Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legimi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legimi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 stycznia 2020

"Przecięcie" Wojciech Nerkowski

Tytuł: Przecięcie
Autor: Wojciech Nerkowski
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 408

Dawno nie czytałam książki akcji. Częściej wybieram lekkie kryminały, lekkie  powieści obyczajowe i wszystko, co potrafi oderwać mnie od trudnej i żmudnej codzienności. Niesiona sympatią do serii o scenarzystach postanowiłam przeczytać kolejną książkę Wojciecha Nerkowskiego - "Przecięcie". Co prawda sam Autor ostrzegł mnie, że tu za wiele humoru nie ma, ale nie wspomniał, ile się dzieje, ile tam atrakcji i zwrotów akcji!

Już na początku wpadamy w wir wydarzeń, w których strzelanina, kradzież i ucieczka odgrywają kluczową rolę. Główna bohaterka Kaśka chce zarobić mnóstwo  pieniędzy, dlatego decyduje się na przywłaszczenie sobie nieznanego rękopisu Szymborskiej. Chce ona sprzedać go temu, który skupuje zabytki, wszelkie białe kruki i płaci naprawdę uczciwie. Jedną z pobudek, którymi się kieruje, jest chęć pomocy rodzinie, co oczywiście niczego nie usprawiedliwia, nie wybiela złego postępowania, ale w pewien sposób tłumaczy. Poza tym nie oszukujmy się - jej nie da się nie lubić! Mimo niesprzyjających warunków udaje jej się dopiąć swego, pokazuje swój hart ducha i niezwykłą siłę.

Podczas strzelaniny w willi poznaje mężczyznę Roberta - na początku nie wie, czy może mu zaufać. Musi jednak zaryzykować, bo bez jego pomocy nie uda jej się uciec policji i spotkać z księciem. Wyruszają razem do Austrii - w drogę pełną atrakcji, pogoni, wydarzeń racjonalnych i irracjonalnych, a przede wszystkim rodzącej się namiętności. Tak, nie da się ukryć, że między dwójką głównych bohaterów narasta napięcie, z którym nie potrafią walczyć. Może to strach Kaśki - w końcu  ucieka zarówno przed policją, jak i przed swoim byłym mężem Maksymilianem i jego mafią trudniącą się handlem kradzionymi zabytkami.

Były małżonek Kaśki nie przebiera w środkach i metodach, próbuje dorwać swoją ukochaną i jej zdobycz, i samemu wzbogacić się na tej transakcji. Robert za to stara się być szarmancki i bronić swojej nowej przyjaciółki, ale jest postacią dość tajemniczą i niejednoznaczną. Czytelnikowi trudno zdecydować, czy mu ufa, czy jednak tak nie do końca. Tym bardziej, że zarówno policja, jak i Maks depczą im po piętach i to niesamowite, jak trudno im zgubić ten pościg.

Książka zrobiła na mnie pozytywne wrażenie - już wcześniej pisałam, że nie spodziewałam się historii tak pełnej akcji, ale też przepełnionej brutalnym i soczystym językiem. Nie usatysfakcjonowało mnie zakończenie - wiem, że sugeruje kontynuację i akurat to mnie cieszy, ale opowieść urwała się nagle. Polubiłam Kaśkę, polubiłam Kidda i polubiłam tak zupełnie inny od scenarzystów klimat. Polecam!




poniedziałek, 30 grudnia 2019

"Tylko raz w roku" Agnieszka Lingas-Łoniewska

Tytuł: Tylko raz w roku
Autor: Agnieszka Lingas-Łoniewska
Wydawnictwo: Burda
Liczba stron: 232

W tym roku święta były wyjątkowo skomplikowane - wyjazdowe i chorobowe. Nie miałam czasu usiąść, a co dopiero poczytać. Poza tym dzieci, rodzina, wspólne biesiadowanie - brak chwili dla siebie i dla książki. Jednak na koniec trafiła mi się bezsenna noc, a wraz z nią lektura Tylko raz w roku Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Nie spodziewałam się, że tak szybko ją przeczytam, bo właściwie zajęła mi jeden wieczór. A właściwie jedną noc!

Główni bohaterowie spotykają się na Pergoli we Wrocławiu w wigilijny wieczór. On zmierza na wieczerzę do przyjaciela, ona próbuje pogodzić się z rozwodem rodziców. Wpadają na siebie i od razu wiedzą, że będą dla siebie kimś wyjątkowym. To, że się nie znają, nie przeszkadza im w zwierzeniach i poważnych rozmowach, wspólnym odwiedzeniu kolegi Tomka czy po prostu w dobrej zabawie. Ten razem spędzony czas staje się początkiem czegoś wyjątkowego, niezwykłego, przesyconego miłością, radością i przyjaźnią. Rozpoczynają drogę, którą zwieńczyć ma wspaniałe, wspólne życie.

Każdy rozdział to kolejny wieczór wigilijny.  Za każdym razem spotykamy Elę i Kamila na kolejnych etapach ich relacji - burzliwej, zaskakującej, nie zawsze idącej po myśli obojga. Kamil pochodzi z rozbitej rodziny - ojciec zostawił ich dawno temu. Matka - chłodna, wyniosła i despotyczna, wspiera syna w realizacji każdego z marzeń, a Elę traktuję jako przeszkodę, przygodę i osobę, która powinna zniknąć z życia jej syna. Nie dociera do niej, że młodzi się kochają, nie dociera do niej, że da się połączyć karierę z miłością i z życiem rodzinnym. Jej okropne zachowanie rani ukochaną syna, sprawia, że młodzi na pewien czas oddalają się od siebie. Chcąc dobrze, czyni naprawdę wiele zła. Nie akceptuje wyborów syna, naciska na podjęcie stażu we Francji, niemalże wciska mu w ramiona dobrze sytuowaną córkę przyjaciela.

Ela jest szczęśliwa w swojej idealnej rodzinie - przynajmniej do czasu, kiedy rodzice podejmują decyzję o rozstaniu. Wtedy jej świat się wali, ale na szczęście na krótko. Kiedy widzi, że oboje odnajdują się w nowych związkach, tata dodatkowo dobrze się czuje w Niemczech, to godzi się z zaistniałą sytuacją. Chociaż życie nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać - wiele komplikacji, nieszczęść spada na jej kruchą osobę.  Stara się być silna, ale nie z wszystkim potrafi sobie poradzić - a już najmniej z ukochanym, który robi karierę w Paryżu.

Oczywiście początkowo młodzi są bardzo szczęśliwi, zapatrzeni się w siebie, pewni, że są dla siebie stworzeni. Wkraczając w kolejne etapy związku, muszą radzić sobie z trudnościami, jakie ich spotykają. Kolejne projekty, egzaminy, ten nieszczęsny staż, choroba jednego z rodziców czy nachalna przyjaciółka z dzieciństwa. Ela chwilami ma dość, ale za bardzo kocha swojego chłopaka, żeby mu o tym powiedzieć. On stara się żyć normalnie, mimo że dusi  się w domu rodzinnym i chciałby w końcu zacząć oddychać, kochać i być kochanym, realizować się na własnych warunkach.

Książka Tylko raz w roku utrzymana jest w pięknym, ciepłym klimacie świątecznym.  Nie jest jednak historią pogodną, bo bohaterom przydarza się taka seria klęsk i nieszczęść, że to mocno odrealnia całą fabułę. Nie da się jednak ukryć, że stanowi przyjemną opowieść okołoświąteczną, czyniąc z Wigilii najważniejszy dzień w roku, a z prawdziwej miłości uczucie, które potrafi zwalczyć każdą przeciwność losu. Rozwód, śmierć, ciężka choroba, nieszczęśliwa, niszcząca wszystkich kobieta, utrata miłości i poczucia własnej wartości - wiele wątków, wiele wydarzeń, a zarazem wielkie uczucie, które jest ponad wszystko, które nigdy się nie kończy.

Myślę, że jest to jedna z tych świątecznych historii, które w tym szczególnym, grudniowym okresie warto poznać. Nie jest przesłodzono-cukierkowa, co jest jej niewątpliwym atutem. Czytajcie! 

sobota, 3 marca 2018

O Legimi słów kilka...

Kultura jest droga. To nie tylko puste hasło, ale też szczera prawda. Kino, teatr, książki, płyty z muzyką - wszystko kosztuje i to sporo. Kiedyś (a było to naprawdę dawno temu) na jednym forum wspomniałam, że marzą mi się miejsca, w których w ramach abonamentu można bez ograniczeń słuchać muzyki, oglądać filmy czy seriale i czytać książki. Przez ostatnie kilka lat dużo się w tej kwestii zmieniło. Portale szerzące kulturę pojawiają się, rozwijają i kuszą swoją ofertą. I tym samym filmy i seriale mają swojego Netflixa (a także polskie platformy dedykowane poszczególnym stacjom), muzyka ma Spotify, a książki mają Legimi. 

Dotychczas przyglądałam się tej platformie z zaciekawieniem, ale z racji posiadania Kindle'a, a nieposiadania tabletu czy czytnika innej firmy, nie stanowiłam potencjalnej grupy odbiorców. Aż tu nagle wspaniała wiadomość - Legimi otwiera się na Kindle. Och jak cudownie! 

Dzięki uprzejmości platformy Legimi przez trzy miesiące korzystałam z jej dobrodziejstw i tym samym miałam możliwość przetestować niektóre funkcje, a także powrócić do czytania na czytniku.

Dla Kindle'a przewidziane zostały dwa abonamenty - tańszy z możliwością przeczytania 7 książek (ale tylko na czytniku Kindle, na dodatkowych 3 urządzeniach można korzystać z pełnej oferty) i droższy z możliwością przeczytania 10 pozycji (oprócz pełnej oferty na pozostałe urządzenia, można też korzystać z bazy audiobooków). Czy to dobra propozycja? Dla mnie wystarczająca. Nie jestem w stanie zrezygnować z papierowej książki, a także z życia rodzinnego i zawodowego, więc 7, a tym bardziej 10 pozycji miesięcznie wydaje mi się wręcz nieosiągalne. 

Ceny wahają się od 32,99 do 44,99 w zależności od pakietu oraz tego, czy chcemy się związać umową na 12 miesięcy, czy nie. Czy jest to dużo? Cena zbliżona do jednej, ewentualnie do dwóch książek w dużej promocji, a dostajemy tych książek znacznie więcej. Chociaż tylko wirtualnie... Jestem zbieraczem i lubię mieć egzemplarz papierowy. Chociażby po to, żeby dzielić się dobrem z innymi. Z drugiej strony moje regały nie są z gumy, a i nie wszystkie tytuły warte są ustawienia na półce. Legimi dało mi możliwość przeczytania tych pozycji, na których zakup nie zdecydowałabym się. Spróbowałam kilku nowych autorów i wiem, którzy zostaną ze mną na dłużej, a do których niekoniecznie powrócę. 

Mam problem z oceną całej platformy. Jest przejrzysta, ma przyjazny dla użytkownika interfejs, ale już katalog nie jest dla mnie intuicyjny. Książki poza podziałem na poszczególne kategorie, rozrzucone są w chmurze - bez ładu i składu. Szukając książek dla Kindle, miałam dwie opcje - albo wyszukiwać w chmurze dedykowanej dla tego czytnika, albo wpisywać w ogólną wyszukiwarkę, ale to wiązało się z tym, że w każdy tytuł musiałam wejść i sprawdzić, czy znajdę plik z odpowiednim rozszerzeniem. I to znowu miało swoje plusy i minusy. Minus to oczywiście pracochłonność, ale do plusów mogę zaliczyć wybranie kilku powieści po okładce (dosłownie!), które mnie zachwyciły. Prawdopodobnie nie zdecydowałabym się na nie, gdybym miała możliwość szukania po gatunku, a tym bardziej po autorze. 

Co udało mi się przeczytać przez te 3 miesiące? 
"Jak cię zabić, kochanie" Alek Rogoziński
"Ostatnia arystkrotka" Evžen Boček
"Do trzech razy śmierć" Alek Rogoziński

Na pewno chciałabym wrócić do powieści Magdaleny Witkiewicz, Marty Obuch i Magdaleny Knedler. Zachwyciły mnie i cieszę się, że miałam okazję przeczytać te tytuły. Obiecałam też sobie, że wyruszę na kolejne spotkanie z powieścią Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. 

Niestety nie przekonała mnie książka Evžen Boček. Nastawiłam się na turlanie ze śmiechu... i nie było turlania. Zmęczyłam. Nie będę kontynuować tej przygody. Największy problem mam z powieściami Alka Rogozińskiego. Czytało się dobrze, ale tak do końca nie czuję tych książek. Z jednej strony było na tyle nieźle, że przeczytałam dwie pozycje, a z drugiej strony nie jestem przekonana, czy chciałabym spróbować jeszcze raz. Daję sobie czas na oswojenie, nie wykluczam, że wrócę. (Może po spotkaniu autorskim?)

Słowem podsumowania: odkąd Legimi ma w swojej ofercie abonament dla Kindle'a, to ja jestem nim jak najbardziej zainteresowana. Zwłaszcza że czytnik jest świetną opcją na podróż, do czytania w nocy czy w słońcu (a lato nadchodzi)! A i oferta jest dla mnie przystępna cenowo. 




piątek, 16 lutego 2018

"Moralność pani Piontek" Magdalena Witkiewicz

Tytuł: Moralność pani Piontek
Autor: Magdalena Witkiewicz
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 296

Kocham teatr. Obok literatury odgrywa ważną rolę w moim mysim, kulturalnym świecie. Zawsze chętnie oglądam klasykę - czy to Fredrę, czy Gombrowicza, ale szczególne miejsce w moim sercu mają wszelkie komedie omyłek. Może dlatego, że pozwalają mi się szczerze pośmiać i zrelaksować. Może dlatego, że w moim świecie jest za dużo powagi.

Z radością sięgam po książki, które mogą dostarczyć mi takich wrażeń. Oczywiście w momencie sięgania, jeszcze nie wiem, czy trafią w mój gust, ale opierając się na rekomendacjach osób czytających podobną literaturę... jest duża szansa.

"Moralność pani Piontek" Magdaleny Witkiewicz, to kolejna z powieści, która znalazła się na moim czytniku przypadkiem. Dużo słyszałam o autorce, nigdy nie miałam okazji przeczytać, znalazłam w chmurze legimi i... wpadłam.  Nie tylko w całą historię, która nie wyróżnia się szczególnie spośród obyczajówek, ale styl pisania autorki to jak dla mnie mistrzostwo świata. Pokochałam go od pierwszej strony. Dodatkowo świetne postaci - pani Piontek a właściwie Gertruda Poniatowska to wspaniale przerysowana mamuśka, harpia i pirania w jednym, która uważa, że razem z nazwiskiem zyskała szyk, klasę i dostojeństwo oraz awansowała społecznie. Wszak Poniatowska to już arystokracja, czyż nie? Kawa - tylko z malutkich filiżaneczek, z odpowiednio spienionym mlekiem i ciastkiem na talerzyku. Buty - tylko szpilki, drogie lub jeszcze droższe. "Mąszeri", które na stałe wchodzi do wypowiedzi Trudzi. Wszystko musi być zaplanowane. Wszystko musi być po jej myśli. Wszyscy muszą się podporządkować. Ciężki los z taką kobietą dla domowników i uczta dla czytelnika. Ot co! Tylko czy pani Piontek naprawdę jest taka straszna? Czy odgrywa swój teatr, ponieważ zyskała świetną widownię w postaci syna i męża? I czy jest coś, co może zachwiać jej pewność siebie i sposób postrzegania świata?

I chociaż to najbardziej charakterystyczna postać, to jednak nie jest pierwszoplanowa. To jej syn, August, który wbrew woli matki postanawia się wyprowadzić, gra pierwsze skrzypce. Oczywiście nie może być tak, że wszystko układa się bez komplikacji. Wynajmuje mieszkanie... i okazuje się, że nie tylko on. Właścicielka postanawia wynająć dwóm osobom równocześnie, żeby mieć na bilet na samolot. Tylko zainteresowani nic o tym nie wiedzą. Oj wielka wynika z tego afera, ale on za żadne skarby świata nie chce wrócić do matki, a ona i tak nie ma się gdzie podziać, więc decydują się na wspólne mieszkanie. August poznaje dziewczynę, która zaczyna mącić mu w głowie. Nie ta klasa społeczna, nie ten zawód, nie ten wygląd, a jednak go do niej ciągnie. Tylko jak powiedzieć matce, że szykuje się mezalians? 

Książkę charakteryzuje kilka zabawnych zwrotów akcji, błyskotliwy humor i ten styl kreowania rzeczywistości, który tak bardzo przypadł mi do gustu. Postaci są wyjątkowe, nie tylko pani Trudzia i jej syn, ale też zahukany ojciec, który niby chce zmian, ale boi się wprowadzić je w życie, sąsiadka Augusta, która dzieli się książkami i tym samym urozmaica panu Poniatowskiemu wieczory, dzieci sąsiadów z przeciwka, które zyskują dziadka i dziadek, który zyskuje psa. A dorzucając Augusta, jego przyjaciela, jego współlokatorkę i jej przyjaciółkę, to robi się zacne grono bohaterów, których nie da się nie lubić. Naprawdę! Nawet pani Gertruda w tym całym swoim dostojeństwie jest jednostką, do której sympatia rodzi się w naturalny sposób. 

Bardzo się cieszę, że miałam okazję przeczytać tę książkę. Na pewno sięgnę po pozostałe powieści autorki. Polecam każdemu, kto lubi powieści obyczajowe pisane z przymrużeniem oka, z dużą porcją humoru w najlepszym wydaniu. 



Przeczytane dzięki Legimi.pl (Legimi na Kindle).


czwartek, 1 lutego 2018

"Wszystko wina kota!" Agnieszka Lingas-Łoniewska

Tytuł: Wszystko wina kota!
Autor: Agnieszka Lingas-Łoniewska
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 400

Lubię czytać książki nieznanych mi autorów. Ciekawi mnie ich styl, sposób przedstawiania postaci, a także to, dlaczego mają tylu wiernych czytelników. O Agnieszce Lingas-Łoniewskiej słyszałam dużo, ale po raz pierwszy miałam okazję zapoznać się z jej twórczością. Nie bez przyczyny padło na "Wszystko wina kota!". Wszak kot to zwierz, który zawsze przyciąga moją uwagę. Tak też było tym razem. Nie zgłębiłam żadnej recenzji, a nawet notki o książce - tytuł znalazłam w chmurze Legimi, wrzuciłam na półkę i rozpoczęłam czytanie.

Lidka, główna bohaterka powieści, jest pisarką, która ukrywa się pod pseudonimem Róża Mak. Ma w swoim dorobku wiele książek, właśnie ukończyła nową i jej przyjaciółka (a zarazem agentka literacka) namawia ją, żeby w końcu się ujawniła. Dziewczyna jednak dobrze się czuje z tym, że nikt nie wie, kim jest naprawdę. Ma trzy serdeczne przyjaciółki, wielu fanów, którzy kolekcjonują jej powieści i jednego, trochę uciążliwego recenzenta-blogera, który z masochistyczną przyjemnością czyta każdą jej książkę, a potem pisze nie do końca przychylną recenzję. Od dawna widać, że taka literatura mu nie leży, a i tak brnie w kolejne historie miłosne. Spokojną egzystencję Lidki burzy przystojny sąsiad Jeremi, którego początkowo podziwia z ukrycia. Poznają się dopiero dzięki zwierzakowi pisarki, który zakrada się do sypialni w mieszkaniu obok.

Relacja Lidki i Jeremiego, to zasadniczy temat powieści. Jednak autorka dużo miejsca poświęca także na życie i związki przyjaciółek dziewczyny. Karolina, Tatiana i Aneta mają pozornie poukładane życie, ale też masę problemów - zwłaszcza miłosnych. Związek z młodszym, powrót ukochanego sprzed lat, przekroczenie granicy pracownik/pracodawca, związek pełen nudy i rutyny to tylko kilka komplikacji, z którymi borykają się dziewczyny. Lidka natomiast wchodzi w wymianę maili ze swoim ulubionym blogerem. O dziwo, rozmawia im się świetnie. Chłopak (o ile to w ogóle jest chłopak!) jest inteligentny, błyskotliwy i ma świetny gust muzyczny. Chociaż każde z nich ukrywa się pod swoim pseudonimem, to ich wirtualna znajomość to coś naprawdę wyjątkowego.

Agnieszka Lingas-Łoniewska pisze nieźle! Nie mogę przyczepić się stylu, bo czytało mi się lekko i przyjemnie. Mogłabym przyczepić się treści, która momentami jest zbyt przewidywalna, zbyt infantylna. Taki lepiej skonstruowany harlequin, w którym miłość, dotyk, wszelkie emocje związane z zakochaniem się są na pierwszym miejscu. Co dziwne - bohaterowie nie są jakoś bardzo oderwani od rzeczywistości (jak to właśnie w harlequinach bywa), chociaż nie oszukujmy się - miejscami wydarzenia są mało realistyczne.

Nie jest to gatunek, którym się zaczytuję. Przekonuję się dopiero do powieści obyczajowych, ale do takich typowo romansowych wciąż podchodzę z dystansem. Książka jednak nie zmęczyła mnie, nie zniechęciła (z chęcią przeczytam kolejną powieść autorki!), chociaż bardzo żałuję, że była taka przewidywalna. Zabrakło mi elementów zaskakujących, zwrotów akcji (w romansach też się da!) i tego... tytułowego kota też było za mało!





Przeczytane dzięki Legimi.pl (Legimi na Kindle).

 

poniedziałek, 29 stycznia 2018

"Nie całkiem białe Boże Narodzenie" Magdalena Knedler

Tytuł: Nie całkiem białe Boże Narodzenie
Autor: Magdalena Knedler
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 434

W zasadzie nie wiedziałam, czego spodziewać się po tej książce. Nastawiałam się na kolejny okołoświąteczny romans, tudzież inną obyczajówkę z przesłaniem. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że czytam kryminał! Na dodatek całkiem przyzwoity. 

W trakcie lektury odczuwałam niepokój. Nie cały czas, ale w drugiej części książki na pewno. Takie uczucie, które towarzyszy mi przy czytaniu naprawdę dobrych powieści detektywistycznych. Zamknęłam nawet pewnego dnia drzwi na podwójną zasuwę i to chyba największy komplement, jakim mogę obdarzyć tę opowieść. 

Akcja rozgrywa się w małym, wiejskim pensjonacie, do którego zjeżdżają się goście na święta. Samotne osoby, które chcą zapomnieć lub przemyśleć sobie co nieco, czy rodziny, które z jakichś powodów nie chcą tego wyjątkowego czasu spędzać w domu. Kilka dni przed Wigilią jedna z urlopowiczek znajduje zwłoki mężczyzny, który utopił się w trakcie kąpieli. Nie wzbudza to wielkich podejrzeń, a przynajmniej do czasu, kiedy ta sama dziewczyna natyka się na kolejne zwłoki - tym razem w lesie. W zasadzie wykluczone zostają osoby z zewnątrz - podejrzenia padają na gości pensjonatu, właścicieli i personel. Tylko co może łączyć tych dwoje poszkodowanych - zagranicznego gościa, który kiepsko włada polskim i lokalnego kłusownika? Dlaczego oboje musieli zginąć i kto dopuścił się tego czynu?

Jeden z policjantów namawia swojego dawnego przyjaciela do spróbowania sił w nieoficjalnym śledztwie. Meldują się w pokoju pierwszej ofiary i starają się wczuć w atmosferę pensjonatu i nieoficjalnymi drogami nawiązać kontakt z pozostałymi gośćmi. Szybko zaprzyjaźniają się z Olgą, która miała niezwykłą przyjemność znaleźć obu martwych mężczyzn. Wbrew logice wprowadzają ją w tajniki śledztwa, a i ona donosi im o wszystkim, co widzi i słyszy. 

Dochodzenie jest wyjątkowo trudne, bo każdy ma coś na sumieniu - skrywa swoje tajemnice, kręci w rozmowach, wręcz kłamie. Kilka tropów i każdy fałszywy, a przy okazji goście pensjonatu dbają o to, żeby śledczy przypadkiem się nie nudzili. Wybuchają większe i mniejsze skandale, które dodatkowo mieszkają w śledztwie.

Bardzo podoba mi się konstrukcja tej książki. Troszkę jak w klasyce kryminału - u Agathy Christie! Autorka pisze lekko i konkretnie, więc powieść na żadnym etapie nie nuży, a czytelnik może razem z policjantami prowadzić dochodzenie i zgadywać, kto winny, a kto nie i jaki mógł być motyw. Nie udało mi się szybko rozwiązać tej zagadki. I to jest niewątpliwie zaleta. Zaletą są też dobrze napisane, różnorodne postaci, których życiorysy i sytuacje rodzinne komplikują i tak mocno skomplikowaną sprawę. 

Nie ma osoby, która nie kłamie lub nie ma na swoim koncie jakiejś mrocznej tajemnicy. Wśród gości znajduje się była aktorka, małżeństwo fit-wege, ojciec z synem, którzy utracili bliską osobę, polonista, pobożny mężczyzna, który w życiu popełnił zbyt duży błąd, kobieta, która nigdy nie nosi ze sobą telefonu komórkowego i Olga, która brała udział w muzycznym teleturnieju i odpadła w pierwszym lajfie. Właściciel jest człowiekiem wyjątkowo nerwowym, jeśli ktoś zbliża się do jego ciężko chorej żony, a żona okazuje się chora, ale na zupełnie inną przypadłość. Obrazek domyka sprzątaczka, pielęgniarka i kucharka, które nie wnoszą do sprawy wiele, jednak należy dokładnie słuchać, co mówią, bo ich spostrzeżenia są wyjątkowo trafne. 

I jak w takim zagęszczeniu postaci i problemów odnaleźć winnego? 

Moim zdaniem to naprawdę dobra książka, z którą warto się zapoznać - nie tylko w okolicy Bożego Narodzenia. Poza trudną sprawą przyciąga opisami pięknej, aczkolwiek psotnej zimy i trafnymi obserwacjami ludzkich zachowań i charakterów. Każdy z bohaterów rozliczany jest nie tylko ze swoich życiowych wzlotów i upadków, ale też analizowany jest pod kątem psychologicznym - co często wprowadza zarówno śledczych, jak i czytelnika w błąd. 

Polecam! 







Przeczytane dzięki Legimi.pl (Legimi na Kindle).




piątek, 5 stycznia 2018

"Metoda na wnuczkę" Marta Obuch

Tytuł: Metoda na wnuczkę
Autor: Marta Obuch
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 460
 
Bez wątpienia "Metoda na wnuczkę" Marty Obuch, to moje zaskoczenie roku 2017. Pozytywne zaskoczenie oczywiście. Zaczęłam czytać zupełnie przypadkiem - potrzebowałam czegoś lekkiego, co mogłabym zgłębiać w nocy. Nie thrillera, nie horroru i nawet nie kryminału. A najlepiej czegoś z poczuciem humoru. Wybrałam tę pozycję... i wpadłam po uszy. Czytałam na czytniku i żałowałam, że tak szybko się ta lektura skończyła (kto pisze tak krótkie książki?!), a tu okazało się, że za mną dość pokaźna 460-stronicowa opowieść. Niesamowite.

Na samym początku moją uwagę przykuło miejsce akcji. Katowice! Przystanek tuż obok mojej pracy. To takie niezwykłe uczucie, kiedy wydarzenia dzieją się w znanej okolicy, kiedy nie trzeba sobie wyobrażać ani ławki, ani przystanku, bo są tak doskonale znane - w końcu użytkowane przeze mnie od dobrych 6 lat. Miałam wrażenie, że stoję obok bohaterów i jestem nausznym świadkiem ich rozmowy.

A bohaterów, tych głównych mamy dwóch. Adam dentysta, który podczas niefortunnej rozmowy (tak, tak, właśnie na przystanku) mówi swojej towarzyszce, że jest malarzem. A z malowaniem nie ma tak naprawdę nic wspólnego. Oczywiście kłamstwo szybko się mści, bo dziewczyna chce obejrzeć pracownię, a także chce, żeby Adam namalował jej portret. Chłopak naprawdę musi się napocić, żeby prawda nie wyszła na jaw. Jednak czy to możliwe? Zwłaszcza w dobie wszechobecnego internetu?

Ewa za to ma dość nietypową taktykę na zbywanie zainteresowanych nią chłopaków. Podaje zamiast swojego - numer telefonu swojego dziadka, który potrafi skutecznie odstraszyć i zniechęcić każdego absztyfikanta. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności numer dziadka trafia w niepowołane ręce, które węszą możliwość wzbogacenia. Wychodzi z tego pomieszanie z poplątaniem, ale fakt jest taki, że ginie obraz.  I to oryginalny Malczewski! Oczywiście pierwszym podejrzanym jest Adam, któremu jednak udaje się dowieść swojej niewinności. Tylko co dalej?

Ewa sama nie wie, na jaką relację z Adamem liczy. Z jednej strony ten chłopak ją irytuje, z drugiej przyciąga. Na głowie ma też swojego brata, który planuje ślub z wyjątkowo nieodpowiednią kandydatką. I to siostra postanawia zająć się tym tematem, delikatnie odsunąć tę złą kobietę, a podsunąć swoją koleżankę. I w tym wątku też się sporo dzieje.

W powieści Marty Obuch mamy troszkę kryminału w tle, sporo obyczajówki na pierwszym planie i miłość, wspaniałe uczucie, które wybucha  na ulicy Sokolskiej w Katowicach, a przechodzi liczne wzloty i upadki w trakcie trwania lektury.

Ewa jest dziewczyną zadziorną, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Wielkiego artystę malarza rozgryza szybko, jednak postanawia dołączyć się do jego gry. Nie spodziewa się jednak, że on naprawdę zrobi wszystko, żeby jej zaimponować. Adam to fantastyczny facet, który na początku mija się z prawdą, ale w każdym, nawet najbardziej szalonym pomyśle wspiera Ewę i pilnuje, żeby nie stała się jej krzywda.

Bardzo pozytywnymi postaciami są dziadkowie Ewy, którym nie brak energii na dogryzanie i wykańczanie się wzajemnie. Babcia, korzystając z zamieszania związanego z kradzieżą, postanawia pozbyć się starej i okropnie ciężkiej maszyny z mieszkania dziadka, a dziadek postanawia zagrać babci na nosie i rozpoczyna dietę. A także włącza w swoje życie sport. W końcu tylko tak może zrobić na babci wrażenie.

Świetna lektura - naprawdę lekka i niewymagająca, a przede wszystkim zabawna! Stylowo i humorystycznie, to jest właśnie to, co lubię najbardziej. Autorka zgrabnie prowadzi akcję, a napięcie, które buduje między bohaterami, można poczuć na własnej skórze.

"Sztuka to było coś, na czym Adam się kompletnie nie znał, ale kiedy już wszystkie płótna trafiły na strych, z ciekawości zdarł z jednego folię i...
- Co to jest? - Usiłował zrozumieć, na co patrzy.
W plątaninie powyginanych rąk, powykręcanych łokci i stóp znajdowało się coś. Z ostrzem i rączką, całe czarne, jeśli nie liczyć małego akcentu zieleni. Czyżby golarka Wilkinson? Leżała na wyciągniętej do oglądającego dłoni, zresztą odrąbanej, na której namalowano rzędy cyfr. Nie, nie namalowano. Zapisano. Każda uwieczniona ręka i noga miała na sobie numer, jak w Oświęcimiu.
-  Nadzieja. - Thomas dał na luz i zaparkował obok, wyprężając klatkę. - My, jako cywilizacyjne mięso, niby zlepek danych, zestawieni z symbolem tak zwanego postępu. Symbolem tej, no...
- Higieny? - Adam w jednej chwili zwątpił w swoją artystyczną misję".

 Warto!




Przeczytane dzięki Legimi.pl (Legimi na Kindle).