Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 stycznia 2020

"Przecięcie" Wojciech Nerkowski

Tytuł: Przecięcie
Autor: Wojciech Nerkowski
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 408

Dawno nie czytałam książki akcji. Częściej wybieram lekkie kryminały, lekkie  powieści obyczajowe i wszystko, co potrafi oderwać mnie od trudnej i żmudnej codzienności. Niesiona sympatią do serii o scenarzystach postanowiłam przeczytać kolejną książkę Wojciecha Nerkowskiego - "Przecięcie". Co prawda sam Autor ostrzegł mnie, że tu za wiele humoru nie ma, ale nie wspomniał, ile się dzieje, ile tam atrakcji i zwrotów akcji!

Już na początku wpadamy w wir wydarzeń, w których strzelanina, kradzież i ucieczka odgrywają kluczową rolę. Główna bohaterka Kaśka chce zarobić mnóstwo  pieniędzy, dlatego decyduje się na przywłaszczenie sobie nieznanego rękopisu Szymborskiej. Chce ona sprzedać go temu, który skupuje zabytki, wszelkie białe kruki i płaci naprawdę uczciwie. Jedną z pobudek, którymi się kieruje, jest chęć pomocy rodzinie, co oczywiście niczego nie usprawiedliwia, nie wybiela złego postępowania, ale w pewien sposób tłumaczy. Poza tym nie oszukujmy się - jej nie da się nie lubić! Mimo niesprzyjających warunków udaje jej się dopiąć swego, pokazuje swój hart ducha i niezwykłą siłę.

Podczas strzelaniny w willi poznaje mężczyznę Roberta - na początku nie wie, czy może mu zaufać. Musi jednak zaryzykować, bo bez jego pomocy nie uda jej się uciec policji i spotkać z księciem. Wyruszają razem do Austrii - w drogę pełną atrakcji, pogoni, wydarzeń racjonalnych i irracjonalnych, a przede wszystkim rodzącej się namiętności. Tak, nie da się ukryć, że między dwójką głównych bohaterów narasta napięcie, z którym nie potrafią walczyć. Może to strach Kaśki - w końcu  ucieka zarówno przed policją, jak i przed swoim byłym mężem Maksymilianem i jego mafią trudniącą się handlem kradzionymi zabytkami.

Były małżonek Kaśki nie przebiera w środkach i metodach, próbuje dorwać swoją ukochaną i jej zdobycz, i samemu wzbogacić się na tej transakcji. Robert za to stara się być szarmancki i bronić swojej nowej przyjaciółki, ale jest postacią dość tajemniczą i niejednoznaczną. Czytelnikowi trudno zdecydować, czy mu ufa, czy jednak tak nie do końca. Tym bardziej, że zarówno policja, jak i Maks depczą im po piętach i to niesamowite, jak trudno im zgubić ten pościg.

Książka zrobiła na mnie pozytywne wrażenie - już wcześniej pisałam, że nie spodziewałam się historii tak pełnej akcji, ale też przepełnionej brutalnym i soczystym językiem. Nie usatysfakcjonowało mnie zakończenie - wiem, że sugeruje kontynuację i akurat to mnie cieszy, ale opowieść urwała się nagle. Polubiłam Kaśkę, polubiłam Kidda i polubiłam tak zupełnie inny od scenarzystów klimat. Polecam!




poniedziałek, 30 grudnia 2019

"Tylko raz w roku" Agnieszka Lingas-Łoniewska

Tytuł: Tylko raz w roku
Autor: Agnieszka Lingas-Łoniewska
Wydawnictwo: Burda
Liczba stron: 232

W tym roku święta były wyjątkowo skomplikowane - wyjazdowe i chorobowe. Nie miałam czasu usiąść, a co dopiero poczytać. Poza tym dzieci, rodzina, wspólne biesiadowanie - brak chwili dla siebie i dla książki. Jednak na koniec trafiła mi się bezsenna noc, a wraz z nią lektura Tylko raz w roku Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Nie spodziewałam się, że tak szybko ją przeczytam, bo właściwie zajęła mi jeden wieczór. A właściwie jedną noc!

Główni bohaterowie spotykają się na Pergoli we Wrocławiu w wigilijny wieczór. On zmierza na wieczerzę do przyjaciela, ona próbuje pogodzić się z rozwodem rodziców. Wpadają na siebie i od razu wiedzą, że będą dla siebie kimś wyjątkowym. To, że się nie znają, nie przeszkadza im w zwierzeniach i poważnych rozmowach, wspólnym odwiedzeniu kolegi Tomka czy po prostu w dobrej zabawie. Ten razem spędzony czas staje się początkiem czegoś wyjątkowego, niezwykłego, przesyconego miłością, radością i przyjaźnią. Rozpoczynają drogę, którą zwieńczyć ma wspaniałe, wspólne życie.

Każdy rozdział to kolejny wieczór wigilijny.  Za każdym razem spotykamy Elę i Kamila na kolejnych etapach ich relacji - burzliwej, zaskakującej, nie zawsze idącej po myśli obojga. Kamil pochodzi z rozbitej rodziny - ojciec zostawił ich dawno temu. Matka - chłodna, wyniosła i despotyczna, wspiera syna w realizacji każdego z marzeń, a Elę traktuję jako przeszkodę, przygodę i osobę, która powinna zniknąć z życia jej syna. Nie dociera do niej, że młodzi się kochają, nie dociera do niej, że da się połączyć karierę z miłością i z życiem rodzinnym. Jej okropne zachowanie rani ukochaną syna, sprawia, że młodzi na pewien czas oddalają się od siebie. Chcąc dobrze, czyni naprawdę wiele zła. Nie akceptuje wyborów syna, naciska na podjęcie stażu we Francji, niemalże wciska mu w ramiona dobrze sytuowaną córkę przyjaciela.

Ela jest szczęśliwa w swojej idealnej rodzinie - przynajmniej do czasu, kiedy rodzice podejmują decyzję o rozstaniu. Wtedy jej świat się wali, ale na szczęście na krótko. Kiedy widzi, że oboje odnajdują się w nowych związkach, tata dodatkowo dobrze się czuje w Niemczech, to godzi się z zaistniałą sytuacją. Chociaż życie nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać - wiele komplikacji, nieszczęść spada na jej kruchą osobę.  Stara się być silna, ale nie z wszystkim potrafi sobie poradzić - a już najmniej z ukochanym, który robi karierę w Paryżu.

Oczywiście początkowo młodzi są bardzo szczęśliwi, zapatrzeni się w siebie, pewni, że są dla siebie stworzeni. Wkraczając w kolejne etapy związku, muszą radzić sobie z trudnościami, jakie ich spotykają. Kolejne projekty, egzaminy, ten nieszczęsny staż, choroba jednego z rodziców czy nachalna przyjaciółka z dzieciństwa. Ela chwilami ma dość, ale za bardzo kocha swojego chłopaka, żeby mu o tym powiedzieć. On stara się żyć normalnie, mimo że dusi  się w domu rodzinnym i chciałby w końcu zacząć oddychać, kochać i być kochanym, realizować się na własnych warunkach.

Książka Tylko raz w roku utrzymana jest w pięknym, ciepłym klimacie świątecznym.  Nie jest jednak historią pogodną, bo bohaterom przydarza się taka seria klęsk i nieszczęść, że to mocno odrealnia całą fabułę. Nie da się jednak ukryć, że stanowi przyjemną opowieść okołoświąteczną, czyniąc z Wigilii najważniejszy dzień w roku, a z prawdziwej miłości uczucie, które potrafi zwalczyć każdą przeciwność losu. Rozwód, śmierć, ciężka choroba, nieszczęśliwa, niszcząca wszystkich kobieta, utrata miłości i poczucia własnej wartości - wiele wątków, wiele wydarzeń, a zarazem wielkie uczucie, które jest ponad wszystko, które nigdy się nie kończy.

Myślę, że jest to jedna z tych świątecznych historii, które w tym szczególnym, grudniowym okresie warto poznać. Nie jest przesłodzono-cukierkowa, co jest jej niewątpliwym atutem. Czytajcie! 

sobota, 9 listopada 2019

"Królowa Śniegu" Anna Klejzerowicz

Tytuł: Królowa Śniegu
Autor: Anna Klejzerowicz
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 278

Zaczytywałam się w prozie Anny Klejzerowicz, kiedy to moje miejsce w sieci jeszcze nie istniało, ewentualnie dopiero raczkowało. Podobały mi się te powieści. A potem straciłam autorkę z horyzontu. I nagle w księgarni Tak czytam w Katowicach wyłowiłam kolejny tytuł. Wzięłam w ciemno, czułam, że to będzie bardzo dobra historia. I oczywiście się nie zawiodłam. 

Rzecz dzieje się w małej wiosce, w której nagle i niespodziewanie zamarzają mieszkańcy. Łączy ich jedno - alkohol, a dzieli cała reszta. Są w różnym wieku, z różnych wsi, mają różny stan cywilny i mieszkalny. Felicja, lokalna dziennikarka, postanawia przyjrzeć się tej dziwnej powtarzalności, od początku ma niejasne przeczucie, że to nie przypadkowe zamarznięcia, a celowe działanie. Tylko kogo? Początkowo odwiedza wioski i rozmawia z sąsiadami nieszczęśliwie zmarłych. Zagłębia się w przeszłość i rozgrzebuje niejedną ranę. W tej działalności wspiera ją przyjaciółka Greta, która z  jednej strony bardzo troszczy się o mieszkańców, a z drugiej wie, że historia jej rodziny jest mocno powiązana z podobnymi zamarznięciami sprzed lat. Mieszkańcy wsi są przerażeni, bo wierzą w klątwę, o  której jednak nikt nie chce opowiedzieć. Mrok, tajemnice i kolejne zamarznięcia - tym właśnie żyje wiejska społeczność. 

Do sprawy zostaje oddelegowany młody policjant, który upatruje w niej szansę na awans, a także na miłość. Jest zauroczony przebojową, acz starszą od siebie dziennikarką. Ich relacja oparta jest na współpracy, ale widać, że on chce więcej, a ona zupełnie nie, bo zbyt dużo w życiu przeszła z mężczyznami, żeby myśleć o nowym związku. Niestety w powieści nie jest wyczuwalna chemia między tymi bohaterami, nawet w chwilach bardziej intymnych czytelnik nie jest w stanie wyczuć, że tutaj może się coś urodzić. Szkoda w sumie, bo w powieściach bardzo lubię wątki miłosne. 

Tytułowa Królowa Śniegu to nawiązanie do baśni Andersena, która miała ogromne znaczenie w życiu dwóch z mieszkańców wsi. Jest też wyraźną inspiracją, podpowiedzią, jak można zemścić się za wszystkie krzywdy z młodości, jak można poczuć się silniejszym, lepszym i bardziej władczym.  Autorka wchodzi w psychikę mieszkańców, którzy przeważnie pozbawieni są ambicji, chęci do pracy, możliwości. Wegetują pod opieką pracowników socjalnych, przepijają każdą złotówkę i nie wiadomo, na co liczą. Nagle ktoś postanawia ich rozliczyć z przeszłości, z czynów godnych potępienia, przyspieszyć to, co i tak nieuniknione, czyli zapicie na śmierć. Tylko kto może mieć powód do tak drastycznego, a zarazem zmyślnego rozwiązania, w którym wina jest trudna do udowodnienia? 

Nie wiem, czy polubiłam bohaterów, chwilami  mnie denerwowali - zwłaszcza Greta. Nie wiem, dlaczego tak dobrze czytało mi się książkę, w której akcja wcale nie jest wybitnie dynamiczna. Fakt jest taki, że dawno nie przeczytałam nic tak po prostu, od razu, bez miliona przerw na życie rodzinne, bez odkładania na wieczór, a najlepiej ten za trzy dni. I szczerze muszę przyznać, że bardzo spodobała mi się konstrukcja powieści, wtrącenia baśniowe, kolejne etapy śledztwa, a nawet końcówka, która mnie zaskoczyła - a to w powieściach z nutą kryminału zdarza się rzadko. Pióro Anny Klejzerowicz niezmiennie lubię, chętnie przeczytam powieści, które pominęłam, a tę polecam każdemu, kto czyta lekkie, ale trzymające w napięciu opowieści - dobrze napisane, ładnie zakończone.


Za powieść dziękuję księgarni Tak Czytam w Katowicach.



poniedziałek, 21 października 2019

"Trup na plaży i inne sekrety rodzinne" Aneta Jadowska

Tytuł: Trup na plaży i inne sekrety rodzinne
Autor: Aneta Jadowska
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 304

Nie ukrywam, że w kategorii: mysie zaskoczenie 2019, to właśnie ta książka ma wielką szansę na wygraną. Przede wszystkim nie wiedziałam, czego się spodziewać, bo ostatnie spotkanie z autorką to seria o Dorze Wilk. Nie podobało mi się, nie dokończyłam, postanowiłam nie wracać.

I... nagle okazało się, że Aneta Jadowska wydała kryminał. Lubię kryminały, są mi bliższe niż urban fantasy, postanowiłam spróbować. To było tak miłe spotkanie, że naprawdę mi żal, że książka tak szybko się skończyła.

Garstka mieszka w Łodzi, bo po śmierci rodziców przygarnęła ją ciotka. Jednak nagle w jej życiu zjawia się babcia, ukochana babcia, za którą bardzo tęskniła. I zaprasza ją na wakacje do Ustki, gdzie czeka na nią wakacyjna praca. Po chwili wahania dziewczyna się zgadza i wraca do swojego mieszkania, swojej przeszłości i pięknych nadmorskich krajobrazów. Na początku swojej wakacyjnej przygody natyka się na topielca. Na szczęście ma wujka w policji, wcześniej policjantem był także jej ojciec, więc cała procedura jest łatwiejsza. Jednak geny nie dają o sobie zapomnieć i przy pomocy swojej ukochanej kuzynki rozpoczyna własne śledztwo. Wplątuje się w historię trudną, niebezpieczną i pełną brutalności, z której niejedna kobieta próbuje uciec. Przy okazji poznaje kolejne tajemnice rządzące małą, nadmorską miejscowością, a także jej rodziną. Znajduje odpowiedzi na nurtujące ją pytania i próbuje na nowo odnaleźć siebie. Nie jest to łatwe, bo jako sierota, wychowana z dala od babci i ukochanego wujka nie rozumie, dlaczego musiała opuścić to miasto i swoją rodzinę. I chociaż siostra matki dała z siebie wszystko, żeby zapewnić jej dach nad głową, fantastyczne warunki do życia, obdarzyć miłością i przekazać, co najcenniejsze, to i w tej relacji jest wiele niedopowiedzeń. Ciotka w erze przed przyjęciem Garstki była podróżnikiem i fotografem. I chociaż zbudowały wspaniałą relację, to dziewczyna czuje każdym kawałkiem siebie, że ciotka nie jest do końca na swoim miejscu, że nie jest szczęśliwa i marzy o innym życiu.

Może i ta powieść nie ma licznych, zaskakujących zwrotów akcji, ani burzliwej fabuły, ale jest świetnie skonstruowanym kryminałem, który czyta się z przyjemnością. Garstka jest przesympatyczną dziewczyną, która świetnie sprawdza się w swojej wakacyjnej pracy, dodatkowo ma niezwykły talent szpiegowski. Widzi więcej, niż powinna, a dzięki temu, że topielec był mieszkańcem pensjonatu babci, jest o krok przed policją i tak naprawdę ma szersze możliwości.

Prywatnie organizuje też wieczór panieński kuzynki, jest pogromcą jednorożców i negocjatorem ze striptizerem. Dzieje się i bywa zarówno poważnie, jak i lekko, a nawet zabawnie. Autorka porusza trudny temat przemocy domowej, a także tego, jaki skutek mogą mieć zatajane latami tajemnice.

Bardzo podoba mi się osoba babci, która jest w tej powieści postacią dość tragiczną. Kobieta po przejściach, silna, niezłomna i waleczna, która co prawda trochę nawaliła prywatnie, ale dla innych daje z siebie wszystko. Pomaga, jak potrafi, daje pracę tym, którzy tego najbardziej potrzebują, a jak trzeba, to nawet ryzykuje - czasami za bardzo.

Zachwyca  mnie nadmorski klimat tej powieści, bo jestem zakochana w naszym Bałtyku, urzekła mnie Ustka, urzeka mnie całe zachodnie wybrzeże. Bywam nad morzem dwa razy w roku i jak kolejny wyjazd nie chce się zaplanować, to wewnętrznie jest mi smutno. Jak napisała Osiecka trzeba mi wielkiej wody, tej dobrej i tej złej, na wszystkie moje pogody, niepogody duszy mej. I do tych nadmorskich opowieści czuję wielkość słabość. A w powieści Trup na plaży - plaża, szum morza i skrzek mew są wyjątkowo plastycznie przedstawione. Skradły moje serce.

Wiem, że niedługo pojawi się kolejna powieść i bardzo się na nią cieszę. Mam nadzieję, że będzie równie wspaniała. Cieszę się, że sięgnęłam po tę powieść i, że Dora nie zraziła mnie skuteczniej, bo dzięki temu spędziłam dobry czas przy wspaniałej lekturze.


środa, 16 października 2019

"Pochyłe niebo. Pajęczyna" Ewa Cielesz

Tytuł: Pochyłe niebo. Pajęczyna
Autor: Ewa Cielesz
Wydawnictwo: Axis Mundi
Liczba stron: 360

Bardzo lubię pióro Ewy Cielesz. Prosty język, piękna gra na emocjach czytelnika - to tylko niektóre zalety jej powieści. Zachwyciła mnie pierwsza część i bez wahania sięgnęłam po kolejną. Nie zawiodłam się!

Akcja powieści rozgrywa się w małej wsi Kozinki. Anita z Michałem i małą Sonią przeprowadzają się tam, kiedy siostra dziewczyny pozbawia ich wcześniejszego dachu nad głową. Początki są trudne. Dom rodzinny Michała stoi opuszczony i jest w opłakanym stanie - wybite okna, ślady pijackich libacji, kurz, bród, dewastacja. Młodzi nie mają pieniędzy, a w sklepach nie można nic kupić. Rozpoczynają prawdziwą walkę o przetrwanie. Próbują się wpasować w życie wiejskiej społeczności, jednak nie jest to proste. Mieszkańcy patrzą na nich podejrzliwie, szepczą na ich widok, a lokalny artysta otwarcie im grozi. Napotykają liczne trudności, ale skoro już zdecydowali się na ten krok, to konsekwentnie walczą o lepsze jutro.

Anita nie czuje się tam dobrze. Nie ma pracy, chce wracać do Wrocławia. Tęskni za miastem, za dotychczasowym życiem, za przyjaciółmi. Michał za wszelką cenę chce zostać - ojcowizna go przyciąga, wierzy, że kiedyś i tu będzie im dobrze, że społeczność ich zaakceptuje. Wychodzi z założenia, że wszystko musi się ułożyć.

Nie jest łatwo żyć w tak trudnych czasach, kiedy w sklepie można kupić tylko to, co przywiozą, a nie to, czego naprawdę się potrzebuje. Kiedy dostęp do ubrań, artykułów pierwszej potrzeby jest ograniczony i trzeba przerabiać stare łaszki, szydełkować, robić na drutach i wierzyć, że te czasy w końcu się odmienią. Znajomi dziwią się, że zdecydowali się na takie odludzie.

Anita jest samotna. Odnajduje się w robótkach ręcznych - stare swetry przerabia na czapki i sweterki, a potem je sprzedaje. Dzięki temu jest w stanie odłożyć jakieś pieniądze. Dostaje też pracę - ma pomagać dziewczynce, która skazana jest na domowe nauczanie. Jej niepełnosprawność postępuje, więc rodzina zadecydowała, że nie będzie uczęszczać do szkoły z innymi dziećmi. Nie jest to łatwa praca - dziewczynka jest fantastyczna, grzeczna i bardzo dobrze się uczy, ale obserwowanie, jak choroba ją wykańcza, staje się bardzo trudne dla wrażliwej nauczycielki.

"Pajęczyna" to powieść wielowątkowa, w której autorka stworzyła wiele wspaniałych postaci. Jedna z nich to Greta - kobieta tajemnica, której życie wydaje się ciekawe, a zarazem skomplikowane.  Uwikłana w dziwną relację z dwoma mężczyznami, pełna empatii i energii, chociaż stanowią one jedynie przykrywkę dla choroby i osamotnienia. W połowie powieści wyjeżdża... i to właśnie to wydarzenie, a także jej wątek jest jednym z najlepszych w książce.

Niezwykle skomplikowany jest też wątek miłości Anity i Michała. Trudno wytrzymać z artystą, trudno zrozumieć człowieka, który nadaje na innych falach. Kiedy w tym związku pojawiają się wątpliwości, oboje próbują odzyskać po kawałku dawnego życia, a do tego dochodzi szereg niedopowiedzeń, to coś się psuje. I potrzeba czasu oraz wielkich pokładów miłości, żeby spróbować ten problem jakoś rozwiązać. Oczywiście głównym spoiwem staje się Sonia - chociaż nie jest biologiczną córką Michała, to przepadają za sobą i są sobie bardzo bliscy.

Społeczność Kozinek nie jest wolna od przesądów i wierzeń. Od szaleństwa, które porywa i zniewala. Od tęsknoty za utraconą miłością. Nie żyje się tam łatwo, jednak w obliczu katastrofy mieszkańcy potrafią się zjednoczyć.

Polubiłam klimat tego miejsca i nowe oblicze głównych bohaterów. Polubiłam małą, chorą dziewczynkę, pełną woli walki i ufnie spoglądającą w przyszłość. A nade wszystko polubiłam pióro Ewy Cielesz i cieszę się, że kolejny tom z serii już niedługo będzie miał swoją premierę.

Polecam. To naprawdę dobra  powieść. Podobnie jak Pochyłe niebo. Ćma.



Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Axis Mundi.

środa, 18 września 2019

"Oczy uroczne" Marta Kisiel

Tytuł: Oczy uroczne
Autor: Marta Kisiel
Wydawnictwo: Uroboros
Liczba stron: 416

"Oczy uroczne" to powieść, którą zabrałam w podróż. Jazda samochodem mnie stresuje. Lubię zwiedzać, ale nie lubię się przemieszczać - ot lęki, które są ze mną od zawsze. Pomaga zatopienie się w lekturze - tym razem tonęłam w "Oczach urocznych". Na początku muszę wspomnieć, że książka oczarowała mnie od pierwszego wejrzenia przepiękną okładką. Utrzymana w stonowanych, ciemnych barwach, tajemnicza, interesująca, bardzo Kiślowa. Kiedy wczytałam się w treść - całkiem popłynęłam!



Przede wszystkim urzekła mnie koza. Tfu, czort. W sensie Bazyl. O-rany-julek, jakie to wspaniałe stworzenie! Oczywiście, jak przystało na nierozgarniętą istotę, zapomniałam wcześniej przeczytać "Szaławiłę", więc spotkałam się z bohaterami po raz pierwszy. W bazylowej postaci urzeka wszystko. Jeździ w foteliku, zaprzyjaźnia się z Michałko, świetnie odnajduje się w grach komputerach i bardzo kocha swoją Odę - lekarkę z pobliskiej przychodni. Nie jest jednak tak, że to zwykła dziewczyna z sąsiedztwa. Oda jest wiłą - czyli jakby demonem. Sympatycznym jednak, walczącym w słusznej sprawie, przyjaźniącym się z Rochem - płanetnikiem, nie do końca człowiekiem.

Ich piękna przyjaźń zostaje wystawiona na ciężką próbę. Poza tym idą święta, nadchodzi trudny dla wszystkich czas - atmosfera gęstnieje, mrok czai się dookoła. Jasnym promyczkiem tej powieści jest Krzyś - niepozorny, zagubiony i nieśmiały lekarz, który leczy swoje lęki słodyczami, a najbardziej stresują go mali pacjenci. Kontakt z nimi zagryza kasztankami i tym podobnymi źródłami cukru. Darzy Odę niezwykle serdecznym uczuciem, jednak bez większej wzajemności. Może i sympatia między nimi jest po obu stronach, ale już uczucia głębsze tylko po jednej. Ot po prostu przyjaciel Ody.

Pozytywnie odebrałam przekaz szczepionkowy - oczywiście ten wątek może wzbudzać skrajnie odmienne emocje, ale jest potrzebny. Pokazanie dwóch stron barykady - tych, którzy wierzą w naukę i tych, którzy nie wierzą. Przedstawienie argumentów. Kontrargumentów. Bardzo w punkt, bardzo potrzebne i nienachalne - brawo!

Nie jest to kolejna książka, przy której wybuchałam radosnym kwikiem i opluwałam monitor ze śmiechu. Jednak nie zabrakło w niej humoru, było go wystarczająco, był wisienką na torcie i zdecydowanie mi odpowiadał - jak to u Kiśla. Nie jestem znawcą mitologii, zwłaszcza słowiańskiej, ale to nie przeszkodziło mi zatopić się w lekturze. Jak przystało na nowoczesnego człowieka - braki po prostu wygooglałam. Zainteresował mnie temat (i to ponownie, bo już wcześniej podczas lektury "Żniwiarza" i "Kwiatu paproci"), postanowiłam go zgłębić i trwam w tym postanowieniu. Jednak póki co mogę serdecznie polecić całą prozę Marty Kisiel, a tę książkę to nawet bardziej, bo jest dla mnie tworem idealnym. Chętnie powróciłabym do świata Ody, Rocha i Bazyla - mam więc nadzieję, że "Dożywocie 4" (albo "Oczy uroczne 2") się pisze, a przynajmniej się planuje.

Czytajcie. Martę Kisiel warto - naprawdę warto. Ałtorka potrafi tworzyć klimat, budować świat przedstawiony, w którym każdy szczegół jest dokładnie dopracowany i poparty szerokim researchem, a dodatkowo wplatać humor, który urzeka, rozczula i rozkochuje w sobie kolejnych czytelników. Poza tym stworzyła Bazyla, Licho, Tsadkiela, których koniecznie trzeba poznać i pokochać.


Moja Madzia przywiozła mi z Warszawskich Targów Książki torbę i jest to moja ulubiona torba na drugie śniadanie! Wiem, że to tylko dodatek do lektury, ale w tym wypadku niezwykle uroczy.

czwartek, 25 lipca 2019

"Dwie kobiety"Hanna Dikta

Tytuł: Dwie kobiety
Autor: Hanna Dikta
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 328

Jakiś czas temu przeczytałam To nie może być prawda Hanny Dikty. To była dobra książka, którą bardzo  miło wspominam. I kiedy na horyzoncie pojawiła się nowa powieść - Dwie kobiety, to wiedziałam, że i ona pojawi się w mojej biblioteczce.

Akcja książki dzieje się we wsi Glinka, w której Bogna prowadzi pensjonat. Zatrudnia do pomocy Ewę, dziewczynę z Katowic. Na początku dziwi się, że ktoś chce przyjechać z tak daleka, a kiedy już poznaje swoją nową pracownicę, nie potrafi jej rozgryźć. Ewa przykłada się do swoich obowiązków, jest dokładna, miła i nie można jej nic zarzucić. Może poza tym, że mimo coraz bliższej znajomości, wcale nie mówi o sobie i swoim wcześniejszym życiu.

Ewa przeżyła straszną traumę - w jednej chwili rozpadło się jej życie rodzinne, uczuciowe, wszelakie. Kiedyś była szczęśliwa, teraz próbuje zaleczyć rany, dystansując się do tamtych wydarzeń i uciekając na wieś. Zrywa kontakt z mężem, z rodzicami, a także unika wszystkiego, co przypomina jej o przeszłości. Bogna też jest po przejściach. W młodości straciła najważniejszą osobę w swoim życiu, a to odcisnęło piętno na kolejnych latach i w pewien sposób uwarunkowało późniejsze wybory. Nie może powiedzieć, że miała złe życie, jednak nigdy nie było ono wystarczająco spokojne i spełnione. 

Dwie kobiety to bardzo dobra książka. Podoba mi się mnogość wątków, które wprowadziła Autorka - część z nich jest trudna i bardzo emocjonalna. Czytelnika zaskakują ludzkie tragedie, bo chociaż są one częścią naszego życia, to jednak w powieści pojawiają się nagle, wbijając w fotel, zdumiewając i wywołując ogromny smutek.

Bardzo zaskoczyła mnie ta powieść. Już w poprzedniej pojawiły się poważne wątki, więc niesłusznie założyłam, że ta będzie lekka, pełna miłości, ciepła. Nie była lekka, chociaż czytała się w zasadzie sama. Chłonęłam strony, a z nich wylewał się ból, gorycz, lęk, niezrozumienie dla drugiego człowieka. Dwie kobiety, dwie różne, a zarazem tak podobne historie -  oparte na stracie bliskich, na próbie odnalezienia spokoju i swojego miejsca na ziemi. Dwie kobiety, które zaczyna łączyć nić przyjaźni, a także poczucie, że razem mogą więcej osiągnąć.

Pasuje mi styl pisania Autorki, lekkie pióro, które ułatwia przyswajanie trudnych wydarzeń i tego ogromu emocji. Emocji, których podczas czytania może doświadczyć każda osoba, która kocha, która boi się o swoich najbliższych, która straciła kogoś, kto stanowił sens jej życia. To bardzo dobra książka, jedna z najlepszych, które przeczytałam w tym roku. Książka, która pozostanie ze mną na dłużej, bo nie boi się poruszać obszarów, które przeważnie są tematami tabu, które są potępiane w imię wiary, w imię światopoglądu zaszczepionego w młodości lub stereotypów towarzyszących nam każdego dnia. Powieść o tym, jak zrozumieć drugiego człowieka, jak nie krzywdzić, a przede wszystkim o tym, że każdemu wolno kochać - na swój sposób i że każdemu wolna żyć - tak, żeby było komfortowo - tej konkretnej osobie, konkretnej rodzinie.
 


 
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

niedziela, 7 lipca 2019

"Smakoterapia 3. Spiżarnia" Iwona Zasuwa

Tytuł: Smakoterapia 3. Spiżaria
Autor: Iwona Zasuwa
Wydawnictwo: Edipresse
Liczba stron: 352

Spiżarnia, pełna smakołyków, zawekowanych własnoręcznie przetworów, to moje niespełnione marzenie. Od dawna bawię się w robienie dżemów, soków, warzyw w różnych zalewach. I przede wszystkim osiągnęłam już mistrzostwo świata w kiszeniu ogórków - wychodzą idealnie kwaśne, a zarazem ostre i twarde. 



Bez zastanowienia sięgnęłam po najnowszą książkę Iwony Zasuwy "Smakoterapia 3. Spiżarnia". Nie znam dwóch pierwszych części, ale jeżeli są tak wspaniałe, jak ta, to zaprzyjaźnimy się bez cienia wątpliwości. Nie jest tak, że jestem wielką fanką kuchni roślinnej, że wybieram wegetariańsko czy wręcz wegańsko. Jednak warzywa i owoce stanowią podstawę mojego wyżywienia. Te wszystkie moje słabe przypadłości medyczne sprawiają, że inaczej nie mogę (a przynajmniej nie powinnam). Pół talerza warzyw - gotowane, z naczynia żaroodpornego, kiszone i na surowo - praktycznie do każdego posiłku, chyba że jem na słodko, to wtedy nie. Chociaż ostatnio zagryzłam serek z truskawkami i orzechami ogórkami kiszonymi i też było dobrze.

Wracając jednak do książki - otworzyłam i wpadłam. Wpadłam po uszy, całkowicie i tak, że bardziej się nie da. I zaczęłam testowanie. Na pierwszy ogień poszedł zakwas z buraka - pierwszy wyszedł super, drugi to już mistrzostwo świata. Na drugi ogień poszła rzodkiewka. Pierwsza  wyszła ok, ale czegoś mi brakowało. I po nastawieniu drugiej i zmodyfikowaniu przepisu okazało się, że w tej pierwszej brakło chrzanu. Kolejne cztery pęczki zostały pożarte (trudno powiedzieć, że zjedzone, bo raczej pożarliśmy) i mąż zdecydowanie rozlubił się w tak podanej rzodkiewce. Aktualnie mam nastawione małosolne, które już są chyba ukiszone, rzodkiewki, zlany już kwas buraczany. I czekam, aż dojdzie kalafior! Test smakowy będę przeprowadzać w przyszłym tygodniu. Po wczorajszym targu dostawiłam też marchewkę. Ciekawe, co z tego wyniknie!

Na nowo pokochałam sałatkę z burakiem - zastąpienie gotowanego  kiszonym to strzał w  dziesiątkę. Przepyszna sprawa! Poza tym na stół wróciła ogórkowa, zakwas z ogórków piję też, kiedy dopada mnie ogromne pragnienie. A buraki wcinam i jako dodatek, i w zupie. Wspaniałe to jest. 



Początek książki to informacje ogólne, o tym, jakie warzywa wybierać i jak je przechowywać. O wekowaniu, mrożeniu, kiszeniu - wszystkich technikach, które pozwalają nam cieszyć się warzywami i owocami dłużej. A potem - potem to już są takie wspaniałości, że ślinka cieknie na samą myśl. Czytałam i zastanawiałam się, czy mam wszystkie składniki, kiedy będę mogła to wszystko zrobić. Jak już zaczęłam się zastanawiać, gdzie nastawię ocet jabłkowy, to stwierdziłam, że to nie jest uleczalne i koniecznie, ale to koniecznie trzeba zainwestować w dom, w którym będzie spiżarnia. I w ogród pełen owoców i warzyw. Już mamy mały zalążek tego wspaniałego miejsca, ale póki co nie rośnie w nim za wiele. Jedna czereśnia, trzy porzeczki i trochę poziomek - dobre i to. Pierwsze słoiczki z tegorocznych zbiorów są już zawekowane. 

Ja wiem, że to nie jest książka, którą każdy musi mieć i każdy nawet chciałby. Jednak bardzo się cieszę, że trafiła w moje ręce. Leży w kuchni na honorowym miejscu i  jest dla mnie inspiracją. Czego chcieć więcej? Pokazuje jak jeść zdrowo, co warto i jak poradzić sobie z tworzeniem przetworów bez cukru. A cukier to mój wróg i to naprawdę pozytyw, że w tych przepisach go nie ma. Dla każdego, kto lubi eksperymentować w kuchni, kto stara się jeść zdrowo i kolorowo.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Edipresse. 


poniedziałek, 24 czerwca 2019

"Pochyłe niebo. Ćma" Ewa Cielesz

Tytuł: Pochyłe niebo. Ćma
Autor: Ewa Cielesz
Wydawnictwo: Axis Mundi
Liczba stron: 448

Są takie książki, od których nie można się oderwać. Takie, które wzbudzają cały ocean odczuć i uczuć, które odbiera się całym sobą, współodczuwa z bohaterami. I taką właśnie powieścią okazało się "Pochyłe niebo. Ćma" Ewy Cielesz.

Nie było to moje pierwsze spotkanie z Autorką, więc mniej więcej wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Jednak lektura tej powieści przerosła moje oczekiwania. Świetne postaci - takie, których nie da się nie lubić i takie, których nie da się polubić. Książka musi wzbudzać emocje i tutaj tych emocji jest bardzo dużo - na dodatek skrajnie różnych, co tym bardziej podnosi walory czytelnicze.

Anitę poznajemy jako młodą dziewczynę, która na starcie w swoje dorosłe życie popełnia jeden błąd. Chwila zapomnienia, fatalne zauroczenie i ciąża, której nie planowała i która nie miała prawa się przydarzyć. Jednak się przytrafiła i nastolatka musi się zmierzyć z nową dla niej sytuacją. Musi się zmierzyć sama, bo najważniejsza osoba w jej życiu - matka, odwraca się od niej i wyrzucą ją na bruk. Rozpoczyna zatem samotną wędrówkę i walkę - o siebie, o swoje maleństwo, którego nawet nie chce i o jakąkolwiek przyszłość. Schronienie znajduje u ciotki, która też załatwia jej pracę. Powoli realizuje zatem pierwsze postanowienia, wieczorowo kończy szkołę. Poznaje towarzystwo, którego wcale nie powinna poznać - wydawałoby się, że margines społeczeństwa, który żyje na krawędzi dobra i zła. Jednak przyjmują ją jak swoją, a i ona stara się nie oceniać ludzi po pozorach.

Ciotka nie dopuszcza za bardzo myśli, że Anita miałaby mieszkać u niej z maleństwem, więc załatwia jej narzeczonego. Z pozoru miły, w rzeczywistości tajemniczy, wmieszany w układy i układziki. Z jednej strony gotowy zapewnić spokojne życie w dostatku, z drugiej jednak chłodny, nieprzewidywalny, ktoś, komu trudno zaufać. Nie jest to wymarzony mąż ani ojciec dla dziecka, więc ucieka od niego. I rozpoczyna dalszą tułaczkę, która jest zawiła, trudna i wymagająca. Sama musi zmierzyć się ze swoimi demonami, albowiem na nikogo w otoczeniu nie może liczyć. Matka ją wyrzuciła, siostra to okrutna i bezwzględna harpia, której zależy tylko na dobrach materialnych, a przyjaciele raz są, raz ich nie ma, ale ciężko tak naprawdę uznać ich za prawdziwych przyjaciół.

Anita jest bardzo waleczną osobą, taką zawziętą i butną. Wie, że jednym porywem serca zaprzepaściła swoją szansę na szczęście, ale nie poddaje się i zarówno w ciąży, jak i już po narodzinach córeczki stara się wiązać koniec z końcem. Przypadkowy zapis w testamencie sprawia, że znajduje się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Poznaje kogoś, kto staje się dla niej wsparciem, chociaż sam ograniczony jest mocno swoją niepełnosprawnością. Wpada w towarzystwo artystów, którzy zaskakują ją zgraniem, otwartością, lekkością bytu.

Trudno powiedzieć, który z bohaterów jawi się jako najczarniejszy charakter, bo jest ich kilku, jednak ja zdecydowanie najwięcej uwagi i złych emocji poświęciłam siostrze Anity. Jest to okrutna i podła kobieta, która robi wszystko,  żeby po trupach dojść do celu i odebrać wszystko, co jej się nie należy. A właściwie, co w jej mniemaniu się jej jak najbardziej należy, bo przecież ma dzieci, bo życie jest drogie, bo czemu miałaby żyć w gorszych warunkach niż siostra. Koszmarna osoba, która zapomina o korzeniach, nie odwiedza matki, nie odwiedza siostry, a jedynie skupia się na przekrętach i machlojkach. I jak to w życiu bywa - uważana i tak za tą lepszą i zaradniejszą, bo w każdej rodzinie musi być ktoś, kto niezasłużenie wynoszony jest na piedestał.

"Pochyłe niebo. Ćma" to dobra, a nawet bardzo dobra książka. To taka powieść, od której ciężko się oderwać i którą długo się wspomina. Na szczęście dzisiaj odebrałam tom II - "Pajęczyna", więc i moją ciekawość, jakie są dalsze losy bohaterów, będę mogła szybko zaspokoić. 





Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Axis Mundi.


niedziela, 12 maja 2019

"Koniec scenarzystów" Wojciech Nerkowski

Tytuł: Koniec scenarzystów
Autor: Wojciech Nerkowski
Wydawnictwo: Czwarta Strona 
Liczba stron:416

Lubię czytać książkowe serie. Kiedy już poznam bohaterów, zżyję się z nimi, to z chęcią wracam do powieści, które są kontynuacją ich perypetii. I tak właśnie jest z książkami Wojciecha Nerkowskiego - zachwycił mnie "Spisek scenarzystów", chętnie przeczytałam "Zdradę scenarzystów" i także po "Koniec scenarzystów" sięgnęłam bez wahania. I nie żałuję ani jednej chwili, którą spędziłam z tą książką. Wspaniałe zakończenie całej historii, pięknie postawiona kropka nad i. Ale... po kolei. 

Sylwia i Kuba wyjeżdżają do Hollywood. To właśnie tam czeka na nich wielka, światowa kariera, a przynajmniej mają taką nadzieję. Podróżują, żeby sprzedać swój scenariusz jednemu z największych i najbardziej znanych producentów. Leśniewcy mają stać się sławni - przynajmniej w teorii, bo w praktyce pierwsza umowa jest mocno niekorzystna. 

Bardzo miło spędzają czas za oceanem - imprezy, drinki, znani aktorzy - któż nie chciałby pobyć przez chwilę w wielkim świecie. Jednak przypadkiem trafiają na historię, która burzy ich spokój, a jednocześnie powoduje niezdrowe zainteresowanie i zaangażowanie. Adam, którego poznają na jednej z imprez, szuka swojej dziewczyny, która zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Rodzeństwo angażuje się w tę historię, zwłaszcza że jest ona niezwykle zawiła. Mandy znika, jej współlokatorka ginie, a Kuba z Sylwią trafiają na imprezę, która przerasta ich najśmielsze wyobrażenia. Nie wiedzą, co to za tajne ugrupowanie, czemu ma służyć tak tajemniczy zlot ludzi w maskach, a przede wszystkim, jaki ci ludzie mają związek z ich śledztwem. Kosztuje ich to jednak dużo lęku, wzbudza niezwykle silne emocje i sprawia, że chociaż raz dochodzą do wniosku, że to wszystko zaszło za daleko. Zwłaszcza, jak otoczenie orientuje się, że są tu nielegalnie. Zwłaszcza, jak podejrzewają niektórych o najgorsze postępki. Zwłaszcza, jak wszystkie ścieżki prowadzą do rozpustnych orgii, współtowarzysze grzeszą nagością, a wszystko jest do bólu tajemnicze i niezwykłe.

Nie jest łatwo odnaleźć się w innej kulturze, ani też żyć pod ciągłą presją. Godne podziwu jest zachowanie rodzeństwa, które stara się odnaleźć zaginioną dziewczynę, rozwikłać zagadkę - często narażając swoje zdrowie, a może nawet życie. Sylwia jest pewniejsza siebie i bardziej przebojowa niż wcześniej, Kuba za to traci rezon, dużo przebywa z Dżolantą, która robi z nim, co chce. Przegania po galeriach, sklepach, kosmetyczkach, zalewa potokiem słów. Sylwia staje się też odważniejsza uczuciowo - potrafi nazwać swoje potrzeby, nie boi się nagłych porywów serca, ani też nie ulega temu, któremu już nie potrafi zaufać.

Akcja książki dzieje się  w Ameryce, ale chwilami przeskakuje do Polski, gdzie Paloma wiezie Sylwię do szpitala. Sylwię w bardzo złym stanie psychofizycznym. Sylwię, przy której nie ma brata, która skazana jest na swoją szefową, która boi się o swoje życie. Bardzo fajny zabieg, który rozbudza ciekawość czytelnika. Pomieszanie teraźniejszości z tym, co działo się kilka miesięcy wcześniej - to zawsze działa. Tu dodatkowo stopniuje napięcie.

Jest mi smutno, że to ostatnia część trylogii, tym bardziej że ta część podobała mi się najbardziej. Pięknie domknięta historia, która pozostawia czytelnika w swojego rodzaju niedopowiedzeniu, a zarazem w fantastyczny sposób pokazuje dalsze losy rodzeństwa. Szczególnie zachwyciło mnie to, jak Autor poprowadził wątek Sylwii. Jednak nie będę zdradzać szczegółów, warto samemu sprawdzić, co Wojciech Nerkowski przygotował dla czytelników. 

Podobnie jak poprzednie części, "Koniec scenarzystów" też utrzymany jest w lekkim klimacie. Nie ma krwawych morderstw, ani mrożących krew w żyłach akcji. Kiedy ma być poważnie, to jest, ale nie brak też humoru, a całość jest bardzo przyjemną propozycją, którą polecam i polecać będę. Miło było przenieść się chociaż na chwilę do Ameryki i poczuć ten niezwykły, hollywoodzki  klimat, znany tylko z filmów i seriali. 



Pojawiła się na stronie Autora oficjalna informacja, że w czerwcu kolejna książka. Czekam zatem!
A za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona. 


czwartek, 28 marca 2019

"Sprawa Salzmanna. Trup, którego nie było" Monika Kassner

Tytuł: Sprawa Salzmanna. Trup, którego nie było
Autor: Monika Kassner
Wydawnictwo: Zimny Priessnitz
Liczba stron: 182


"Sprawa Salzmanna. Trup, którego nie było" Moniki Kassner to jedno z moich największych wyzwań czytelniczych. Urodziłam się w Częstochowie, więc z językiem śląskim nie miałam nigdy do czynienia. Później studiowałam w Sosnowcu, wróciłam do Częstochowy, znowu zamieszkałam w Sosnowcu. 8 lat temu los rzucił mnie do Chorzowa i chociaż jestem tutaj dość długo, to po śląsku wciąż ni w ząb. Chyba najwięcej nasłuchałam się go w serialu "Diagnoza", w którym według mojego męża mocno go kaleczą.

I tak naprawdę niby wiedziałam, że częściowo ten śląski się pojawi, ale chyba nie wiedziałam, że aż na taką skalę. Pierwsze strony - zagubienie, ale potem? Poszło! Naprawdę poszło i dalej już czytało mi się tę książkę wyśmienicie.

Tytułowy Salzmann jest przedsiębiorcą, który posiada własną restaurację. I mnóstwo długów. Nie wytrzymuje presji i popełnia samobójstwo - a przynajmniej tak się wszystkim wydaje. Policja nie przeprowadza zbyt dokładnego dochodzenia: szybka identyfikacja zwłok, kilka przesłuchań i zamknięcie sprawy. Całą tą historią interesuje się Jendrysek, radca prawny, który prowadzi sprawy byłych wierzycieli Salzmanna. Nie wierzy on w wersję z samobójstwem. W restauracji zaczynają się kradzieże, a w sprawę wplątana jest niezwykle piękna kobieta  - Inga Bittner, narzeczona Salzmanna. Czy to przypadek? No właśnie nie do końca.

Razem z bohaterami wędrujemy po świętochłowickich ulicach, odwiedzamy sklepy i urzędy, które istniały wiele lat temu. Przenosimy się w niezwykle klimatyczne miejsca, poznajemy ciekawe postaci, tak różne od tych współczesnych. Niezwykły klimat lat trzydziestych, bardzo dobrze oddany na kartach książki, to wielki atut "Sprawy Salzmanna". Autorka przedstawia tło wydarzeń realistycznie, a i akcja powieści jest niezwykle spójna, dobrze prowadzona, a przez to ciekawa.

Inga Bittner nie jest osobą, która wzbudziła we mnie pozytywne odczucia. Pusta, przebiegła i żerująca na innych lalka, żyjąca utopią, nadzieją, że obietnice Salzmanna kiedyś się spełnią. Przesadnie dba o siebie i o swój wygląd, igra z losem i z prawem. To pierwsza osoba, którą sięga ręka sprawiedliwości - chociaż uderza w jej zachowaniu bardziej naiwność niż prawdziwa potrzeba czynienia zła, to jednak nie da się jej polubić.

Jendrysek ma rodzinę, z którą nie dane jest mu spędzić za wiele czasu. Przesympatyczna żona Hajdelka prowadzi dom i czuwa nad swoimi najbliższymi, a córka Helga ciągle pakuje się w kłopoty. W tym układzie to tata Adolf wydaje się tym, co niby karci, ale tak, że wychodzi na tego łagodniejszego rodzica. Wydają się szczęśliwi, chociaż praca, późne powroty i wyjazdy radcy zaburzają rodzinną sielankę. Śledztwo w sprawie Salzmanna prowadzi Jendryska do zaskakujących kroków, takich jak kupno trzewików dla żony czy bliska relacja z podejrzaną. Taką drzazgą w moim sercu stał się ten jeden moment w trakcie lektury, bo chociaż Hajdelka nie wie, a on tłumaczy sobie pewne sprawy działaniem na potrzeby dochodzenia, to jednak... są zasady, których nie powinno się łamać.

Powieść ta była dla mnie bardzo pozytywnym doświadczeniem. Akcja książki jest dość dynamiczna - sporo się dzieje, chociaż całość ma tylko około 200 stron. Poza rozwiązaniem sprawy znikających produktów z restauracji, rozwiązaniem sprawy Salzmanna mamy też strzelaninę, sekcję zwłok i zagraniczną podróż pełną przygód. Warto sięgnąć po tę lekturę, warto zmierzyć się z dialogami po śląsku (zwłaszcza, jeżeli nie miało się z nim wcześniej do czynienia), a po wszystkim warto odwiedzić Świętochłowice i sprawdzić jak zmieniła się przez te wszystkie lata okolica i czy można znaleźć jeszcze jakieś ślady jendryskowej rzeczywistosci. Ja w każdym razie planuję taką wycieczkę w najbliższym czasie.



Dziękuję Autorce za piękną przygodę czytelniczą i mam nadzieję, że ciąg dalszy nastąpi.


czwartek, 14 marca 2019

"Morderstwo w Hotelu Kattowitz" Marta Matyszczak

Tytuł: Morderstwo w Hotelu Kattowitz
Autor: Marta Matyszczak
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 302


Do opowieści o Solańskim, Róży i ich wiernym, psim przyjacielu powracam zawsze z nieukrywaną przyjemnością. Przede wszystkim bardzo lubię rezolutnego czworonoga, bez którego Szymon błądziłby we mgle i nie rozwiązałby żadnej zagadki. Poza tym grono starych, dobrych znajomych powiększyło się o kota! No dobrze, na chwilę, ale jednak. Moja słabość do kotów jest tak wielka, że z wielką przyjemnością kibicowałam nowemu zwierzakowi Róży.




Tym razem akcja przenosi się do Katowic, gdzie zostaje zamordowana piosenkarka DJ Dzidzia. Kto miał motyw? Nie wiadomo! Jednak w sprawę wplątanych jest sporo osób, a te niewplątane zachowują się niezwykle podejrzanie. Ot np. mama Róży we własnej osobie... zamyka swojego męża w komórce i plądruje swój własny dom. Cuda i dziwy wyprawiają się na Śląsku, Solański stara się prowadzić śledztwo, a jednocześnie uwieść swoją przyjaciółkę. Nie ulega wątpliwości, że bije mu mocniej serce, a i jej serce nie pozostaje obojętne. I ta cała skomplikowana relacja niestety komplikuje rozwiązanie zagadki, bo młodzi, zamiast współpracować, załatwić sprawę raz-dwa, to kombinują. Kombinują aż zanadto, a kwiaty w toalecie przelewają czarę goryczy. Nie inaczej jest z łańcuszkiem z odciskiem psiej łapy. Niejasne pretensje, rozmowy nie wprost, zabawa w kotka i myszkę... to dominuje w relacji Solańskiego i Róży. A w tle kręci się jeszcze Potomek-Chojarska i Ból. I jak tu prowadzić śledztwo i łapać mordercę?

Nie jestem do końca przekonana czy podoba mi się relacja tej dwójki. Osobiście nie lubię w literaturze przegadanych i przekombinowanych związków. Nie znoszę obrażających się bohaterów - obce mi takie zachowania i nie trawię ich w książkach. Dorośli ludzie! Życie byłoby dużo łatwiejsze, gdyby potrafili rozmawiać o swoich uczuciach i potrafili się z nimi zmierzyć. Nie tylko na zasadzie -  nie pasuje mi, nie spełniłeś/spełniłaś moich wydumanych oczekiwań, to odwrócę się na pięcie i sobie pójdę. Ewentualnie zamknę się w sobie i pójdę z kimś innym na kawę. Nie. To zupełnie tak nie powinno wyglądać i chociaż on jest ciapowaty, a ona niezdecydowana, to jednak kwestię swojej relacji powinni rozwiązać. Pilnie! Zanim całość zmieni się w telenowelę z kundelkiem w tle.

W tej części "Kryminału pod psem" pojawił się język śląski - w scenach Alojza i Pejtera. Niezmiennie stanowi on dla mnie spore wyzwanie, bo na Śląsku jestem przejazdem.  I po prostu nie mówię, nie rozumiem... dobrze, że mam niezawodną kobiecą intuicję i jestem w stanie domyślić się większości. Całe szczęście Autorka zadbała o tłumaczenie dla takiego gorola jak ja. Uważam jednak, że to świetny zabieg, wprowadzenie do tekstu języka, który powinien być pielęgnowany na wszelkie możliwe sposoby. Zwłaszcza dla osób, które nie mają z  nim do czynienia. Marta Matyszczak w sposób bardzo sympatyczny pokazuje Katowice, które ostatnimi czasy pięknieją. Mam przyjemność pracować w okolicy miejsca zbrodni (w zasadzie tylko Superjednostka zasłania mi widok na hotel), często wędrować po rynku czy okolicznych galeriach, pijać kawę w kawiarni, w której bywają bohaterowie. To takie miłe uczucie, kiedy akcja książki dzieje się w tak dobrze znanej okolicy. Nadmienię jeszcze, że do mieszkania Szymona też nie mam daleko, rzekłabym, że 5 minut spacerkiem, więc tym bardziej czuję, że jestem w centrum tych wydarzeń - i tych katowickich, i tych chorzowskich. Moje drogi bardzo dokładnie przecinają się z drogami Solańskiego. Nawet schronisko na Opolskiej i ulubiony weterynarz Gucia są w zasięgu mojego spaceru.

Cieszę się, że rozwiązała się (póki co) kwestia bogactwa Szymona. Jego zgubny nałóg wypadł bardzo wiarygodnie, a powrót do  dawnego życia uwiarygodnił też jego postać. Wcześniej było nienaturalnie, teraz odzyskaliśmy dawnego Szymona - w wytartych spodniach, z pustym kontem. Dla akcji dobrze, dla niego gorzej - wiadomo. Chciałabym jeszcze, żeby w kolejnych częściach Szymon zmądrzał. Zresztą Róża też. Nie potrafię pogodzić się z ich skomplikowaną relacją - chociaż relacja jak relacja, ale te dziecinne, rodem z podstawówki zachowania? A brrr!

Jednak sporo prawdy jest w tym, że bohaterowie mają wzbudzać emocje - i pozytywne, i negatywne, a Róża z Szymonem na pewno wzbudzają (na zmianę i takie, i takie). Dlatego z taką przyjemnością wracam do nich, dlatego taką sympatią darzę tych niezdecydowanych, zbuntowanych, nierozgarniętych bohaterów. Czekam na kontynuację, mam nadzieję, że dla odmiany poobserwuję bohaterów w poważnym związku, w całkiem nowej relacji, w całkiem nowej odsłonie. Tego sobie najbardziej życzę. 




A Autorce dziękuję za kolejne spotkanie z chorzowskim bohaterami. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie uda mi się wybrać na jakieś spotkanie autorskie. Dziękuję także za wspaniałą dedykację.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Dolnośląskiemu.
 
 


środa, 27 lutego 2019

"Klamki i dzwonki" Magdalena Knedler

Tytuł: Klamki i dzwonki
Autor: Magdalena Knedler
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 348

To nie było moje pierwsze spotkanie z Autorką. Jakiś czas temu czytałam "Nie całkiem białe Boże Narodzenie" i bawiłam się przy tej książce wyśmienicie. Bez wahania wzięłam do ręki kolejną powieść i jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że jest ona utrzymana w zupełnie innym klimacie. Nie kryminał, a kawałek porządnej, niezwykle subtelnej obyczajówki. I to zdumiało mnie bezgranicznie, bo nastawiłam się na trzymającą w napięciu, wartką akcję, a w zamian dostałam piękną opowieść o niezwykłej miłości, o sile przyjaźni i o tym, ile człowiek jest gotów zaryzykować, żeby odmienić nie tylko swoje, ale też czyjeś życie.

Eliza jest poetką, która właśnie wydała tomik. Samotna, niezależna i dumna ze swoich osiągnięć, dostaje wiadomość od przyjaciółki z dawnych lat. Kiedyś poróżnił je chłopak, dzisiaj spotykają się w szpitalnej sali, w której jedna leży i czeka na najgorsze, a druga przychodzi wysłuchać niedorzecznej propozycji. Postaci w powieści jest kilka, wątków jest kilka, ale to ta rozmowa, ta prośba, a właściwie błaganie, jest kluczowe dla dalszych wydarzeń. Eliza zgadza się zaopiekować córką przyjaciółki - na czas jej leczenia za granicą, a na wypadek śmierci już na zawsze. Zgadza się, chociaż nigdy nie miała dzieci, chociaż nie wie, jak to jest być mamą. Zgadza się, bo jest jej przykro, że ktoś, kogo kochała, kto był częścią jej świata, teraz umiera. A przede wszystkim zgadza się, bo gdzieś w głębi duszy nie chce już być sama, chce mieć namiastkę rodziny. Razem z córką dostaje dom, zakład fryzjerski i szansę na lepsze życie. Poeta nie zarabia kokosów, a dorabianie w bibliotece też nie przynosi takich zarobków, żeby wieść spokojne życie.

Los stawia na drodze Elizy miłość jej życia. Przewrotnie - ona jest też jego miłością. Jedna ulotna chwila w bibliotece wieki temu sprawiła, że tych dwoje zawsze o sobie marzyło, zawsze było sobie pisanym. Tylko jakimś cudem nie było im pisane związać się ze sobą, bo on wybrał inną, chociaż sam nie wie, czemu. A w życiu tak właśnie bywa - prawdziwa miłość musi czasami poczekać na swoją szansę.

Równolegle z historią tej dwójki - wziętego prawnika i poetki z nową córką na stanie, toczy się opowieść o młodej dziewczynie, która pokochała najmocniej, jak umiała. Pokochała wbrew wszystkim, wbrew zdrowemu rozsądkowi i wbrew najbliższym. Pokochała drania, który nie był wart jednego spojrzenia i który wrobił ją w wypadek samochodowy. Zamknięta w sobie, nieszczęśliwa, z matką, która ośmiesza ją w sieci - szuka wsparcia w swoim prawniku. Początkowo idzie w zaparte, ale w końcu dociera do niej, że to nie o to chodzi, żeby brać na siebie winę za cudze czyny, że miłość to nie cierpienie, aż w końcu, że jej ukochany to zwykły łotr, który bezwzględnie ją wykorzystał.

"Klamki i dzwonki" Magdaleny Knedler to taka książka, od której nie można się oderwać. I chociaż ciężko powiedzieć, że akcja biegnie wartko, a postaci są genialnie napisane, to całość jest pięknie ułożoną historią, w której zazębiające się ze sobą wątki tworzą ciekawą i skłaniającą do przemyśleń opowieść. Czytelnik poznaje tragedię kobiety, która wychowuje samotnie córkę i musi znaleźć dla niej kogoś, kto ją wychowa na ludzi, kto będzie obok i wesprze, kiedy przyjdzie najgorsze. To tragiczna historia mamy, która z miłości usuwa się cień i wybiera najlepszą osobę na swoje miejsce. Która czuwa nad powodzeniem całego przedsięwzięcia, która woli umierać w samotności niż skazać swoje dziecko na ogromne cierpienie i smutne, trudne wspomnienia. Piękna postawa pełna miłości.

Eliza jest rozdarta pomiędzy swoim nowym życiem a uczuciem, które powraca z ogromną siłą. Kocha i chce być kochana, a zarazem wie, że w życiu Alberta jest ta, którą wybrał. I chociaż ich relacja jest trudna, to jednak to ona ma pierwszeństwo. Albert jawi się tu trochę jak taka niezdecydowana, ciepła klucha, chociaż jestem w stanie zrozumieć jego postawę. Tyle wspólnych lat, tyle starań o dziecko, tyle wzlotów i upadków - nie można takiej historii od tak przekreślić, więc nie potrafi odmówić swojej żonie, kiedy ta potrzebuje pomocy. Razem muszą dojrzeć do decyzji o tym, że rozstanie jest niezbędne.


Postaci w tej książce nie da się nie lubić (może poza Albertem), są mocnym punktem powieści. I chociaż "Klamki i dzwonki" poruszają wiele trudnych tematów, to jednak są napisane z niezwykłą lekkością. To sprawia, że przygody naszych bohaterów czyta się z wielką przyjemnością. Autorka pięknie operuje słowem i gra emocjami - trudne tematy, uczucia, przemyślenia i rozterki przestawia w sposób niezwykle realistyczny.

Książka przeczytana w ramach współpracy z księgarnią TAK CZYTAM Katowice i Śląskimi Blogerami Książkowymi. ŚBKów warto polubić TU.
A do księgarni warto się przespacerować, bo to wspaniałe, ciepłe miejsce z wieloma książkami w bardzo korzystnych cenach!



Książkę zaliczam do lutowej części wyzwania Trójka e-pik na blogu Książki Sardegny.

środa, 30 stycznia 2019

"Światło o poranku" Krystyna Mirek

Tytuł: Światło o poranku
Autor: Krystyna Mirek
Wydawnictwo: Edipresse
Liczba stron: 352

Rok temu czytałam pierwszy tom tej serii - "Światło w Cichą Noc". Powróciłam do znanych mi już bohaterów z dużą przyjemnością. Niezmiennie zachwyca mnie klimat, który stworzyła w tych dwóch powieściach Krystyna Mirek. Subtelne, delikatne opisy uczuć, wzlotów, upadków, a do tego ciepło, które bije od bohaterów i nastrój panujący w powieści to niewątpliwe atuty tej lektury. 

Magda próbuje się pozbierać po rozstaniu z Konstantym. Nie jest to łatwe, zwłaszcza że pracują w tej samej firmie, a on sam związał się z ich szefową. Zauroczony dziewczyną Antek nie do końca może pogodzić się z tym, że Magda jest zupełnie niezainteresowana bliższą znajomością. Świetnie odnajduje się w relacji przyjacielskiej, ale nie pozwala sobie na głębsze uczucia. Jej brat Bartek w końcu odnajduje swoje miejsce w firmie sprzedającej samochody. Jest zadowolony ze swojej pracy, odnosi sukcesy i cieszy się szacunkiem szefostwa. Uczuciowo nie angażuje się zbytnio, chociaż chętnie odwiedza koleżankę w cukierni. Zaprzyjaźnia się natomiast z Bianką, świetnie się z nią dogaduje, ale ta relacja nie opiera się na żadnych głębszych uczuciach. To Michał, brat Bartka i Magdy jest w niej szaleńczo zakochany. Dziewczyna odwzajemnia jego uczucia, ale jak to czasami bywa, żadne nie może się zebrać na odwagę, żeby przyznać, co mu w sercu gra. 

I znowu większość bohaterów jest nieszczęśliwa. Chociaż pozornie pod koniec poprzedniego tomu wszystko zaczynało się układać, tak teraz się rozsypuje. Nawet babcia Kalina nie cieszy się długo swoimi wnukami, albowiem Bianka podejmuje trudną decyzję o powrocie do Warszawy. A jak już smutek i marazm dopada babcię, najpozytywniejszą postać w książce, to i odbija się na pozostałych postaciach. 

Konstanty nie jest szczęśliwy w swoim związku. Zadziałał pod wpływem ojca i teraz ponosi konsekwencje swoich decyzji. Jego matka stara się za wszelką cenę poukładać na  nowo swoje małżeństwo. Zmusza męża do większej aktywności, do rozmowy, marzy o tym, żeby wrócił do sypialni. Chce poczuć się kochana, pożądana i potrzebna. W najgorszej sytuacji znajduje się ojciec Konstantego, któremu wali się świat. Żona się buntuje, syn się buntuje, a potencjalna synowa, w której pokłada ogromne, zawodowe nadzieje, robi głupotę za głupotą i też zawodzi na całej linii. Nie wie, jak odbudować relacje, jak nie dopuścić do rozpadu rodziny. 

Kilka odrębnych historii, które przeplatają się ze sobą, wzajemnie się uzupełniając. Znowu bohaterowie próbują odnaleźć szczęście, spokój i harmonię. Na szczególną uwagę zasługuje Dorota, która rewolucjonizuje całe swoje życie. Nie przygotowuje już wielu potraw na każdy posiłek, nie dba o to, żeby mężowi na każdym kroku usługiwać. Wymusza wiele zachowań, które dotychczas były dla niego obce albo zostały totalnie zapomniane z czasów narzeczeństwa i wczesnego małżeństwa. Bardzo przyjemna dla oka przemiana i dająca nadzieję, że ta kobieta w końcu dopnie swego. Osiągnie szczęście, które jej się należy i szacunek, który mąż zapomina okazywać.

Krystyna Mirek pisze lekko, składnie i bez zbędnych opisów, dłużyzn. Nie dopatrzyłam się irytujących i charakterystycznych dla gatunku zawirowań, które są schematyczne i dążą do przewidywalnych rozwiązań. Bohaterowie zachowują się względnie normalnie, problemy ich nie są wydumane, a charakterologicznie też prowadzeni są w sposób przyzwoity. "Światło o poranku" uważam za książkę, którą czyta się szybko i która wciąga od pierwszej strony. Bianka, Antek i babcia Kalina to przesympatyczni ludzie, których los mocno doświadczył, a mimo wszystko starają się żyć pogodnie i zmierzyć z demonami z przeszłości. Rodzeństwo zza płota zaczyna wychodzić na prostą. Bracia i siostra wybudzają się z marazmu, zaczynają więcej czuć i więcej rozmawiać o uczuciach. Zamykają pewien rozdział, żeby zacząć wszystko od nowa.

Nawet Konstanty dochodzi do wniosku, że czas żyć na własny rachunek. Boi się tego, ale czuje, że musi odnaleźć swoje szczęście. Czeka go trudna walka o własne marzenia, ale jest na nią gotowy - zwłaszcza po ostatnich zawirowaniach miłosnych i zawodowych.

Godna polecenia, niewątpliwie.



niedziela, 20 stycznia 2019

"Garść pierników, szczypta miłości" Natalia Sońska

Tytuł: Garść pierników, szczypta miłości
Autor: Natalia Sońska
Wydawnictwo: Czwarta strona
Liczba stron: 364

Ciężko mi się w tym roku zmobilizować do przeczytania książki mrocznej, kryminalnej, trzymającej w napięciu. Cokolwiek. Niby chciałabym, a i tak wybór pada na kolejną obyczajówkę. Wynika to z faktu, że zwyczajnie żyję w pędzie, czytam w biegu, w autobusie, przed snem. Dobieram lektury, do których się łatwo wraca i w których trudno zgubić wątek.

Postanowiłam pozostać w klimacie świątecznym i sięgnęłam po książkę Natalii Sońskiej "Garść pierników, szczypta miłości". Mam sporo mocno skomplikowanych odczuć po zakończeniu lektury. Przede wszystkim nie oczarowała mnie bezgranicznie, bo nie potrafiłam polubić postaci. Główna bohaterka to zdesperowana karierowiczka, która marzy o tym, aby odnieść sukces w dziennikarstwie. Hania ma niewyparzony język, czuje się wiecznie pokrzywdzona, a zarazem swoim zachowaniem rani innych. Toczy konflikt z szefową, która jest obecną żoną wcześniejszego partnera Hani. Panie wyraźnie nie pałają do siebie sympatią, są dla siebie niemiłe i w zasadzie ich relacja jest naprawdę dziwna. Marek bardziej stoi po stronie dawnej dziewczyny niż żony, chociaż ma to swoje usprawiedliwienie w tym, że żona go bardzo skrzywdziła. Nie jest to bohater, którego można polubić, taki typowy pies ogrodnika, który na dodatek zachowuje się bardzo nieładnie w stosunku do wszystkich.

W życiu Hani pojawia się Wiktor, który od razu miesza jej i w głowie, i w sercu. Jego sytuacja życiowa jest trudna, albowiem dostaje pod opiekę dwójkę maluszków - syna i córkę swojej siostry, która zginęła w wypadku. Oczywiście wybuchowa bohaterka opacznie rozumie jego sytuację życiową i zamiast wysłuchać, w ciemno ocenia - najpierw robi wymówki, że chce ją zdegradować i proponuje jej rolę niani, a potem oskarża, że każda kobieta, która pojawia się w jego towarzystwie to jego partnerka. Nie potrafi zaufać, nie potrafi logicznie myśleć, a nade wszystko nie potrafi trzymać na wodzy emocji.

Z szefową też gra nieczysto. Oskarża ją o to, że celowo blokuje awans, że nie daje szansy, a sama też zachowuje się bardzo nie w porządku. Chociażby flirtując z jej mężem. Chociażby poniżając na oczach współpracowników. Straszny charakter i niesympatyczna bohaterka, ot co.

Z kart powieści można dowiedzieć się wiele o tym, jak rodzinną osobą jest Hanna. Jednak zupełnie tego nie czuć. W domu praktycznie nie bywa, a nawet jak jedzie na święta, to tylko na chwilę, a potem z całą tą swoją rodzinnością zabiera się i wyjeżdża na narty.

Wydarzenia w książce następują po sobie szybko, relacja z Wiktorem rozwija się błyskawicznie i bardzo dynamicznie. Mija chwila, a Hania już nienagannie zajmuje się dziećmi, swobodnie czuje się w jego  kuchni, zachowuje się, jak wieloletnia narzeczona. Nie jestem przekonana czy taka relacja wypada realistycznie, ale niewątpliwie jest sympatycznie, zwłaszcza kiedy na horyzoncie pojawiają się dzieci i sceny nabierają charakteru czułości, delikatności, rodzinności.

Przeczytałam z dużą przyjemnością, chociaż książka mnie irytowała. Może nie tyle sama powieść, ile bohaterowie. Kulminacja irytacji nastąpiła w końcówce, chociaż wiem, że takie rzeczy się zdarzają, to jednak... oj jak to w obyczajówkach, byle namieszać. Nie pałam pozytywnym uczuciem do Hanny, ale mam wrażenie, że w relacji z Wiktorem trochę normalnieje. Pożyjemy zobaczymy, bo to seria (znowu seria!) i z pewnością przeczytam kolejne części.



sobota, 5 stycznia 2019

"Randka pod jemiołą" Agnieszka Olejnik

Tytuł: Randka pod jemiołą
Autor: Agnieszka Olejnik
Wydawnictwo: Czwarta strona
Liczba stron: 391
 
Oczywiście znowu nie sprawdziłam, czy to początek jakiejś serii, czy powieść, która stanowi oddzielną jednostkę. Przeczytałam, zachwyciłam się... a teraz będę musiała nadrobić aż 2 wcześniejsze części. No co zrobić! A ja tak lubię chronologicznie! 
 
"Randka pod jemiołą" Agnieszki Olejnik wpadła do mojego czytnika przypadkiem, albowiem zachwyciła mnie okładka."Nie oceniaj książki po okładce" mówili, a ja oceniam i całkiem nieźle na tym wychodzę. Chociaż niewątpliwie pomijam też te mniej atrakcyjne wizualnie, ale wciąż perełki. 

Tym razem powieść zachwyciła mnie od samego początku. Nawet nie samą akcją, nie postaciami, a... stylem. Taka ciepła i gawędziarska opowieść o trudach życia, zdradzie, niespełnionych miłościach, kobietach, które mogą więcej i przypadkach, które chodzą po ludziach. 

Joanna tkwi w swoim poukładanym świecie - mąż, praca, obowiązki. Prasowanie, gotowanie, trzymanie diety. Łóżko. Wszystko idealne i... smutne. Pewnego dnia odkrywa, że mąż ją zdradza. Załamana i nieszczęśliwa popada w rozpacz, depresyjnie zamyka się w sobie i rozpaczliwie próbuje wymyślić, jak odzyskać niewiernego. Na szczęście rodzeństwo i przyjaciele nie zostawiają jej samej sobie. Tłumaczą, przekonują i uświadamiają. Tłuką oczywistości, które dla Joanny są zbyt skomplikowane. Namawiają na zmiany i pokazują, jak zniewolona była do tej pory. Sprawę komplikuje mąż, który wyrzuca dziewczynę z domu - chce tu mieszkać ze swoją nową partnerką. Na dodatek mówi, że dopiero teraz pierwszy raz kocha, a Joanna była pomyłką... 

Agata z Igą ruszają na ratunek. Znajdują Asi przytulny pokój, zapoznają z niezwykle energetyczną Zoją, która rewolucjonizuje jej sposób myślenia. Dzięki temu powoli odżywa, zmienia się. Odkrywa, że wcale nie chce żyć jak dotychczas, wolność jest bardzo kusząca. 

Oczywiście, gdybym przeczytała wcześniejsze części, to byłabym mocno zaprzyjaźniona z bohaterami. Nie da się ich nie lubić. Rodzeństwo, przyjaciele - wszyscy serdeczni i pomocni, w tym dwie milionerki, które mimo większych możliwości żyją normalnie, a za cel wzięły sobie pomaganie innym. Asia odkrywa, jak bardzo denerwuje ją jej obecna posada, jak dość ma etatu nauczyciela. Zastanawia się nad zmianą pracy - tylko czy starczy jej odwagi, żeby aż tak wywrócić swoje życie do góry nogami? A co z uczuciami? Zranione serce boi się na nowo zaangażować, zresztą Joanna sama powtarza, że nie chce być związku, jako kobieta niezależna i wolna nareszcie zaczyna być szczęśliwa. 

Tak, jest przewidywalnie, zbyt sielankowo, trochę naiwnie... ale dla mnie jest też idealnie. Są takie książki, które po prostu same się czytają, a postaci są tak sympatyczne, że mimo ukończenia lektury, myśli wciąż wokół nich krążą. Mam nadzieję, że Autorka nie poprzestanie na tej części, bo jest to taka historia, którą niewątpliwie warto kontynuować. Zwłaszcza że kilka wątków pozostało jeszcze niedokończonych. Poza tym już dawno nie spotkałam się z taką ilością ciepła i serdeczności. Pozytywna lektura wprowadziła mnie w pozytywny nastrój, a tym samym uprzyjemniła końcówkę roku. 
 
Podobało mi się też nienachalne wprowadzanie wątków.  Czy to kwestie macierzyństwa, czy samotności, a nawet homoseksualności - wszystko naturalnie, bez dorabiania wielkich ideologii czy przesadnego przeżywania. Ot ktoś jest sam, a inny ma dzieci i tyle. Ten się zakochał, tamten odkochał, a jeszcze inny żałuje, że zawalił. Wszystko wyważone.  

To na pewno nie jest moje ostatnie spotkanie z Autorką. Mam nadzieję, że zanim nadrobię poprzednie części, to już pojawi się kolejna książka z serii. 



wtorek, 1 stycznia 2019

"Wierność jest trudna" Agata Przybyłek

Czy w 2019 postaram się więcej pisać? Tak.
Czy w 2019 postaram się więcej czytać? Tak.
Czy w 2019 postaram się dotrzymać postanowień? Tak.
Jednak czy je dotrzymam... Nie oszukujmy się. Myślałam, że będzie łatwiej. Jako pracująca mama dwójki łobuzów straciłam sporo sił, a jeszcze więcej czasu. Jest, jak jest. Jednak ten 2019 ma być rokiem lepszym, a przynajmniej nie gorszym, pod każdym względem, więc...

A dla Was najlepsze życzenia zdrowia i spokoju. Jak zdrowie jest, spokój jest, to i na wszystko inne znajduje się i czas, i siły!

A tymczasem...

Tytuł: Wierność jest trudna
Autor: Agata Przybyłek
Wydawnictwo: Czwarta strona
Liczba stron: 390

Dzisiaj rano zerknęłam na facebooka, a tam wypowiedź o tym, że trzeba czytać dobrą literaturę, że nie powinno się szczycić czytaniem słabej.

I tak zastanowiłam się, kiedy ja ostatnio czytałam dobrą książkę. Dobrą. Czyli jaką? Trudną w odbiorze i pełną górnolotnych słów i sentencji? Poruszającą tematy ważne i ważniejsze, bo o śmierci, bo o scenie politycznej, bo felieton, a nie obyczajówkę? I właściwie dlaczego trzeba? Czy czytelnik fantasy, obyczajówek i o zgrozo erotyków i  harlequinów, to w ogóle powinien na temat literatury zamilknąć na wieki? I czy w tych gatunkach też są dobre i złe, czy wszystkie są po prostu złe? Albo po prostu dobre? I jeżeli ja wypisałam z jakiejś książki 20 cytatów, płakałam podczas czytania, a w całej historii odnalazłam kawałek siebie i dla mnie to arcydzieło, to czy dla innego czytelnika też będzie?

I po tej porannej refleksji przyszłam napisać recenzję książki "Wierność jest trudna" Agaty Przybyłek. Lekkiej, przewidywalnej, banalnej, kolorowej opowieści o szczęśliwej i spełnionej kobiecie, która  przygotowuje się do ślubu. Ma wspaniałego narzeczonego, jest ułożoną, grzeczną córką, lepszą i spokojniejszą z bliźniaczek, ukochaną siostrą, najlepszym przyjacielem i w ogóle niedoścignionym wzorem cnót. Życie stawia na jej drodze Szczepana, który zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. Wdziera się on do świata Elizy i powoli, stopniowo wybudza tę część natury, którą dziewczyna zawsze tłumiła, żeby tylko nikomu nie zrobić przykrości. Oczywiście nie ma żadnych szans, bo Eliza jest wpatrzona w swojego Pawła, z którym tworzą przesłodzoną parę chadzającą na spacery, tulącą się w cieniu drzew i spędzającą czas grzecznie i poprawnie. Tylko czy aby na pewno nie ma?

Szczepan i Eliza zaprzyjaźniają się ze sobą. Znaczy on nie ma wątpliwości, że chce czegoś więcej, a ona usilnie tłumaczy sama sobie, że to tylko kolega, że to tylko spacer, że to tylko piknik, że nigdy nic, bo kocha swojego narzeczonego. Nie ułatwiają delegacje Pawła ani to, że przypadkowy dotyk Szczepana ją elektryzuje, a pocałunki wybranka niestety nie. Sprawę komplikuje jej siostra bliźniaczka, która przypadkowo poznaje Szczepana i jest mocno zdeterminowana, żeby go poderwać. Knuje intrygi, bruździ, nawet jak dziewczyny orientują się, że w głowie im namieszał ten sam facet. Tak naprawdę Patrycja nie myśli poważnie o związku, chce się tylko zabawić. I na swój sposób utrzeć nosa bliźniaczce, chociaż w gruncie rzeczy bardzo ją kocha.

Trudno jednoznacznie ocenić zachowanie Elizy. Z jednej strony grzeczna i poukładana, nie chce krzywdzić, nie potrafi odmówić, działa z automatu w sposób poprawny i jedyny właściwy, z drugiej po spotkaniu Szczepana coś w niej pęka. Czarę goryczy przelewa matka, która spotyka się z mężczyznami z serwisu randkowego. Eliza krytykuje ją, utrudnia jej spotkania, robi sceny, a sama... a sama spotyka się z przyjacielem, któremu daje się pocałować. Trochę hipokryzja? Czy tylko zagubienie? 

I teraz chciałabym nawiązać do wstępu. To jest ta zła książka, prawda? Obyczajówka z romansem w tle, do tego przewidywalna. Autorka posiada lekkie pióro, czyta się szybko, aczkolwiek jest zbyt poprawnie, miejscami mało naturalnie. Cała historia jest przyjemna dla duszy, ale trudno powiedzieć, że wnosi cokolwiek i zmienia diametralnie życie. W miejsce wzniosłych słów, pięknych cytatów i mądrości, pojawiają się dialogi i opisy zwykłych, życiowych sytuacji. Trudno też w wielkich superlatywach opisać postaci. Główna bohaterka jest irytująca, poczynając od tych dziewczęcych, skromnych sukienek, które nosi, po jej dylematy, rozterki, to przeświadczenie, że trzeba ulegać i każdego głaskać po główce, że nie mówi się prawdy, bo ona może zaboleć. Jej Paweł jest mdły i wcale się nie dziwię, że elektryzuje ją Szczepan. Ten z kolei niby zakochany, a też nie potrafi być szczery. Nie chce być z Patrycją - ok, ale czemu o jej zachowaniu i tej całej dziwnej sytuacji nie opowie Elizie? Ogólnie wszyscy są do bólu przewidywalni, przynajmniej w pierwszej połowie powieści. Może poza Patrycją, która co prawda jest złośliwa, ale jako jedyna ma wyraźnie nakreślony, buntowniczy charakter. Czyli jednak gniot i źle, że się chwalę, że przeczytałam?

Nie, nie gniot. To jest przyjemna, relaksująca książka, która pozwoliła mi miło spędzić czas. I chociaż stylowo nie porwała mnie w 100%, chociaż nie wywoływała wybuchów śmiechu i nie wzruszyła do łez, to chętnie sięgnę po kontynuację. A także część poprzedzającą, której wcześniej nie miałam okazji przeczytać. A stoi na półce! I może w tym momencie wychodzę na mało inteligentnego człowieka, co nie czyta dobrych książek, ale... Czytam, co lubię, co sprawia mi przyjemność. Jeśli książka jest zła, w moim odczuciu zła, to właściwie pewne, że wróci na półkę i nie dobrnę do końca. "Wierność jest trudna" nie jest taką powieścią, którą będę wychwalać pod niebiosa i nie powiem: wspaniała, czytajcie wszyscy! Jednak wiem, że są osoby, którym przypadnie do gustu, bo to ciepła, rodzinna opowieść i chociaż historia jakich wiele, to jednocześnie historia, która w mniejszym lub większym stopniu mogłaby się przydarzyć każdemu. I dla mnie była idealnym wyborem. I dobrą książką, którą potrzebowałam tamtego dnia, w tamtej chwili.



A już tak całkiem na marginesie. Czytam i zachęcam do czytania. Uważam to za świetną zabawę i moim zdaniem każda książka coś wnosi do naszego życia. Każda. Erotyk i komedia kryminalna też. Nie tylko zabijają nudę i wypełniają czas, można z nich wynieść coś dla siebie. Szufladkowanie literatury wyrządza jedynie krzywdę i wprowadza jakieś dziwne podziały. Czytajmy dobre książki, miejmy refleksje, krytykujmy. Tak, jak najbardziej! Tylko jeśli nie krytykujemy, bo zamiast błędów interpunkcyjnych, słabej stylistycznie książki i schematycznej akcji, odnajdujemy powieść, która przez lata będzie najważniejszą przeczytaną historią, która pomoże wyjść z dołka, zrozumieć, przemyśleć? Uwielbiam motto Domi z bloga Domi czyta "Czytaj i pozwól czytać innym". Dokładnie tak.