Wypatrzyłam tę pozycję na półce bibliotecznej i stwierdziłam: czemu nie? Dorosła jestem, a dobrze napisane opowiadania erotyczne mogą być naprawdę ciekawym doświadczeniem.Okładka zachęciła, tytuł zachęcił. Jednym słowem szybko zdecydowałam, że chcę przeczytać tę książkę.
Tak samo szybko przekonałam się, że pod pojęciem 'bezwstydnie szczere' rozumiem zupełnie coś innego niż autorki opowiadań z tego zbioru. Myślałam, że będą to zwierzenia, opisy ważnych i wyjątkowo erotycznych momentów, a tu bezwstydność ograniczała się jedynie do wulgarnych i prostackich opisów współżycia, które w zależności od opowieści przybierało inną formę. Na dodatek okazało się, że względne jest też pojęcie 'znane pisarki'. Nie słyszałam o żadnej z nich.
Książka jest koszmarnie przetłumaczona. Tak jakby całkowicie ominęła ją korekta, a tłumacz na chwilę zapomniał, jak buduje się zdania w naszym języku. Literówki, zdania nielogiczne, styl toporny i irytujący. Chwilami traciłam wątek, gubiłam sens i to nie dlatego, że czytałam nieuważnie. Oj, kiepsko, zdecydowanie ktoś nie przyłożył się do porządnego opracowania tej pozycji.
Problem mam też z charakterystyką treści tegoż dzieła. Faktycznie było erotycznie, ale w bardzo niesmaczny sposób. Nie mam nic przeciwko bezpośredniości i nazywaniu rzeczy po imieniu, nie wymagam określeń pięknych i górnolotnych, ale zabrakło mi w tym wszystkim wyczucia. Można napisać scenę erotyczną tak, że człowiekowi robi się gorąco, a wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach niczym mała lokomotywa. Można też spłycić ją do granic możliwości. W książce dużo scen zostało spłyconych, trącały opisami rodem z porno-gazet, a ja nastawiłam się na kawałek dobrej! erotycznej literatury. Niestety tego nie znalazłam.
Znalazłam za to różnorodność sytuacji i mnogość postaci. Uświadomiłam sobie, że 'w łóżku z...' może się znaleźć każdy niezależnie od wieku, orientacji, koloru skóry, wykształcenia, zajmowanej pozycji społecznej i upodobań. Takie same potrzeby ma młoda dziewczyna, jak i 65-letnia pani i tak naprawdę żadne fantazje nie są dziwne, żadne marzenia nie są niezwykłe, a to, co sprawia przyjemność, pobudza, podnieca, odpręża i rozładowuje napięcie, jest potrzebne. I każdemu potrzebne jest coś innego, jednemu w tematyce erotycznej wystarczy absolutne minimum, inny fantazjuje skrycie o lataniu ponad ziemią. Nie ma tematów i potrzeb mniej lub bardziej wstydliwych, wszystko, co człowieka uszczęśliwia, jest naturalne i tak powinno być traktowane - z prostotą, z szczerością (byle ze smakiem!).
Książka miała ogromny potencjał, jednak nie uważam, że został wykorzystany. Zmęczyłam z umiarkowanym zainteresowaniem, chociaż nie zaprzeczam, że w kilku momentach bawiłam się wybornie - troszkę za sprawą akcji, trochę za sprawą oryginalnego języka autorek (tudzież nieudolnej pracy tłumacza). Najbardziej urzekł mnie pan w szesnastowiecznym stroju, który machał swoją nagą... szpadą i oznajmił wybrance swego serca, że nie zawiedzie i zaspokoi jej chuć. Kilka stron dalej jedna pani radośnie sapała, czym wprawiła mnie w tak samo radosny nastrój. Inna miała skórę gładką, jak lody waniliowe, a jeszcze inna nie odpowiedziała, tylko podała (jakiemuś jemu) swoje usta (na tacy?). Literackie kwiatki tego pokroju ubarwiły mi czytanie i dzięki temu nie będę wspominać całości jedynie źle. Nie mogę polecić tej książki, raczej radziłabym się trzymać od niej z daleka.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
środa, 1 lipca 2015
"Księga imion" Jill Gregory, Karen Tintori
Z okładki dowiedziałam się, że ta książka, to kabalistyczny thriller, który wciąga jak najlepszy film akcji. Postanowiłam przekonać się na własnej skórze, czy faktycznie jest tak dobrze, jak zapewnia Andrzej Chyra.
Początek był trudny. Mogę śmiało powiedzieć, że bardzo trudny. Przede wszystkim nadmiar bohaterów, urywane wątki i przeciętny styl pisania sprawiły, że męczyłam kartka po kartce i było mi z tym źle. Miałam ochotę odłożyć na półkę. Dopiero w połowie zorientowałam się, że czyta się coraz lepiej, całość wciąga i nie mogę doczekać się zakończenia.
W każdym pokoleniu żyje 36 sprawiedliwych, od których zależą losy świata. Są to zwyczajni, niepozorni mieszkańcy różnych kontynentów, którzy nie zdają sobie sprawy z tego kim są i w jakim stopniu zagrażają im gnozyci - sekta, która chce zniszczyć świat poprzez wyeliminowanie wybrańców zwanych lamed wownikami. Wszystkie nazwiska sprawiedliwych zapisane zostały przez biblijnego Adama w księdze imion. Gnozyci rozszyfrowali, kto należy do tego zacnego grona i zabijają po kolei, w końcu zostają tylko 3 osoby. Czy uda się ich ocalić?
W książce poznajemy doktora Davida Sheperda, który w dzieciństwie przeżył poważny wypadek. Od tamtej pory cierpi na powracający ból głowy, któremu towarzyszy objawienie jakiegoś nazwiska. Ma spis takich nazwisk, ale nigdy nie zastanawiał się, dlaczego musi je notować i kim są ci ludzie. Nagle okazuje się, że to wszystko ma znaczenie, że może uratować świat, a przede wszystkim ocalić jedno z najważniejszych dla niego istnień - pasierbicę Stacy, która jest jednym z lamed wowników. Akcja książki rozpędza się, z każdą stroną robi się ciekawiej, ale w pewnym momencie odniosłam wrażenie, że autorki zanadto poniosła wyobraźnia. Tematyka niby interesująca, łącząca magię z jednym z wierzeń żydowskich, ale chwilami przypomina kiepskie kino w akcji, w którym dzieje się za dużo i za szybko. Na uwagę zasługuje dobrze napisana postać kobieca - Jael, która pomaga Davidowi i doprowadza go do tych, którzy wiedzą jak pomóc. Tylko czy w obliczu zbliżającego się końca świata można komuś zaufać i mieć pewność, kto jest wrogiem, a kto jest przyjacielem?
Na pewno nie jest to ani książka zachwycająca, ani taka, która na długo zapada w pamięć. Przeczytać można, jeśli ktoś wytrwały, to zapewne dobrnie do końca, ale są pozycje bardziej wartościowe, ciekawsze, lepiej napisane stylistycznie. Chociaż w przypadku tego, co mi nie leżało w tekście nie wiem, czy to wina treści i tego, jak napisały tę powieść autorki, czy wina tłumacza. W każdym razie coś nie gra, przez co czyta się dłużej i oporniej.
Początek był trudny. Mogę śmiało powiedzieć, że bardzo trudny. Przede wszystkim nadmiar bohaterów, urywane wątki i przeciętny styl pisania sprawiły, że męczyłam kartka po kartce i było mi z tym źle. Miałam ochotę odłożyć na półkę. Dopiero w połowie zorientowałam się, że czyta się coraz lepiej, całość wciąga i nie mogę doczekać się zakończenia.
W każdym pokoleniu żyje 36 sprawiedliwych, od których zależą losy świata. Są to zwyczajni, niepozorni mieszkańcy różnych kontynentów, którzy nie zdają sobie sprawy z tego kim są i w jakim stopniu zagrażają im gnozyci - sekta, która chce zniszczyć świat poprzez wyeliminowanie wybrańców zwanych lamed wownikami. Wszystkie nazwiska sprawiedliwych zapisane zostały przez biblijnego Adama w księdze imion. Gnozyci rozszyfrowali, kto należy do tego zacnego grona i zabijają po kolei, w końcu zostają tylko 3 osoby. Czy uda się ich ocalić?
W książce poznajemy doktora Davida Sheperda, który w dzieciństwie przeżył poważny wypadek. Od tamtej pory cierpi na powracający ból głowy, któremu towarzyszy objawienie jakiegoś nazwiska. Ma spis takich nazwisk, ale nigdy nie zastanawiał się, dlaczego musi je notować i kim są ci ludzie. Nagle okazuje się, że to wszystko ma znaczenie, że może uratować świat, a przede wszystkim ocalić jedno z najważniejszych dla niego istnień - pasierbicę Stacy, która jest jednym z lamed wowników. Akcja książki rozpędza się, z każdą stroną robi się ciekawiej, ale w pewnym momencie odniosłam wrażenie, że autorki zanadto poniosła wyobraźnia. Tematyka niby interesująca, łącząca magię z jednym z wierzeń żydowskich, ale chwilami przypomina kiepskie kino w akcji, w którym dzieje się za dużo i za szybko. Na uwagę zasługuje dobrze napisana postać kobieca - Jael, która pomaga Davidowi i doprowadza go do tych, którzy wiedzą jak pomóc. Tylko czy w obliczu zbliżającego się końca świata można komuś zaufać i mieć pewność, kto jest wrogiem, a kto jest przyjacielem?
Na pewno nie jest to ani książka zachwycająca, ani taka, która na długo zapada w pamięć. Przeczytać można, jeśli ktoś wytrwały, to zapewne dobrnie do końca, ale są pozycje bardziej wartościowe, ciekawsze, lepiej napisane stylistycznie. Chociaż w przypadku tego, co mi nie leżało w tekście nie wiem, czy to wina treści i tego, jak napisały tę powieść autorki, czy wina tłumacza. W każdym razie coś nie gra, przez co czyta się dłużej i oporniej.
środa, 22 kwietnia 2015
"Polichromia" Joanna Jodełka
"Polichromia" to debiutancka powieść Joanny Jodełki, za którą autorka
dostała Nagrodę Wielkiego Kalibru dla najlepszej polskiej powieści sensacyjnej w 2009 roku. Do jej przeczytania zachęcił mnie
opis z okładki. Lubię poznawać nowych autorów, więc i tym razem dałam
szansę.
Głównym bohaterem powieści jest Maciej Bartol, komisarz poznańskiej policji ze skomplikowanym życiem osobistym. Ostatnio mam szczęście do tego typu postaci, jak na złość w sumie, bo życie prywatne policjantów w powieściach kryminalnych tak na prawdę ni mnie parzy, ni ziębi. Zdecydowanie wolę skoncentrowanie na sprawie, śledztwie, podejrzanych niż rozważania o nieszczęśliwych miłościach, użalania nad sobą czy opisy kłopotów z matką, babcią i córką. W przypadku "Polichromii" jestem rozbita - z jednej strony i tu było o życiu Macieja zdecydowanie za dużo, a z drugiej strony, gdyby nie było, to zostałaby pominięta jedna z najlepszych postaci, czyli jego matka Daniela. I to też nie znaczy, że w książce została zaniedbana sprawa kryminalna. Było morderstwo, a nawet dwa i było śledztwo, które prowadziło do wielu pozornie niezwiązanych ze sobą osób. Obie ofiary połączyły za to znalezione przy nich sentencje łacińskie i to, że ich ciała ułożone były w dziwnych, teatralnych wręcz pozach. W rozwiązanie sprawy Maciej zaangażował znajomą matki - Magdę - tłumaczkę, znawczynię łaciny, symboliki i sztuki, która wyszukiwała powiązania między ofiarami i próbowała znaleźć znaczenie szczegółów, które pozornie były mało istotne.
Książka nie porwała mnie od pierwszej strony. Przez początek brnęłam bez większego zaangażowania. Dopiero II i III część podobały mi się naprawdę i przekonały mnie, że warto było poświęcić czas na tę lekturę. Dużym plusem książki są nawiązania do starożytnej kultury, filologii klasycznej i sztuki - ze szczególnym uwzględnieniem tytułowej polichromii. Autorka stosuje niecodzienne zabiegi przedstawiania swoich postaci, akcję prowadzi dość leniwie i wplata sporo niepotrzebnych rzeczy, a zarazem w przyzwoity sposób buduje napięcie przy rozwiązywaniu sprawy i zgrabnie łączy wprowadzane postaci i ich historie w całość. Myślę, że niektórych książka może znudzić, innych z pewnością zachwyci. Planuję zapoznać się z pozostałymi pozycjami autorki.
Głównym bohaterem powieści jest Maciej Bartol, komisarz poznańskiej policji ze skomplikowanym życiem osobistym. Ostatnio mam szczęście do tego typu postaci, jak na złość w sumie, bo życie prywatne policjantów w powieściach kryminalnych tak na prawdę ni mnie parzy, ni ziębi. Zdecydowanie wolę skoncentrowanie na sprawie, śledztwie, podejrzanych niż rozważania o nieszczęśliwych miłościach, użalania nad sobą czy opisy kłopotów z matką, babcią i córką. W przypadku "Polichromii" jestem rozbita - z jednej strony i tu było o życiu Macieja zdecydowanie za dużo, a z drugiej strony, gdyby nie było, to zostałaby pominięta jedna z najlepszych postaci, czyli jego matka Daniela. I to też nie znaczy, że w książce została zaniedbana sprawa kryminalna. Było morderstwo, a nawet dwa i było śledztwo, które prowadziło do wielu pozornie niezwiązanych ze sobą osób. Obie ofiary połączyły za to znalezione przy nich sentencje łacińskie i to, że ich ciała ułożone były w dziwnych, teatralnych wręcz pozach. W rozwiązanie sprawy Maciej zaangażował znajomą matki - Magdę - tłumaczkę, znawczynię łaciny, symboliki i sztuki, która wyszukiwała powiązania między ofiarami i próbowała znaleźć znaczenie szczegółów, które pozornie były mało istotne.
Książka nie porwała mnie od pierwszej strony. Przez początek brnęłam bez większego zaangażowania. Dopiero II i III część podobały mi się naprawdę i przekonały mnie, że warto było poświęcić czas na tę lekturę. Dużym plusem książki są nawiązania do starożytnej kultury, filologii klasycznej i sztuki - ze szczególnym uwzględnieniem tytułowej polichromii. Autorka stosuje niecodzienne zabiegi przedstawiania swoich postaci, akcję prowadzi dość leniwie i wplata sporo niepotrzebnych rzeczy, a zarazem w przyzwoity sposób buduje napięcie przy rozwiązywaniu sprawy i zgrabnie łączy wprowadzane postaci i ich historie w całość. Myślę, że niektórych książka może znudzić, innych z pewnością zachwyci. Planuję zapoznać się z pozostałymi pozycjami autorki.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)