kolejną część serii. I polecam każdemu, kto lubi dobre thrillery, wartką akcję i ma ochotę na naprawdę dobrą książkę. 

sobota, 27 lutego 2016

"Utopce" Katarzyna Puzyńska

Książki Katarzyny Puzyńskiej ukazują się w krótkich odstępach czasu i za każdym razem mam obawy, że kolejna powieść ucierpi na jakości. Nic bardziej mylnego. Poziom jest równy, a wręcz powiedziałabym, że dwie ostatnie części są dużo lepsze od "Trzydziestej pierwszej". Na swój sposób to imponujące, zwłaszcza uwzględniając grubość poszczególnych tomów i młody wiek autorki.

Utopce to mała wioska, której mieszkańcy drżą na myśl o wampirze i uparcie wierzą, że to właśnie on pozbawił życia dwie osoby w 1984. Policjanci z Lipowa odgrzebują tę starą sprawę, która na nowo zaczyna wzbudzać wśród mieszkańców ogromne emocje i rozdrapuje rany z przeszłości. Podejrzanych jest kilkoro, a z każdą stroną powieści na jaw wychodzą ich nowe tajemnice i małe grzeszki, o których woleliby zapomnieć. Jak w każdej książce pani Puzyńskiej, wątki się mnożą, akcja się gmatwa, a dodatkowego smaczku dodaje pojawiający się co jakiś czas zapis przesłuchania Emilii Strzałkowskiej, który ewidentnie wskazuje na winę Klementyny Kopp. Tylko cóż takiego ona mogła tak naprawdę zrobić?

Autorka podpadła mi sposobem prowadzenia wątków prywatnych. Koszmarne zachowanie Klementyny, jeszcze gorsze Daniela i w pewnym momencie poczułam się mocno zniesmaczona. Komisarz Kopp od początku wydawała się bardzo dobrze pisaną, wyrazistą postacią, ale niestety jej wyrazistość przeszła w karykaturalność, a wydarzenia z tego tomu sprawiły, że przestałam traktować ją poważnie. Nadmienię też, że bardzo nie lubię przewijającego się wątku Teresy. Najsztuczniejszy element tych powieści.

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego historia Daniela i Weroniki potoczyła się w takim kierunku. Dorzucając obecność Emilii i jej syna w życiu Podgórskiego robi się z tego wątku niezła opera mydlana. Dla mnie jest to sytuacja całkowicie nie do zaakceptowania. Mam nadzieję, że autorka w kolejnej części wszystko wyprostuje i skupi się raczej na sprawach, a nie na wprowadzaniu bzdurnych wydarzeń w życie bohaterów. (A przede wszystkim wierzę, że odeśle matkę Weroniki, bo jej obecność w życiu młodych pozbawiona jest sensu. Chociaż.. czy to ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie?)

Stylowo niewiele się zmieniło, wciąż liczne powtórzenia, wciąż nadmiar tytułowania i używania nazwisk, ale to już raczej taki znak rozpoznawczy autorki i prawdę mówiąc przestałam zwracać uwagę, albo po prostu się przyzwyczaiłam. Pani Puzyńska ma lekkie pióro, nie dręczy czytelnika przydługimi opisami, więc odbieram jej twórczość pozytywnie. Mam nadzieję, że kolejna część przygód policjantów z Lipowa ukaże się szybko i będzie tak samo przyjemna w odbiorze.

niedziela, 21 lutego 2016

ŚBK - Autorzy, którzy poruszają moją duszę.

Od dawna sama ze sobą prowadzę dyskusję, kto bardziej porusza moją duszę - Agnieszka Osiecka, czy Jonasz Kofta. I niezmiennie nie mogę dojść do żadnych konkretnych wniosków. Kiedy już wydaje mi się, że Agnieszka i tylko Agnieszka, atakuje mnie znienacka "Samba przed rozstaniem" Jonasza i całe moje wydawanie diabli biorą. A kiedy roztkliwiona Jonaszowym "Popołudniem" uznaję, że to bezsprzecznie mój mistrz słowa, radio podsuwa mi "Nie żałuję" w takim wykonaniu Edyty Geppert, że znowu pojawiają się wątpliwości.

Pojawili się równocześnie w liceum, może troszkę wcześniej. Zawładnęli każdym kawałkiem mojego dnia, ich teksty kłębiły się w mojej głowie, rozbrzmiewały w różnych formach, wzruszały, koiły i kształtowały.
Kiedy Kasia Groniec zaśpiewała "Już tylko się znamy" odchorowywałam ten utwór bardzo długo. Tak ładnie pasował do chwili, dosmucał i upiększał bezsenne noce. I wtedy właśnie uświadomiłam sobie, jak bardzo kocham poezję i jak blisko mi do Jonaszowych tekstów. Najukochańszy? Nie wiem. Chwilami jest to wiersz "Jestem zmęczony".
"Czuję, usycha we mnie wiara
Instynkt ludzkości nieomylny
Tyle słów niepotrzebnych naraz
Złości i trwogi zgiełk bezsilny
Chcę uciec, wiem to brzmi naiwnie
Chcę uciec choćby na pustynię
- Jesteś zmęczony?
Tak
To minie" 
Jednak z tym bywa różnie. Impuls, chwila, mgnienie oka i sięgam po ten czy inny utwór, bo aktualnie mi najmocniej w duszy gra.

Podobnie jest z Agnieszką Osiecką. Czytałam wspomnienia, czytałam dzienniki, czytałam wiersze i piosenki, a nawet opowiadania. Jej teksty fantastycznie wpasowują się w moje życie, potrafią dotrzeć tam, gdzie samej najtrudniej mi dotrzeć. Chwile zwątpienia, smutku, negatywnych emocji kończą się w literackich ramionach Agnieszki. W jej twórczości tym trudniej wskazać mi najważniejsze utwory. Połowę życia cytuję, podśpiewuję i poznaję na nowo. I nigdy nie wiem, czy aktualnie wolę "Sama chciała", czy "Na zakręcie". A może jednak "Ach panie, panowie"? 
"Ach, panie, panowie,
już ciepła nie ma w nas.
Co było, to było,
minęło jak miłość,
prześniło, przelśniło -
wyśniło się do dna."

Jest jeszcze jedna autorka, która odegrała w moim życiu kluczową rolę. W zasadzie można powiedzieć, że mnie wychowała, że pomogła mi przejść przez najtrudniejsze chwile. I tym razem wcale nie wierszem, ani nawet nie dosmucając i wyłzawiając po nocach - wręcz przeciwnie. Jeśli łzy, to tylko ze śmiechu, jeśli śmiech, to napadowy. I głośny. Oczywiście, że o Chmielewskiej mowa. I nikogo nie zdziwi, jeśli nadmienię, że najukochańszą moją książką tej autorki jest "Wszystko czerwone". W zasadzie, to chyba generalnie moja najukochańsza książka. Książka, która ma wszystkie książki pod sobą, którą mam w dwóch egzemplarzach w języku polskim, i w jednym po rosyjsku. I to jest mój niekwestionowany lek na całe zło. Mogę czytać od pierwszej strony, od środka i zawsze uśmiechnę się na dialogu:
- Ni mnie ten Edek ział, ni mnie grzębił.
- Ni co ci robił? 
A także na wielu, wielu, wielu innych... Chociaż to nie jedyna powieść Chmielewskiej, którą znam na pamięć. "Wszyscy jesteśmy podejrzani" i przeuroczy pan prokurator, "Boczne drogi" z ciotką, która ubrana w ścierkę kuchenną jechała do Cieszyna, czy tam do Szczecina (przecież to wszystko jedno!), czy "Harpie" od których miłość do Chmielewskiej się tak naprawdę zaczęła, to tylko niektóre moje perełki. I nie wiem, czy poruszają moją duszę w dosłownym znaczeniu, ale na pewno ją wygładzają, rozweselają i umożliwiają jej normalne funkcjonowanie, kiedy postanawia nawalić i schować się pod łóżko.

Moim marzeniem było spotkanie z Chmielewską i osobiste podziękowanie jej za całe dobro, które wniosła w moje życie. Nie zdążyłam. Nie wiem, czemu żyłam w przeświadczeniu, że będzie zawsze, zawsze będzie pisać i w każdej chwili będę mogła ją poznać. Bardzo odchorowałam ten listopadowy dzień, kiedy media obiegła wiadomość, że zmarła. Kilka dni po pogrzebie wyruszyłam do stolicy, żeby zapalić znicz i na swój sposób się pożegnać. W piękny jesienny dzień odwiedziłam groby wszystkich tych, którzy mocno wpisali się w mój życiorys: Joanny Chmielewskiej, Agnieszki Osieckiej, Jonasza Kofty (na Cmentarzu Wojskowym), ale też Czesława Niemena, Grzegorza Ciechowskiego i wielu innych. Bardzo ważna chwila dla mnie, która była ukoronowaniem wszystkich lat fascynacji.

niedziela, 7 lutego 2016

"Nocny śpiew ptaka" Kjell Eriksson

Za każdym razem, kiedy zerkam w kierunku półki ze skandynawskimi kryminałami, zastanawiam się, czy dać kolejną szansę. W swoim czasie zachwyciło mnie "Millennium" Larssona, jednak nie na tyle, żeby przeczytać wszystkie trzy tomy (chociaż faktycznie dwa były fantastyczne, to jakoś ciężar, ogrom tekstu, jak i bieg historii nie sprawiły, że z radością sięgnęłam po część trzecią). Kolejne spotkania ze skandynawskimi pisarzami wcale nie były jakieś oszałamiające. Wynika to prawdopodobnie z charakterystycznego, bardzo spokojnego, leniwego wręcz sposobu pisania. Wiele osób zachwyca się tym gatunkiem literackim w wykonaniu Szwedów, czy Finów. Ja mam mieszane uczucia. Nie przepadam za mieszaniem gatunków, jeśli coś nazywa się kryminałem, niech będzie kryminałem, jeśli coś nazywa się thrillerem medycznym, niech będzie thrillerem, a obyczajówka spokojnie może pozostać obyczajówką. Skandynawowie mieszają. Powieść 400 stron, z czego 100 stanowi akcja właściwa, a pozostałe to wątki poboczne, opowieści dziwnej treści, pełno dzieci, związków, kłótni i innych rodzinnych relacji. Szczerze mówiąc bardzo mi to przeszkadza.

Kjell Eriksson oszczędza nam pretensji synowej skierowanej do teściowej i kłótni małżonków o kolor samochodu. Za to wprowadza tyle wątków, że właściwie do końca nie wiadomo, czy jest jakaś jedna wiodąca historia, czy to szereg mniejszych i większych opowieści o zabarwieniu kryminalnym. Po przeczytaniu książki zerknęłam do internetu i tu największe zdziwienie! Okazało się, że to jedna z kolejnych książek serii o Ann Lindell. Jeśli to ona ma być spoiwem i jej obecność motywem wiodącym, to coś poszło zdecydowanie nie tak. Dodatkowo Ann jest wybitnie irytującą jednostką. Nie wiem, czy wynika to z tego, że nie znam wcześniejszych części i nie udało mi się wejść w jej historię, tak jak należało, czy zwyczajnie jest pisana w taki sposób, żeby czytelnikowi przypadkiem nie udało się jej polubić.

Co mamy w powieści? Mamy zdemolowane centrum Uppsali, wybite szyby i zwłoki młodego chłopaka w jednym ze sklepów. Mamy przesympatycznego Aliego i jego dziadka, którzy bezpośrednio nie mają dużego znaczenia, ale pośrednio Ali odgrywa ważną rolę w rozwiązaniu sprawy. Mamy też dużo zbiegów okoliczności, poruszony problem imigrantów i policjantów, którzy nie do końca prawidłowo wykonali swoją pracę, co niesie za sobą szereg konsekwencji. Mamy też bardzo pociętą akcję, ponieważ autor urywa wątki, przeskakuje między postaciami i wydarzeniami. Całość sprawia wrażenie jednego, wielkiego chaosu.

Nie mam żadnych zastrzeżeń do stylu Erikssona, ani do polskiego tłumaczenia. Pod tym względem czyta się tę powieść bardzo dobrze. Jednak patrząc całościowo, to książka pozostawia dużo do życzenia. I zdecydowanie nie jest jedną z tych, od których nie można się oderwać. Spróbować można, ale nie trzeba, na pewno są inne, które bardziej pochłoną czytelnika.

niedziela, 10 stycznia 2016

"Z jednym wyjątkiem" Katarzyna Puzyńska

Długo dojrzewałam do przeczytania najnowszej książki Katarzyny Puzyńskiej. Siedział mi w głowie ten "chłopiec w ciele mężczyzny" z poprzedniej części. I to mnie zniechęcało. Niesłusznie całkiem, bo "Z jednym wyjątkiem" to bardzo dobrze napisany kryminał. Powtórzenia są, były i będą. Po prostu to tytułowanie trzeba polubić, albo przynajmniej zaakceptować i nauczyć się nie zwracać uwagi. Wtedy czyta się bardzo dobrze.

To, co naprawdę lubię w opowieściach z Lipowa, to wielowątkowość. Czuć styl podobny do Läckberg, ale kryminał pozostaje kryminałem, a nie staje się obyczajówką z domieszką. Bohaterów jest wielu, śledztwo biegnie kilkoma torami, podejrzani zmieniają się, policjanci mają pełne ręce roboty, każdy kłamie, albo po prostu nie mówi wszystkiego i ogólnie ciężko się połapać. A kiedy wszystko zaczyna się układać w logiczną całość, to nagle następuje zwrot. I gra też zaczyna się od nowa. Zabawa w kotka i myszkę z czytelnikiem, to ryzykowna zabawa, ale akurat autorka potrafi to rozegrać we właściwy sposób.

Tak też dzieje się w tej książce. Cztery części, każda przynosi nowe wydarzenia, nowe tropy, nowego winnego. Jedynym motywem, który przewija się przez całą powieść jest gra w szachy, a szczególnie historia pewnej "nieśmiertelnej rozgrywki". W trakcie lektury sprawdziłam, że taka rozgrywka faktycznie miała miejsce i szachiści, którzy brali w niej udział też istnieli. Autorka wyjaśniła na końcu, że resztę, zwłaszcza historię nie tylko miłosną wymyśliła.

" Z jednym wyjątkiem" czyta się dobrze. Szybko. Przyjemnie. Kasia Puzyńska nie leje wody i nie wtrąca zbędnych opisów, zbędnych wydarzeń. Ładnie prowadzi życie prywatne bohaterów. Pod tym względem nie mam zastrzeżeń, a w poprzedniej części też momentami mnie irytowało. Zachwycona jestem wprowadzeniem Józka. Nadał on Klementynie pewnej normalności. Okazało się, że pod skórzaną kurtką kryją się też ludzkie odruchy i zwykłe emocje, takie jak u innych śmiertelników. Najbardziej podoba mi się nowa relacja w życiu Strzałkowskiej. Ciekawa jestem, jak jej historia potoczy się w kolejnej części. Rozwiązanie sprawy mnie zaskoczyło. Nie miałam w sumie żadnego podejrzanego, miałam jedną postać, która absolutnie nie mogła być winna, bo ją polubiłam za bardzo. Na szczęście śledztwo poszło w innym kierunku. Za to dziękuję.

Już wiem, że z "Utopcami" nie będę tak długo zwlekać. Bardzo dobra część, może stanie się nawet moją ulubioną.