poniedziałek, 23 kwietnia 2018

"Doktor kolor" Marek Borowiński

Tytuł: Doktor kolor
Autor: Marek Borowiński
Wydawnictwo: Edipresse
Liczba stron: 256

Kolory odgrywają bardzo ważną rolę w życiu człowieka - większą niż możemy sobie wyobrazić. Każdy z nas mniej lub bardziej świadomie wybiera te kolory, z którymi czuje się najlepiej, które mu się dobrze kojarzą i które pasują do jego charakteru. Z kolei unika tych, które go drażnią i powodują uczucie dyskomfortu.

Poszczególne barwy oddziałują na nasz system nerwowy i emocjonalny. Pobudzają lub wyciszają, ułatwiają skupienie i wspomagają myślenie. Trzy podstawowe kolory to żółty, czerwony i niebieski. Każdy z nich wyzwala w człowieku inne emocje. Żółty prowokuje czynności takie jak czytanie, pisanie, mówienie, myślenie analityczne. Czerwony powoduje przyspieszone bicie serca, podnosi ciśnienie, a nawet sprawia, że wzrasta temperatura naszego ciała. Niebieski jest kolorem chłodnym, ułatwia zasypianie, wycisza. Może także obniżyć gorączkę!

Mózg lubi kolory, które przechodzą harmonijnie w następującej kolejności: żółty, pomarańczowy, czerwony, fioletowy, niebieski i zielony.

Barwy są ważne w każdym aspekcie naszego życia. Mieszkanie musi być urządzone tak, żeby mieszkańcy dobrze się w nim czuli. Ściany nie mogą przytłaczać, a jeśli pomieszczenie ma służyć do wypoczynku, nie powinny też pobudzać. Inaczej malujemy pokój dziecięcy, pokój nastolatka i sypialnię - właściwe dopasowanie to połowa sukcesu. Reszta to dobrze dobrane meble i dodatki. Te ostatnie są niezwykle ważne, zwłaszcza jeśli pokój jest zbyt surowy lub mało przytulny.

Książka Doktor kolor Marka Borowińskiego wprowadza nas w świat barw, które otaczają nas na każdym kroku. Nie tylko możemy przeczytać, o czym świadczy nasza sympatia do różu, ale też możemy się dowiedzieć, jak przy pomocy barw manipulują nami w sklepach czy w internecie. To nieprawdopodobne, jak działa na nas siła przyzwyczajenia - czerwony napis na żółtym tle kojarzy się z promocjami, a zielone oznaczenia z produktami bio. Oczywiście w sprzedaży jest to nagminnie wykorzystywane.

Równie ważna, jak kolor mebli czy ubrań, jest dla nas barwa... jedzenia! Tak! Poszczególne grupy warzyw i owoców można podzielić kolorystycznie i okazuje się, że owoce w tych samych barwach mają ze sobą wiele wspólnego. Zielone - zawierają sporą ilość kwasu foliowego, a także witaminy A, C i E. Żółte i pomarańczowe owoce i warzywa bogate są  w beta-karoten. A białe to naturalne antybiotyki - mają działanie przeciwwirusowe, dlatego czosnek, cebulę, por czy chrzan zawsze warto uwzględnić w diecie.

Książka doktora Marka Borowińskiego to skarbnica wiedzy i ciekawostek. Tematyka przedstawiona w ciekawy sposób, prostym językiem. Autor zaciekawia czytelnika, a piękne zdjęcia i oprawa graficzna dodatkowo przyciągają uwagę. Z lektury można dowiedzieć się wiele o sobie, a także uzyskać ciekawe wskazówki dotyczące wyposażenia domu, wystroju stołu na przeróżne okazje, a nawet jakie kwiaty wypada, a jakich nie wypada i dlaczego żółte są kontrowersyjne.

Dużo interesującej treści, a wszystko kręci się dookoła koloru! Polecam każdemu, kto lubi lekkie książki, poradniki, ciekawostki.



Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Edipresse.



sobota, 21 kwietnia 2018

ŚBK: Nasze muzyczne inspiracje

Niedawno w cyklu postów Śląskich Blogerów Książkowych pisałam o swoich pasjach - głównie o muzyce. Ostatnio byłam na koncercie, który był tak niezwykle cudowny, że doładował moje akumulatory. Na długo. 

Katarzyna Groniec i Magda Umer - dwie najważniejsze postaci mojego muzycznego świata. Nie ma nikogo wyżej, nikt nie zagraża ich pozycji. Nie mogę wskazać, która bardziej, bo to zupełnie inne głosy, inne emocje, inne wspomnienia. Jednak wiem jedno - plączą się po głośnikach i po zakamarkach mojej duszy i sprawiają, że rzeczywistość staje się lepsza. Cieplejsza. Spokojniejsza.

Katarzyna Groniec w marcu wydała nową płytę Ach!. Płytę, na którą czekałam z lekkim niepokojem - bo ZOO długo gościło na scenie i w moim domu też. Doczekało się DVD, które przewałkowałam wiele razy. Niezwykły koncert, bo z tekstami Osieckiej, a interpretacjami tak cudownymi, że trudno było sobie wyobrazić, że kolejna płyta też mnie zachwyci.

Zachwyciła! Zachwyciła mnie płyta i zachwycił mnie koncert w Teatrze Rozrywki. Historia, którą Artystka opowiedziała na scenie, porwała mnie bezgranicznie. Cudowne aranżacje, gra światłem i cieniem, taniec, instrumenty i ten wspaniały głos, który przenosi w inny wymiar i sprawia, że koncert nie jest tylko koncertem, a przeżyciem niezwykłym i niezapomnianym. Nowe piosenki są wspaniałe. Jednak nie tylko one odegrały ważną rolę w tym wydarzeniu. Niewinna z płyty Pin-up Princess, Przetańczyłam już wszystko z płyty Wiszące ogrody już się przeżyły czy Ona jest z debiutanckiego krążka Mężczyźni stanowiły wspaniały powrót do przeszłości i do emocji, które towarzyszyły mi na wcześniejszych koncertach. Przyznaję się do winy (również z płyty Mężczyźni) przypomniało wspaniałą postać Grzegorza Ciechowskiego. Wszystkie piosenki ułożyły się w jedną historię - smutną, ale z potencjalnie pozytywnym zakończeniem.



Nie potrafię wytłumaczyć tego, co ta Artystka ze mną robi. Wyzwala takie pokłady emocji - zarówno tych, które rozbijają na kawałki, jak i tych, co uwalniają ogromną ilość endorfin. Przyspieszone bicie serca i totalne wyłączenie z rzeczywistości - tak, to ja na koncertach, tak, to ja podczas samotnego przesłuchiwania płyty.

Cieszę się, że ten koncert jest tak wspaniałym widowiskiem. Zawsze zadziwiało mnie, jak przy totalnym minimalizmie (sławna czarna kostka na scenie!) można zrobić tak wiele! Wokalistka, zespół, stonowane animacje na telebimie, delikatne światło, kilka rekwizytów, sukienka z ptaszkami. Nie trzeba nic więcej, żeby stworzyć spektakl z prawdziwego zdarzenia, który oczaruje widza, dosłownie OCZARUJE!

Nie wiem, który to mój koncert. Próbowałam policzyć, wyszło mi, że siódmy. Może tak, może było ich więcej. Na pewno każdy to było tak samo niezwykłe doświadczenie, na pewno nie po raz ostatni zasiadłam na widowni i na pewno kocham tę muzykę jeszcze bardziej. Tym razem nie jestem na żadnym życiowym zakręcie, więc też na spokojniej odebrałam nową płytę. Od kilku dni powracam jednak do całości twórczości, biegam po najcudowniejszych utworach, wspominam te chwile, w których były najważniejsze. Typowa reakcja pokoncertowa. Tak już mam - w tym moim świecie, w którym mocno stąpam po ziemi, potrzebuję takich właśnie wydarzeń kulturalnych, które dostarczają siły na kolejne dni, tygodnie i miesiące. Przynajmniej do kolejnego koncertu.



O muzycznych inspiracjach pozostałych Śląskich Blogerów Książkowych można poczytać tutaj:
ŚBK 

wtorek, 10 kwietnia 2018

"Na dnie duszy" Anna Sakowicz

Tytuł: Na dnie duszy
Autor: Anna Sakowicz
Wydawnictwo: Edipresse
Liczba stron: 350

Czekałam na tę książkę. Lubię pióro Anny Sakowicz, lubię (tak, teraz już wiem, że lubię) dobrą powieść obyczajową, a ten tytuł wzięłam za pewniak. Czułam, że będzie dobrze i to nie będzie stracony czas.

"Na dnie duszy" to powieść o trzech kobietach z trzech różnych pokoleń, które próbują normalnie żyć - chociaż każda z nich ma inne problemy, inne wspomnienia i inną sytuację rodzinną. Rozalia, jej córka Donata, a także wnuczka Inga - łączą je więzy krwi, a także rozpaczliwa potrzeba uwolnienia się od przeszłości i nauczenia się niezależności.

Rozalia, seniorka rodu wywodzi się z patriarchalnej rodziny, obciążonej traumatycznym wydarzeniem, w którym została skrzywdzona jedna z sióstr. Marzy o tym, żeby iść do zakonu i oddać się Bogu, jednak ojciec ma dla niej kandydata na męża. Wydaje ją za łotra złodzieja, którego dziewczyna nie kocha. A w zasadzie z dnia na dzień bardziej nienawidzi. Brzemienna odchodzi od męża i próbuje udźwignąć rzeczywistość, która dla niej - samotnej matki z małym dzieckiem jest niezwykle trudna. Po latach niejako zza grobu, zostawia dla swoich bliskich testament, którym zmusza ich (a zwłaszcza swoją wnuczkę, której zapisuje pamiętnik) do zastanowienia się na wartością, jaką jest rodzina. Opisuje swoje życie - częściowo po to, żeby się wyspowiadać, a częściowo po to, żeby przeprosić i wytłumaczyć, że nie wszystko, co złe było wyłącznie jej winą.

Donata, córka Rozalii jest niezwykłą dziewczynką, która tęskni za prawdziwą rodziną. Chciałaby mieć tatę, chciałaby mieć matkę, która potrafi kochać i okazywać czułość, miłość i delikatność. Niestety jej rodzicielka nie jest taką osobą, a i na ojca nie może liczyć. Rodzina matki ją przeraża, a jedyne bliskie osoby odnajduje w sąsiednim mieszkaniu. Dwie kobiety, które okazjonalnie zajmują się dziewczynką, okazują jej szereg uczuć, których nie zna z domu. Częstują czekoladą, dają piękny prezent i sprawiają, że małe serduszko chociaż przez chwilę jest szczęśliwe. Takie dzieciństwo odbija się w dorosłym życiu Donaty. Nie potrafi do końca poukładać swoich relacji rodzinnych ani z matką, ani z mężem, ani ze swoimi dziećmi. Cierpi na nerwicę natręctw, która utrudnia jej życie. Jest nieszczęśliwą i zagubioną kobietą, która daje się zmanipulować synowi.

Inga próbuje nie popełniać błędów swojej mamy i babci. Ma cudownego męża i córkę, wiodą pozornie szczęśliwe życie. Jednak z okazji braku asertywności, ciągle daje się wciągnąć w rodzinne historie, które zupełnie nie są jej na rękę, a także wywierają zły wpływ na relację z najbliższymi. To właśnie ona otrzymuje od babci pamiętniki, to właśnie ona musi zmierzyć się z trudną historią, która ukształtowała całą jej rodzinę, a także wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Starsza pani przed śmiercią wymyśla intrygę. Wygląda to trochę tak, jakby chciała zabawić się kosztem swojej rodziny. Chociaż tak naprawdę cała ta sytuacja ma głębszy sens i przesłanie, to początki dla wszystkich są trudne. Inga z bratem kłócą się, matka dostaje ataków swojej nerwicy, a pozostałe osoby albo zbyt mocno wtrącają się w zaistniałą sytuację, albo ją lekceważą.

Już dawno żadna książka nie wywarła na mnie takie wrażenia. Przede wszystkim starałam się z całych sił znielubić Rozalię, bo to całe zło, które wyrządzała - zwłaszcza córce, było dla mnie nie do przyjęcia. Tylko nie udało mi się, bo odniosłam wrażenie, że to jej wyrządzono największą krzywdę. Przede wszystkim ten straszny dzień, w którym była naocznym świadkiem bólu, jaki zadano jej siostrze. Te chwile, kiedy myślała, że to koniec, że najbliższa jej osoba umrze, kiedy musiała oglądać sytuację, która nie miała prawa się wydarzyć. No i oczywiście wydanie za mąż wbrew woli, oddanie mężczyźnie, do którego Rozalia czuła wstręt i którego nienawidziła z całych sił. Ona nie żyła w czasach, w których skrzywdzoną kobietę otaczano opieką terapeutów. Mogła co najwyżej słuchać o tym, że ma bękarta - na dodatek podobnego do ojca. Wiem, że każda matka kocha swoje dziecko, ale wydaje mi się, że w tym wypadku za dużo było nienawiści, która przyćmiła te dobre uczucia.

To trudna książka, trudna emocjonalnie. I chociaż pozornie wydaje się być historią jakich wiele, to niektóre wspomnienia, reakcje, wyznania wywołują taki wewnętrzny niepokój i zagubienie w czytelniku. Ciężko przejść obojętnie obok dziewczynki, która rozpaczliwie domaga się uwagi od mamy i prosi ją o najmniejszy czuły gest, ani obok tej, której dzieciństwo bezpowrotnie się skończyło, bo ktoś miał taki kaprys. Ciężko zdrowemu człowiekowi zrozumieć, czym jest nerwica natręctw i jakie spustoszenie potrafi spowodować w psychice chorego. A przede wszystkim ciężko pogodzić się z utraconym czasem i z błędami, które tak ciężko naprawić, a także ze słowami, których nie da się cofnąć.

O czym jest ta książka? O rozliczeniu się z przeszłością i zaakceptowaniu jej skutków, a także o tym, jak dzieciństwo wpływa na życie dorosłej jednostki i na to, jakie relacje wprowadzi w swojej rodzinie. Wydaje mi się, że kobiety z tej powieści są wystarczająco silne, żeby unieść swój krzyż, chociażby odbywało się to kosztem innych. Ich pozorna obojętność to tylko maska, dzięki której są w stanie uporać się ze swoim życiem i przeznaczeniem.

To jedna z tych pozycji, do których się wraca i które się odkrywa co jakiś czas na nowo. Zdecydowanie warto przeczytać i poznać tę opowieść pełną smutku i głęboko zakopanego bólu, z którymi bohaterowie muszą rozliczyć się po śmierci seniorki rodu. Polecam!


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Edipresse.


środa, 28 marca 2018

"Cień przeszłości" Grzegorz Gołębiowski

Tytuł: Cień przeszłości
Autor: Grzegorz Gołębiowski
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 270

"Cień przeszłości" Grzegorza Gołębiowskiego, to jedna z tych książek, o których nie wiem, co napisać. Z jednej strony lubię dawać szansę debiutantom i zawsze patrzę na ich twórczość łaskawym okiem. Wszak warsztat też trzeba sobie wypracować. Z drugiej strony miało być tajemniczo i niezwykle, a nie było.

Adam, ambitny genealog spotyka w archiwum starszego pana, który prosi go o pomoc w rozszyfrowaniu napisu na dokumencie. Mężczyzna zostawia swoją walizkę, a po wyjściu słabnie i zabiera go karetka. W dokumentach tego obcego człowieka, które Adam zabiera ze sobą, znajduje się pendrive z zaszyfrowaną zawartością. Zaintrygowany genealog prosi o pomoc swoją koleżankę Annę, zapaloną panią informatyk, która zgadza się wziąć udział w tym dziwnym przedsięwzięciu. Nie wie jeszcze, że przyjdzie jej łamać prawo, a cała sytuacja narazi ją na wielkie niebezpieczeństwo. Oboje postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce i przeprowadzają prywatne śledztwo. Zbliżają się do siebie i ich koleżeńska relacja zmienia się w zupełnie inną zażyłość.

Książka ma potencjał. Naprawdę! Jednak... przede wszystkim jest w niej za dużo opisów. Opisy czynności codziennych, opisy przedmiotów, opisy kolejnych kroków podczas informatycznych działań Anny. I te ostatnie wydały mi się najbardziej irytujące. Może dlatego, że zupełnie nie pasowały do tekstu powieści. Myślę, że osoby niezwiązane z informatyką zupełnie ich nie docenią, a także zupełnie ich nie zrozumieją.

"Uruchomiła kupiony już jakiś czas temu program Passware Kit Forensic, który idealnie nadawał się do jej zadania. Wybrała polecenie Full disc encryption z ekranu głównego, a następnie opcję BitLocker. Kolejnym krokiem było wskazanie zapisanego dysku, który ma zostać odkodowany".

Brzmi trochę jak fragment mojego podręcznika ze studiów.

Adam jest osobą mocno oderwaną od rzeczywistości. Skupiony na badaniu dziejów, nie rozumie, do czego może doprowadzić jego lekkomyślność. Naraża siebie i Annę na niebezpieczeństwo, ryzykuje w sposób zupełnie nieodpowiedzialny. Ciężko polubić tego bohatera, ale w przeciwieństwie do niego pani informatyk jest wspaniałą, ciepłą osobą, która bezinteresownie pomaga swojemu koledze, a nawet pod wpływem jego uroku osobistego nagina prawo. I to ona wykazuje się zdrowym rozsądkiem, wysyłając Adama na policję.

Nie mam wątpliwość, że autor zrobił porządny research, że przygotował się do pisania i, że miał dobry pomysł na treść. Tylko zabrakło warsztatu oraz momentów, które wbijają w fotel i sprawiają, że nie można się oderwać. 

Nie jest to książka, którą mogę polecić. Nie czytało mi się źle, ale też akcja nie porwała mnie na tyle, żeby z czystym sumieniem zaproponować ją znajomym. Zbyt obszerne opisy sprawiły, że powieść dłużyła mi się i nie trzymała mnie w napięciu.






Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Novae Res.


środa, 21 marca 2018

Nie samymi książkami ŚBeK żyje, czyli o naszych pasjach

Trudno rozwijać swoje pasje, kiedy dookoła tyle się dzieje. A to dziecko choruje, ewentualnie dwójka równocześnie, a to te wszystkie zajęcia dodatkowe trzeba obskoczyć, wszak córka sama sobie nie poradzi, a angielski i karate to jej hobby. Jako matka muszę wspierać, bo jak inaczej? Praca, dom, prasowanie, pranie i gdzieś ten czas się skurczył. Ostatkiem sił staram się jednak trzymać tych moich małych przyjemności. I oddawać się pasjom - większym i mniejszym. To dla mnie ważne, to jest mi potrzebne do życie - tak jak tlen do oddychania.

Książki. Jednak "nie samymi książkami" jest w temacie posta. Dlatego pomijam tym razem literaturę, chociaż to ona zajmuje tak ważne miejsce w moim życiu.

Muzyka. Z tą muzyką to jest tak trochę terapeutycznie. Oczyszcza, wzmacnia i ogarnia moje emocje. Ciężko w to uwierzyć, ale właśnie tak jest. Nie może to być przypadkowa muzyka - oczywiście mam wielu wokalistów, których lubię, dużo piosenek, coverów, których słucham, ale znaczna ich część, to po prostu przyjemne dla ucha kawałki. Terapeutycznie działa tylko kilku Artystów, bez których ciężko byłoby pokonać te wszystkie gorsze chwile.

Kto?

Katarzyna Groniec. Od 15 lat. Nie, nawet dłużej. Weszła w moje życie z płytą "Poste restante" i została. Pojechałam dla niej do stolicy, bo tam w Teatrze Polonia występowała w musicalu "Bagdad Cafe". Po Śląsku poniewieram się po koncertach - każdy jeden to dla mnie wielka uczta muzyczna. Podniesiony puls. Wypieki na policzkach. A nawet wzruszenie. I to jest trochę tak, że kiedy brak mi sił, to leci "Emigrantka", a jak mi Osiecka w duszy zagra, to odpalam "ZOO" - jedyny koncert na DVD. I chyba dla mnie najważniejszy.


Magda Umer. Przy naszym ostatnim spotkaniu podziękowałam jej za wszystko. Za  emocje, których mi dostarczyła swoimi interpretacjami piosenek. Za to, że w tak cudowny sposób opowiada świat i za wspaniały koncert w Opolu, w 1997 roku - "Zielono mi". Melancholijnie-smutna i bardzo potrzebna w mojej codzienności.


Michał Bajor. Może dlatego, że mężczyźni też potrafią poruszyć to i owo w mojej duszy. Znaczy ten jeden mężczyzna. Wspaniałe interpretacje, wielki talent.


Sentymentalnie się zrobiło. Nastrojowo. Piosenka poetycka i aktorska jest tym, co kocham. I to nie jest tak, że tylko tych trzech Artystów tak porusza i wzrusza. Edyta Geppert, Alicja Majewska, Irena Santor,  Andrzej Poniedzielski... zabawne to nawet, bo takie oderwane od teraźniejszości. Nie ma na mojej liście nic współczesnego, nic popularnego. Dziwak i tyle.

Podróże. Kocham podróżować po Polsce. Cenię sobie aktywny wypoczynek. Niestety gardzę leżakowaniem na plaży czy moczeniem kończyn w basenach, bo szkoda mi na to czasu. Wolę zwiedzać, oglądać i podziwiać. Staram się wybierać nowe rejony, nowe miasta, żeby zobaczyć jak najwięcej. Kiedyś chodził mi po głowie blog podróżniczy, ale to jeszcze nie teraz. Może jak dzieciaki podrosną i nasze wycieczkowanie stanie się bardziej regularne. Kocham polskie morze. Wszystko wszystkim, ale nad Bałtyk trzeba jechać co rok! Z rodziną wyruszamy dość często. Czasami bliżej, czasami dalej. Odwiedzamy ciekawe miejsca, fotografujemy i próbujemy lokalnych dań.




Teatr. Teatr to bardzo skomplikowana pasja. Przede wszystkim dlatego, że jest drogi. Wiadomo, wycieczki są droższe, ale jednak wiążą się z kilkudniowym odpoczynkiem, a sztuka - nawet najlepsza, to zaledwie dwie/trzy godziny, a wydatek... W naszych śląskich teatrach jest taniej, to na pewno. Jednak mnie pociągają i przyciągają przede wszystkim te warszawskie - wielkie teatry, pełne moich najukochańszych aktorów. Jest ich kilka (tych teatrów) i za każdym razem, jak mam okazję na taką teatralną ucztę, to mój poziom endorfin niebezpiecznie wzrasta. I nie, to nie znaczy, że gardzę tymi lokalnymi. Częstochowski Teatr im. Adama Mickiewicza to najcudowniejsze miejsce pod słońcem. Moje miejsce, w moim mieście.  No taka prawda! Powoli staram się zaszczepić tę pasję w córce. Jest już na tyle duża, że od pewnego czasu chodzi na różne sztuki. Będę mieć kompana w przyszłości.

Seriale. Oj tam, oj tam. Tak, seriale też. Teraz brak mi na nie czasu. Mam kilka takich 'do żelazka' i to musi chwilowo wystarczyć. Jednak to nie jest tak, że ta moja serialowa miłość się skończyła bezpowrotnie. Powróci, tylko maluchy muszą się ogarnąć. Moje serialowe miłości? "Przyjaciele"! Mogę zawsze i wszędzie. Każdego dnia w moim tv goszczą i to już od dawna. "Castle", "Kości" i "Dr House" to moja wielka trójca, którą żyłam kilka lat. Wstawałam w nocy, oglądałam solo i ze znajomymi. Z okazji finałów sezonu brałam udział w zlotach, w nocnych maratonach i innych szaleństwach też. Na forach internetowych poznałam ludzi, z którymi utrzymuję kontakt do dziś. Powracam do nich z radością. Wciąż przeżywam kilka wątków, wciąż wzruszają mnie niektóre sceny. Wciąż bezgranicznie zachwyca mnie Stana Katic. To się nie zmienia. Kolejnym serialem, który był najbardziej mój z tych wszystkich moich, jest "Private practice". Najcudowniejsza Kate Walsh i przypadki medyczne, które rozrywały moje serce. Polskie seriale też oglądam i zawsze oglądałam. Może nie ma się czym chwalić (na pewno nie powinnam się chwalić, ileż ich było), ale naprawdę nie żałuję żadnego odcinka obejrzanego dla uśmiechu Leszka Lichoty!

Dużo tego. Część pasji trochę zakurzona, odroczona z okazji posiadania w domu dość wymagającego i ciągle ząbkującego niemowlaka, inne wciąż obecne, ułatwiające przetrwać każdy kolejny dzień. Taka jestem, to mnie tworzy, tym żyję. Zero adrenaliny, ale za to ileż pozytywnych emocji!

O pasjach pozostałych Śląskich Blogerów Książkowych można poczytać tutaj:
ŚBK 

środa, 14 marca 2018

"Kłamczucha" E.Lockhart

Tytuł: Kłamczucha
Autor: E.Lockhart
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 320

 Jule West Williams to silna, niezależna dziewczyna. Trudne dzieciństwo odciska na niej piętno, traumatyczne doświadczenie zmienia ją z delikatnego, wrażliwego dziecka w wojowniczkę. Po stracie rodziców zostaje przyjęta do specjalnej akademii. "Uczy się tam technik obserwacji, ćwiczy przewroty w tył i zdobywa umiejętność uwalniania się z kajdanek oraz kaftanów bezpieczeństwa. Nosi skórzane spodnie i wypycha kieszenie gadżetami. Uczęszcza na lekcje obcych języków, sztuki kamuflażu, różnych akcentów, fałszerstwa oraz luk prawnych". Ta edukacja sprawia, że Jule staje się postacią niebezpieczną, której lepiej nie spotkać na swojej drodze.

Można powiedzieć, że takiego pecha ma Imogen Sokoloff, dziedziczka fortuny, córeczka bogatych rodziców, która jest mocno rozpieszczoną dziewczyną. Jej matka martwi się poczynaniami córki i w wyniku szczęśliwego (dla siebie, nieszczęśliwego dla Imogen) zbiegu okoliczności (a także w wyniku pomyłki!) bierze Jule za koleżankę swojego dziecka i proponuje jej wycieczkę. Ma ona odszukać Imogen i sprawdzić, czy u niej wszystko w porządku. Rodzice dziewczyny pokrywają cały koszt, a wyprawę określają mianem pracy wakacyjnej. Zbuntowana wojowniczka zgadza się na taki układ, a po znalezieniu Imogen nawiązuje z nią skomplikowaną relację. To pierwsza osoba, która staje się jej naprawdę bliska, która jej imponuje. Ciężko wyczuć czy między dziewczynami rodzi się przyjaźń, czy jedynie jakaś forma toksycznej znajomości, w której jedna strona stara się za wszelką cenę upodobnić do drugiej.

Nie ukrywam, że książka stanowiła dla mnie pewnego rodzaju wyzwanie. Przede wszystkim dlatego, że wydarzenia w niej opisane są od tyłu. Najpierw poznajemy konsekwencje działań bohaterów, a dopiero potem dowiadujemy się, jaką drogę musieli przebyć, żeby do tego doszło. Muszę przyznać, że postać Jule została świetnie napisana, jednak swoim postępowaniem przeraża i odrzuca od siebie. Nie da się jej polubić. Co najwyżej można się zastanawiać, jak bardzo musiały nią wstrząsnąć wydarzenia z dzieciństwa, że stała się tak bezwzględną istotą. Uczciwie stwierdzam, że nie polubiłam żadnej z postaci, co w zasadzie rzadko się zdarza. Nie mogę jednak odmówić autorce tego, że pomimo skomplikowanej konstrukcji powieści, udało jej się stworzyć ciekawą historię, z rozbudowanym wątkiem psychologicznym. Tylko nie udało jej się przekonać mnie do formy i do naprawdę antypatycznych bohaterów.

Najbardziej przeraził mnie motyw przejmowania tożsamości, upodabniania się do swojej przyjaciółki, dążenia do stanu, w którym zaczyna się żyć cudzym życiem. Skomplikowana relacja dziewczyn sprawia, że jedna z nich zaczyna się czuć nieswojo, a druga nie jest w stanie zaakceptować tej sytuacji. I tu w grę też wchodzi wielkie rozczarowanie - Jule pierwszy raz w życiu obdarza kogoś uczuciem. Robi to źle, nieumiejętnie, zbyt agresywnie, ale w tym całym swoim zakłamanym życiu - w tym wydaje się uczciwa. I to jest jedyny moment w całej książce, w którym żal mi głównej bohaterki. Ten moment, kiedy uświadamia sobie, że może nawet kocha swoją przyjaciółkę, ale w jakiś taki niewłaściwy sposób. 

Tak naprawdę do połowy akcja toczy się dość leniwie (czyli końcówka tej historii jest mało porywająca), a później robi się ciekawiej i nawet momentami powieść trzyma w napięciu. Dla mnie to trochę za mało, żeby uznać książkę za fantastyczny bestseller, który warto polecić każdemu, ale wystarczająco, żeby uznać to za miło spędzony czas przy dość specyficznej powieści.



Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.


środa, 7 marca 2018

"Szepty stepowe" Ewa Cielesz

Tytuł: Szepty stepowe
Autor: Ewa Cielesz
Wydawnictwo: Axis Mundi
Liczba stron: 262

Ucieszyłam się na kontynuację książki "Słońce umiera i tańczy" Ewy Cielesz. Polubiłam bohaterów i byłam ciekawa, co u nich słychać. Z radością przeczytałam powieść i...

Jestem pozytywnie zaskoczona! Ta część jest dużo lepsza od poprzedniej. Jest bardziej emocjonalna. A do tego trzyma w napięciu i ma kilka niespodziewanych zwrotów akcji, które wzbudzają gamę różnorodnych odczuć.

Jagoda i Dymitr ruszają do Mongolii. Od początku wszystko idzie zupełnie nie tak. Dziewczyna nie potrafi odnaleźć się wśród ludzi, którzy nie przyjmują jej przychylnie. Do tego wokół relacji jej narzeczonego z rodzicami i rodzeństwem narasta pewna tajemnica. Obcy język, totalnie różna kultura, warunki życia, które początkowo wprawiają w osłupienie, to tylko niektóre aspekty, które przerażają Jagodę. Odnajduje ona bratnią duszę w jednym z braci Ochira. Poza nicią porozumienia rodzi się między nimi pewne napięcie, którego żadne z nich nie potrafi wytłumaczyć. Dobrze czuje się też w towarzystwie niepełnosprawnej siostry, którą każdy traktuje jak roślinkę. Z radością odkrywa, że dziewczyna rozumie więcej, niż ktokolwiek przypuszcza i odnajduje sposób, żeby się z nią porozumieć. Dni w Mongolii płyną leniwie, a Jagoda robi się niespokojna. Dymitr nie wywiązuje się z obietnic. Do tego wraca do dawnych praktyk, którymi krzywdzi dziewczynę. Zdeterminowana postanawia uciec i wrócić do Polski.

Plan to jedno, ale jego realizacja to drugie. Nie jest łatwo wyrwać się z tak destrukcyjnej relacji, a tym bardziej opuścić Mongolię. Jednak Jagoda nie wyobraża sobie, że mogłaby zostać. Czuje się osaczona, wręcz uprowadzona - w końcu mieli wyjechać na dwa miesiące, a mija pół roku. Bez pieniędzy, z bardzo słabą znajomością języka, bez pojazdu, bagażu ucieka... jednak czy to będzie takie proste?

Niewątpliwie druga część przygód Jagody i Dymitra obfituje w wydarzenia, które wywołują swojego rodzaju lęk, niepewność u czytelnika. Trudno przewidzieć, w którym kierunku potoczy się akcja, a dziewczyna musi podjąć szereg trudnych decyzji. Tak naprawdę pierwsza połowa książki, która toczy się w Mongolii, jest przesycona tajemnicą, brutalnością, obcością spowodowaną przebywaniem pośród tak odmiennej kultury. Powrót do Polski też nie należy do najłatwiejszych - bo i gdzie wrócić, kiedy mieszkanie wynajęte (a wręcz jak twierdzi Dymitr podstępnie sprzedane), a w pobliżu żadnej przyjaznej duszy. Półroczna wyprawa odciska piętno na Jagodzie, a w tym czasie w Polsce też wiele się zmienia.

Dymitr nie jest postacią, którą można polubić. W swoim rodzinnym domu czuje się jak pan i władca świata, a na pewno Jagody. Zdumiewa jego pewność siebie, a tym bardziej zdumiewa lekkość, z jaką owija sobie wokół palca dziewczynę. Potrafi wykorzystać uczucie, którym go darzy Jagoda, jak nikt inny. Toksycznej relacji tej dwójki przygląda się tyle osób - rodzice, rodzeństwo, a wydaje się, jakby nikt nie dostrzegał, co się dzieje.

Jagoda to silna, niezależna kobieta, która traci rozum dla swojego wymarzonego mężczyzny. Traci też czujność, przestaje myśleć zdroworozsądkowo. Aż w końcu uświadamia sobie wszystkie kłamstwa, cały ból, który Dymitr jej zadał. I podejmuje próbę ucieczki. Wykazuje się niezwykłą determinacją i odwagą, wtedy kiedy trzeba też przebiegłością. Musi polegać na sobie i decydować, komu może zaufać, a przed kim powinna się bronić. Trudna, ale trzymająca w napięciu podróż do Polski ma być ostatnim wyzwaniem dla niej. Jednak to, co zastaje na miejscu, sprawia, że opada z sił. Znowu musi się zmierzyć ze swoją nową rzeczywistością.

Ciekawie napisana powieść, świetnie wykreowane postaci i umieszczenie kawałka akcji w Mongolii, to jak dla mnie największe plusy książki. Godna polecenia!



Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Axis Mundi.


sobota, 3 marca 2018

O Legimi słów kilka...

Kultura jest droga. To nie tylko puste hasło, ale też szczera prawda. Kino, teatr, książki, płyty z muzyką - wszystko kosztuje i to sporo. Kiedyś (a było to naprawdę dawno temu) na jednym forum wspomniałam, że marzą mi się miejsca, w których w ramach abonamentu można bez ograniczeń słuchać muzyki, oglądać filmy czy seriale i czytać książki. Przez ostatnie kilka lat dużo się w tej kwestii zmieniło. Portale szerzące kulturę pojawiają się, rozwijają i kuszą swoją ofertą. I tym samym filmy i seriale mają swojego Netflixa (a także polskie platformy dedykowane poszczególnym stacjom), muzyka ma Spotify, a książki mają Legimi. 

Dotychczas przyglądałam się tej platformie z zaciekawieniem, ale z racji posiadania Kindle'a, a nieposiadania tabletu czy czytnika innej firmy, nie stanowiłam potencjalnej grupy odbiorców. Aż tu nagle wspaniała wiadomość - Legimi otwiera się na Kindle. Och jak cudownie! 

Dzięki uprzejmości platformy Legimi przez trzy miesiące korzystałam z jej dobrodziejstw i tym samym miałam możliwość przetestować niektóre funkcje, a także powrócić do czytania na czytniku.

Dla Kindle'a przewidziane zostały dwa abonamenty - tańszy z możliwością przeczytania 7 książek (ale tylko na czytniku Kindle, na dodatkowych 3 urządzeniach można korzystać z pełnej oferty) i droższy z możliwością przeczytania 10 pozycji (oprócz pełnej oferty na pozostałe urządzenia, można też korzystać z bazy audiobooków). Czy to dobra propozycja? Dla mnie wystarczająca. Nie jestem w stanie zrezygnować z papierowej książki, a także z życia rodzinnego i zawodowego, więc 7, a tym bardziej 10 pozycji miesięcznie wydaje mi się wręcz nieosiągalne. 

Ceny wahają się od 32,99 do 44,99 w zależności od pakietu oraz tego, czy chcemy się związać umową na 12 miesięcy, czy nie. Czy jest to dużo? Cena zbliżona do jednej, ewentualnie do dwóch książek w dużej promocji, a dostajemy tych książek znacznie więcej. Chociaż tylko wirtualnie... Jestem zbieraczem i lubię mieć egzemplarz papierowy. Chociażby po to, żeby dzielić się dobrem z innymi. Z drugiej strony moje regały nie są z gumy, a i nie wszystkie tytuły warte są ustawienia na półce. Legimi dało mi możliwość przeczytania tych pozycji, na których zakup nie zdecydowałabym się. Spróbowałam kilku nowych autorów i wiem, którzy zostaną ze mną na dłużej, a do których niekoniecznie powrócę. 

Mam problem z oceną całej platformy. Jest przejrzysta, ma przyjazny dla użytkownika interfejs, ale już katalog nie jest dla mnie intuicyjny. Książki poza podziałem na poszczególne kategorie, rozrzucone są w chmurze - bez ładu i składu. Szukając książek dla Kindle, miałam dwie opcje - albo wyszukiwać w chmurze dedykowanej dla tego czytnika, albo wpisywać w ogólną wyszukiwarkę, ale to wiązało się z tym, że w każdy tytuł musiałam wejść i sprawdzić, czy znajdę plik z odpowiednim rozszerzeniem. I to znowu miało swoje plusy i minusy. Minus to oczywiście pracochłonność, ale do plusów mogę zaliczyć wybranie kilku powieści po okładce (dosłownie!), które mnie zachwyciły. Prawdopodobnie nie zdecydowałabym się na nie, gdybym miała możliwość szukania po gatunku, a tym bardziej po autorze. 

Co udało mi się przeczytać przez te 3 miesiące? 
"Jak cię zabić, kochanie" Alek Rogoziński
"Ostatnia arystkrotka" Evžen Boček
"Do trzech razy śmierć" Alek Rogoziński

Na pewno chciałabym wrócić do powieści Magdaleny Witkiewicz, Marty Obuch i Magdaleny Knedler. Zachwyciły mnie i cieszę się, że miałam okazję przeczytać te tytuły. Obiecałam też sobie, że wyruszę na kolejne spotkanie z powieścią Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. 

Niestety nie przekonała mnie książka Evžen Boček. Nastawiłam się na turlanie ze śmiechu... i nie było turlania. Zmęczyłam. Nie będę kontynuować tej przygody. Największy problem mam z powieściami Alka Rogozińskiego. Czytało się dobrze, ale tak do końca nie czuję tych książek. Z jednej strony było na tyle nieźle, że przeczytałam dwie pozycje, a z drugiej strony nie jestem przekonana, czy chciałabym spróbować jeszcze raz. Daję sobie czas na oswojenie, nie wykluczam, że wrócę. (Może po spotkaniu autorskim?)

Słowem podsumowania: odkąd Legimi ma w swojej ofercie abonament dla Kindle'a, to ja jestem nim jak najbardziej zainteresowana. Zwłaszcza że czytnik jest świetną opcją na podróż, do czytania w nocy czy w słońcu (a lato nadchodzi)! A i oferta jest dla mnie przystępna cenowo. 




poniedziałek, 26 lutego 2018

"Okrutna pieśń" Victoria Schwab

Tytuł: Okrutna pieśń
Autor: Victoria Schwab
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 432 

Wstyd się przyznać, ale znowu wybrałam książkę po okładce. Śliczna, intrygująca i ujmująca prostotą przyciągnęła mój wzrok i od razu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Tym bardziej że opis powieści też wydał mi się interesujący. I do czego mnie to doprowadziło?

Zdecydowanie muszę rzec, że książka mnie zaskoczyła. Przede wszystkim myślałam, że będzie ona skierowana wyłącznie do młodszych odbiorców, a tak nie jest. Spokojnie może przeczytać ją każdy i jeśli tylko dobrze czuje się w gatunku urban fantasy, to bez wątpienia odnajdzie się w lekturze i dostarczy mu ona dużo emocji. 

Na uwagę zasługuje dwójka głównych bohaterów. Kate Harker to pewna siebie, przebojowa dziewczyna, która chce być blisko ojca. Chce zwrócić na siebie jego uwagę i sprawić, żeby był z niej dumny. Niestety nie jest to takie proste, bo od śmierci matki odsyłana jest regularnie do różnych szkół. I za każdym razem robi wszystko, żeby się z nich wydostać i wrócić do domu. Swój cel osiąga podpaleniem kaplicy w Akademii Świętej Agnieszki. Dopiero tym występkiem przekonuje ojca, że jej miejsce jest obok niego, a jej cel, to pomaganie mu. We wszystkim. W kolejnej ze szkół natyka się na Fredericka Gallaghera. Szybko odkrywa, że coś jest z nim nie w porządku. Szuka go na liście chronionych mieszkańców, ale to na nic. Długo zastanawia się, jaką tajemnicę kryje ten uczeń. I dlaczego zamiast ją drażnić, jak praktycznie cała szkoła, wzbudza w niej pozytywne uczucia. 

Dzieli ich wszystko. Ona jest córką potężnego Calluma Harkera, który włada Miastem Północnym. On jest synem Henry'ego Flynna, który zajmuje się Miastem Południowym. Już samo to sprawia, że w teorii są największymi wrogami. Dodatkowo Frederick to tylko imię, które chłopak przyjmuje na potrzeby szkoły. Tak naprawdę nazywa się August i jest... potworem. 

"Nocą polowali na potwory, lecz w ciągu dnia starali się nie dopuścić do stworzenia nowych. A to dokonywało się przez zbrodnie. One były przyczyną, zaś Corsaje, Malchajowie i Sunajowie - rezultatem".

Corsaje i Malchajowie są potworami Harkera. Zajmują ziemię na jego warunkach, a on chroni ludzi, żeby nie padli ich ofiarą. Sunajowie to podopieczni Flynna. Jest ich tylko troje - Leo, Ilsa i August.  Żywią się duszą tych, którzy dopuścili się największych zbrodni. Ich bronią jest muzyka - Leo swoją śmiertelną pieśń potrafi wygrać na każdym przedmiocie, Ilsa pokonuje przeciwnika śpiewem, a August wygrywa pieśń na skrzypcach. Okoliczności ich powstania są tajemnicze i wiążą się z wielkimi tragediami. Rodzina postanawia wysłać Augusta do szkoły, żeby miał oko na małą Harkerównę. Chcą, żeby była kartą przetargową, kiedy przymierze między Północą a Południem upadnie. 

Kiedy Kate odkrywa, że Frederick to tak naprawdę Sunaj - jeden z synów Flynna, postanawia doprowadzić go do ojca. I w ten sposób zyskać sobie jego szacunek. Jednak wszystko komplikuje nagły atak potworów. August, zamiast paść ofiarą Kate, ratuje jej życie. Kate, zamiast dostarczyć ojcu potwora, musi uciekać i walczyć o życie. I to razem ze swoim wybawicielem. Niby wrogowie, a jednak muszą podjąć decyzję, czy łączyć siły i próbować przetrwać, czy spełniać swoją powinność i wykazać się lojalnością względem ojca. 

"Corsaj, Corsaj, zęby, szpony,
Potnie, pożre na surowo.
Malchaj, Malchaj, blady, chudy,
Wyssie krew, aż będziesz suchy.
Sunaj, Sunaj, czarnooki,
Pieśń zanuci, porwie duszę".

Książka zachwyca nie tylko świetnie wykreowanymi postaciami, ale też wartką, przemyślaną akcją. Naprawdę trzyma w napięciu i sprawia, że nie można oderwać się od czytania. Świat przedstawiony w utworze jest mroczny, tajemniczy. Z jednej strony mamy normalną szkołę pełną uczniów, z drugiej potwory, które zagrażają światu. Nikt nie spodziewa się, że do braci uczniowskiej dołączy Sunaj. Nikt nie spodziewa się, że może to być potwór, który dąży do pokoju i nie chce zerwania przymierza. Taki idealista, który źle się czuję w swojej skórze i chciałby być bardziej ludzki. Zaskakuje on Kate, która w wielu miejscach nie zgadza się z jego światopoglądem. Sama Kate - z jednej strony waleczna i pewna siebie dziewczyna, ale nie do końca potrafi odnaleźć się w sytuacji, w której to nie ona odgrywa główną rolę, tylko jej wróg - Sunaj. Poza tym zaczyna przypominać sobie wydarzenia z przeszłości,  które uświadamiają jej, że nie każdemu może ufać i nawet najbliżsi mogą okazać się bardzo niebezpieczni. 

Autorka stopniowo wprowadza nas w świat Miasta Prawdy, pokazuje, jak rozkładają się siły między Północą a Południem i jakie metody walki ze złem preferują ich przywódcy. Nie da się polubić ojca Kate, który swoją bezwzględnością i brutalnością wzbudza negatywne odczucia. Za to rodzina Flynnów, chociaż złożona w większości z potworów jest przesympatyczna. Może z jednym małym wyjątkiem. Ciepli, serdeczni wobec siebie i dobrzy - czy tak powinna wyglądać relacja ludzi z potworami? Czy potwór brat może kochać potwora siostrę i martwić się o jej los? 

W powieści zachwyca styl - lekkie pióro, świetnie skonstruowany świat przedstawiony i ciekawie, konsekwentnie kreowane postaci. Akcja urywa się nagle, pozostawiając niedosyt. Mam nadzieję, że pojawi się kontynuacja, bo tej powieści zdecydowanie się takowa należy. Bardzo wysoko oceniam i zachęcam do przeczytania każdego, kto nie gardzi młodzieżówkami - zwłaszcza w gatunku urban fantasy. 



Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

środa, 21 lutego 2018

ŚBK: Największe grubasy w mojej biblioteczce



Nie ma w mojej biblioteczce grubasów z prawdziwego zdarzenia - np. takich 1500 stron. Nie przepadam za opasłymi tomiszczami. Po pierwsze dlatego, że bardzo niewygodnie się je czyta. Jestem miłośniczką czytania w wannie, w łóżku, w pozycjach mocno pokręconych. Niestety nie sprzyjają one ciężkim, grubym, wielostronicowym książkom. Po drugie dlatego, że przeważnie nie mam możliwości czytać dwa czy trzy dni z rzędu po kilka godzin. Dom, dzieci, zajęcia dodatkowe... i czasu na czytanie jest, ile jest. Niestety nie mam jakiejś wybitnej pamięci, ani też nie potrafię się wciągnąć w lekturę, którą czytam przez miesiąc - codziennie po kilkanaście kartek. Z tego powodu bardzo nieśmiało podchodzę do powieści, które mają więcej niż 400 stron. Jednak są takie książki, które mimo swoich rozmiarów... są w biblioteczce i zajmują w niej bardzo ważne miejsce. Część przeczytana, część do przeczytania.... i jeszcze kilka w planach zakupowych.

1) Moja ukochana Osiecka. Agnieszka pisała dużo, więc i książki mają dość pokaźną objętość. Tutaj niestety sporo braków.  Z serii "Dzienniki" brakuje mi 3!! tomów (kiedy ja to zaniedbałam?), a z czarnej serii wydającej jej twórczość też jeszcze nie wszystko stoi na półce... 

"Dzienniki 1945-1950" - 496 stron
"Dzienniki 1951" - 544 strony
"Jabłonie" i "Do dna" - 576 stron i 488 stron
"Biała bluzka. Najpiękniejsze opowiadania" - 464 stron
"Nowa miłość. Wiersze prawie wszystkie" - 696 stron 

Dużo czytania!

2) Stieg Larsson to był hit. Był taki moment, że każdy czytał, każdy o tych książkach mówił i ogólnie panował wielki szał. Dostałam na urodziny, wpadłam w ten szał... ale przeczytałam tylko dwie części. Potem nieopatrznie (dobra, dobra, specjalnie!) zerknęłam na zakończenie trzeciego tomu... i odechciało mi się czytać. Taka prawda. 



"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" - 634 strony
"Dziewczyna, która igrała z ogniem" - 704 strony
"Zamek z piasku, który runął" - 784 strony

3) Dan Brown stoi sobie na mojej półce w komplecie. Nieprzeczytany tylko "Początek", bo jakoś jeszcze nie było okazji. Przy tym autorze mam mieszane odczucia. Z jednej strony czyta się szybko, łatwo i przyjemnie, a z drugiej strony - zwłaszcza w serii o Robercie Langdonie - irytuje mnie niezniszczalność głównego bohatera, jego inteligencja, spryt i taka.. wręcz nadludzkość. Wiem, wiem, to tylko postać literacka, a z założenia akcja ma być wartka, ale są też jakieś granice realności... 




"Początek" - 576 stron
"Inferno" - 592 strony
"Zagubiony symbol" - 624 strony

4) Harry Potter - poszczególne tomy różnią się od siebie ilością stron. Im dalej w las, tym lepiej. Największy potterowy grubas to "Harry Potter i Zakon Feniksa", ale "Harry Potter i Insygnia Śmierci" wcale dużo gorzej na półce nie wygląda. Całość stoi grzecznie i czeka, aż kulturalne dzieciaki dorosną.




"Harry Potter i Czara Ognia" - 766 stron
"Harry Potter i Zakon Feniksa" - 954 strony
"Harry Potter i Książę Półkrwi" - 702 strony
"Harry Potter i Insygnia Śmierci" - 782 strony

I to w zasadzie tyle. W mojej drugiej biblioteczce (rodzinnej) pałęta się na pewno więcej grubasków. Jednak są one 80 kilometrów ode mnie. Za to przy mnie jest jeszcze kilka książek naukowych - teraz już bez znaczenia, ale w swoim czasie spędziłam z nimi wiele fascynujących godzin. Ot taka ciekawostka. 




O grubasach w biblioteczkach pozostałych Śląskich Blogerów Książkowych można poczytać tutaj:
ŚBK 

piątek, 16 lutego 2018

"Moralność pani Piontek" Magdalena Witkiewicz

Tytuł: Moralność pani Piontek
Autor: Magdalena Witkiewicz
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 296

Kocham teatr. Obok literatury odgrywa ważną rolę w moim mysim, kulturalnym świecie. Zawsze chętnie oglądam klasykę - czy to Fredrę, czy Gombrowicza, ale szczególne miejsce w moim sercu mają wszelkie komedie omyłek. Może dlatego, że pozwalają mi się szczerze pośmiać i zrelaksować. Może dlatego, że w moim świecie jest za dużo powagi.

Z radością sięgam po książki, które mogą dostarczyć mi takich wrażeń. Oczywiście w momencie sięgania, jeszcze nie wiem, czy trafią w mój gust, ale opierając się na rekomendacjach osób czytających podobną literaturę... jest duża szansa.

"Moralność pani Piontek" Magdaleny Witkiewicz, to kolejna z powieści, która znalazła się na moim czytniku przypadkiem. Dużo słyszałam o autorce, nigdy nie miałam okazji przeczytać, znalazłam w chmurze legimi i... wpadłam.  Nie tylko w całą historię, która nie wyróżnia się szczególnie spośród obyczajówek, ale styl pisania autorki to jak dla mnie mistrzostwo świata. Pokochałam go od pierwszej strony. Dodatkowo świetne postaci - pani Piontek a właściwie Gertruda Poniatowska to wspaniale przerysowana mamuśka, harpia i pirania w jednym, która uważa, że razem z nazwiskiem zyskała szyk, klasę i dostojeństwo oraz awansowała społecznie. Wszak Poniatowska to już arystokracja, czyż nie? Kawa - tylko z malutkich filiżaneczek, z odpowiednio spienionym mlekiem i ciastkiem na talerzyku. Buty - tylko szpilki, drogie lub jeszcze droższe. "Mąszeri", które na stałe wchodzi do wypowiedzi Trudzi. Wszystko musi być zaplanowane. Wszystko musi być po jej myśli. Wszyscy muszą się podporządkować. Ciężki los z taką kobietą dla domowników i uczta dla czytelnika. Ot co! Tylko czy pani Piontek naprawdę jest taka straszna? Czy odgrywa swój teatr, ponieważ zyskała świetną widownię w postaci syna i męża? I czy jest coś, co może zachwiać jej pewność siebie i sposób postrzegania świata?

I chociaż to najbardziej charakterystyczna postać, to jednak nie jest pierwszoplanowa. To jej syn, August, który wbrew woli matki postanawia się wyprowadzić, gra pierwsze skrzypce. Oczywiście nie może być tak, że wszystko układa się bez komplikacji. Wynajmuje mieszkanie... i okazuje się, że nie tylko on. Właścicielka postanawia wynająć dwóm osobom równocześnie, żeby mieć na bilet na samolot. Tylko zainteresowani nic o tym nie wiedzą. Oj wielka wynika z tego afera, ale on za żadne skarby świata nie chce wrócić do matki, a ona i tak nie ma się gdzie podziać, więc decydują się na wspólne mieszkanie. August poznaje dziewczynę, która zaczyna mącić mu w głowie. Nie ta klasa społeczna, nie ten zawód, nie ten wygląd, a jednak go do niej ciągnie. Tylko jak powiedzieć matce, że szykuje się mezalians? 

Książkę charakteryzuje kilka zabawnych zwrotów akcji, błyskotliwy humor i ten styl kreowania rzeczywistości, który tak bardzo przypadł mi do gustu. Postaci są wyjątkowe, nie tylko pani Trudzia i jej syn, ale też zahukany ojciec, który niby chce zmian, ale boi się wprowadzić je w życie, sąsiadka Augusta, która dzieli się książkami i tym samym urozmaica panu Poniatowskiemu wieczory, dzieci sąsiadów z przeciwka, które zyskują dziadka i dziadek, który zyskuje psa. A dorzucając Augusta, jego przyjaciela, jego współlokatorkę i jej przyjaciółkę, to robi się zacne grono bohaterów, których nie da się nie lubić. Naprawdę! Nawet pani Gertruda w tym całym swoim dostojeństwie jest jednostką, do której sympatia rodzi się w naturalny sposób. 

Bardzo się cieszę, że miałam okazję przeczytać tę książkę. Na pewno sięgnę po pozostałe powieści autorki. Polecam każdemu, kto lubi powieści obyczajowe pisane z przymrużeniem oka, z dużą porcją humoru w najlepszym wydaniu. 



Przeczytane dzięki Legimi.pl (Legimi na Kindle).


czwartek, 8 lutego 2018

"Strzały nad jeziorem" Marta Matyszczak

Tytuł: Strzały nad jeziorem
Autor: Marta Matyszczak
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 304

Premiera nowej książki Marty Matyszczak zbliża się wielkimi krokami. Już 28.02.2018 "Strzały nad jeziorem" pojawią się w księgarniach. Najnowsza opowieść o Guciu i nieogarniętym Szymonie Solańskim zapukała do mych drzwi wcześniej, więc i na blogu przedpremierowa recenzja! 

Gucio to przecudowny pies - błyskotliwy, inteligentny, a kiedy potrzeba to też złośliwy! Szymon natomiast to detektyw, którego gubi... spadek. Nowa fura, drogie ubrania, gadżety i inne bajery przysłaniają mu trochę to, co najważniejsze. Przynajmniej do czasu, aż Róża informuje go, że siedzi. I to za morderstwo. Solański wskakuje w swoje nowe cudo, jakim jest Audi TT i gna czym prędzej na ratunek przyjaciółce, która wyjechała do Barlinka i wplątała się w jakąś dziwną aferę. Szymon nie jest świadomy, że ona pojechała tam na obóz odchudzający, żeby w końcu poczuć się lepiej. Dieta i sport, dużo sportu stają się nowymi przyjaciółmi Róży. I jej sylwetka bez wątpienia zyskuje na tym i to do tego stopnia, że Solański jej nie poznaje! 

Po wpłaceniu kaucji i wynajęciu adwokata trójka przyjaciół rozpoczyna swoje prywatne śledztwo. Solański szuka winnego, Róża stara się nie wtrącać i nie rzucać w oczy (nie jest trudno domyślić się, jak jej te starania wychodzą), a Gucio czasami widzi więcej, ale nie potrafi tego przekazać. I tym samym śledztwo posuwa się powoli. Obstawiają co prawda kilku podejrzanych, co to mogli mieć i motyw, i sposobność do zastrzelenia archeologa, ale wciąż jest wiele niejasności. Dodatkowego smaczku dodaje szkielet prehistorycznego nosorożca, który Róża odkrywa przy okazji zajęć z nurkowania. Wielu jest śmiałków, którzy próbują go wyłowić, wierząc, że uda im się w ten sposób zdobyć sławę i pieniądze.  

Zarówno Szymon, jak i Róża przechodzą przemianę. On szpanuje, rozpuszcza kasę i robi wszystko, co do niego zupełnie niepodobne. Ona staje się atrakcyjna i pewna siebie. Starcie nowego Solańskiego z nową Kwiatkowską jest dla obu niezwykle trudnym doświadczeniem. Poza tym wciąż nie potrafią sami ze sobą ustalić, czego oczekują od wzajemnej relacji. Niby ich stosunki się powoli zmieniają, ale wciąż pozostaje aktualnym mickiewiczowskie pytanie: "czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie"?

Co znajdziemy w nowej powieści Marty Matyszczak? Zabójstwo nad jeziorem, koślawe śledztwo lokalnej policji, niewiele lepsze Szymona i Róży oraz przeuroczego psa, który wiernie towarzyszy w każdej akcji. A także czasami bierze sprawy w swoje ręce. Nie da się przejść obok tej książki (jak i obok wcześniejszych części!!) obojętnie. Zakończenie sugeruje ciąg dalszy i mam nadzieję, że on nastąpi, bo chociaż kryminały te nie trzymają w wielkim napięciu i nie ma w nich masakrycznych zbrodni, a także wielu zwrotów akcji, to jednak to najsympatyczniejsze powieści z najsympatyczniejszymi postaciami, na jakie ostatnio trafiłam. Pisane z przymrużeniem oka, zabawne, lekkie i z Guciem. Czego można chcieć więcej? 

Polecam! I "Strzały nad jeziorem" i wcześniejsze części!
http://kulturalnamysz.blogspot.com/2017/09/tajemnicza-smierc-marianny-biel-marta.html



Za książkę dziękuję Wydawnictwu Dolnośląskiemu.

poniedziałek, 5 lutego 2018

"O górze, która wybrała się w świat. Przygody Małej Czantorii" Weronika Górska

Tytuł: O górze, która wybrała się w świat. Przygody Małej Czantorii
Autor: Weronika Górska
Wydawnictwo: Stapis
Liczba stron: 88

"O górze, która wybrała się w świat. Przygody Małej Czantorii" to książka Weroniki Górskiej skierowana przede wszystkim do dzieci, ale młodzież i dorośli też mogą się przy niej wyśmienicie bawić.

Mała Czantoria liczy sobie dwadzieścia milionów lat i czuje się nieszczęśliwa. Jej siostra - Wielka Czantoria uważa się za lepszą i ciekawszą atrakcję turystyczną i często dokucza mniejszej sąsiadce. Góra marzy o tym, żeby wybrać się w podróż życia i odwiedzić swoje kuzynostwo. Rośliny i zwierzęta zamieszkujące jej zbocza mają mieszane odczucia, ale Mała Czantoria stawia na swoim i rusza w świat. Część roślin, zwierząt, a także swoją kolejkę górską, domy i ulice pozostawia siostrze. Sama wędruje pod osłoną nocy, żeby było łatwiej. Jej pierwszy cel to Łysa Góra, która kusi zlotami czarownic.

Niestety okazuje się, że sabatów od dawna nie ma, a wręcz nie wiadomo, czy kiedykolwiek były. Łysa Góra za to jest równie zarozumiała, jak Wielka Czantoria i traktuje swoją kuzynkę lekceważąco. Kolejny etap podróży to sympatyczne, imponujące wielkością Tatry, które jednak wydają się mocno melancholijne i chociaż góra miło spędza z nimi czas, to w dalszą drogę wyrusza smutna. Jej nastrój poprawia się jednak po spotkaniu z Olimpem. Okazuje się, że bogowie, którzy powinni żyć na jego grzbiecie, nie istnieją, a sam Olimp jawi się jako zapatrzony w siebie. Małej Czantorii to zupełnie nie przeszkadza i pierwszy raz w swoim dwudziestomilionowym życiu... zakochuje się! Z bólem serca opuszcza nowego przyjaciela, ale to przecież nie koniec wędrówki - jeszcze Wezuwiusz, Alpy i Śnieżka!

Uważam, że autorka miała fantastyczny pomysł na tę opowieść. Mała Czantoria jest przesympatyczna, chociaż podobnie jak swoja większa siostra jest zbyt pewna siebie. Jako pierwsza rusza jednak w tak daleką drogę, wbrew teorii, że "góra z górą się nie zejdzie". Po drodze spełnia swoje marzenia, kąpie się w morzu i w oceanie, poznaje zwierzęta, które nie żyją na jej zboczach, a przede wszystkim poznaje różne charaktery górskich kuzynów. Niektóre z gór przypadają jej do gustu, inne opuszcza ze złością, ale każde spotkanie niesie naukę i to nie tylko dla Czantorii, ale też dla czytelnika.

Różne postawy niższych i wyższych wzniesień pokazują, co w którym zakątku Europy jest ważne. Góry opowiadają o historii, która rozgrywała się na ich grzbietach, o mitach, przesądach, a także uczą geografii poszczególnych regionów. I wydawałoby się, że to wszystko w zestawieniu z lekcją o zachowaniach i charakterze poszczególnych wierzchołków może tworzyć treść przesadnie zagmatwaną, zapchaną szczegółami, ale wcale tak nie jest. Zawartość poszczególnych rozdziałów jest świetnie zaplanowana, a ciekawostki, które pojawiają się nawiązując do poszczególnych gór czy całych pasm są łatwe do zapamiętania.

Dodatkowo książka ta jest bardzo dobrze przygotowana pod kątem graficznym - śliczne ilustracje dodają uroku, zwłaszcza że całość została wydrukowana na papierze kredowym, który bardzo lubię w przewodnikach ze zdjęciami i w książkach z ilustracjami.

Mała Czantoria powraca do domu mądrzejsza o nowe doświadczenia, a także szczęśliwa, bo udało jej się spełnić największe marzenie. Przyprowadza też sobie przyjaciółkę, bo we dwoje tym przyjemniej podróżować i planować nowe przygody.

Książka ta została skierowana do dzieci i mogłaby być lekturą uzupełniającą na lekcjach przyrody. Próbowałam czytać z moją sześciolatką, jednak dla niej okazała się jeszcze za trudna. Powrócimy do wspólnego czytania za rok, a może za dwa lata przeczyta już samodzielnie. Polecam serdecznie!




Za egzemplarz (a także zakładki i pocztówki) dziękuję Wydawnictwu Stapis.


czwartek, 1 lutego 2018

"Wszystko wina kota!" Agnieszka Lingas-Łoniewska

Tytuł: Wszystko wina kota!
Autor: Agnieszka Lingas-Łoniewska
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 400

Lubię czytać książki nieznanych mi autorów. Ciekawi mnie ich styl, sposób przedstawiania postaci, a także to, dlaczego mają tylu wiernych czytelników. O Agnieszce Lingas-Łoniewskiej słyszałam dużo, ale po raz pierwszy miałam okazję zapoznać się z jej twórczością. Nie bez przyczyny padło na "Wszystko wina kota!". Wszak kot to zwierz, który zawsze przyciąga moją uwagę. Tak też było tym razem. Nie zgłębiłam żadnej recenzji, a nawet notki o książce - tytuł znalazłam w chmurze Legimi, wrzuciłam na półkę i rozpoczęłam czytanie.

Lidka, główna bohaterka powieści, jest pisarką, która ukrywa się pod pseudonimem Róża Mak. Ma w swoim dorobku wiele książek, właśnie ukończyła nową i jej przyjaciółka (a zarazem agentka literacka) namawia ją, żeby w końcu się ujawniła. Dziewczyna jednak dobrze się czuje z tym, że nikt nie wie, kim jest naprawdę. Ma trzy serdeczne przyjaciółki, wielu fanów, którzy kolekcjonują jej powieści i jednego, trochę uciążliwego recenzenta-blogera, który z masochistyczną przyjemnością czyta każdą jej książkę, a potem pisze nie do końca przychylną recenzję. Od dawna widać, że taka literatura mu nie leży, a i tak brnie w kolejne historie miłosne. Spokojną egzystencję Lidki burzy przystojny sąsiad Jeremi, którego początkowo podziwia z ukrycia. Poznają się dopiero dzięki zwierzakowi pisarki, który zakrada się do sypialni w mieszkaniu obok.

Relacja Lidki i Jeremiego, to zasadniczy temat powieści. Jednak autorka dużo miejsca poświęca także na życie i związki przyjaciółek dziewczyny. Karolina, Tatiana i Aneta mają pozornie poukładane życie, ale też masę problemów - zwłaszcza miłosnych. Związek z młodszym, powrót ukochanego sprzed lat, przekroczenie granicy pracownik/pracodawca, związek pełen nudy i rutyny to tylko kilka komplikacji, z którymi borykają się dziewczyny. Lidka natomiast wchodzi w wymianę maili ze swoim ulubionym blogerem. O dziwo, rozmawia im się świetnie. Chłopak (o ile to w ogóle jest chłopak!) jest inteligentny, błyskotliwy i ma świetny gust muzyczny. Chociaż każde z nich ukrywa się pod swoim pseudonimem, to ich wirtualna znajomość to coś naprawdę wyjątkowego.

Agnieszka Lingas-Łoniewska pisze nieźle! Nie mogę przyczepić się stylu, bo czytało mi się lekko i przyjemnie. Mogłabym przyczepić się treści, która momentami jest zbyt przewidywalna, zbyt infantylna. Taki lepiej skonstruowany harlequin, w którym miłość, dotyk, wszelkie emocje związane z zakochaniem się są na pierwszym miejscu. Co dziwne - bohaterowie nie są jakoś bardzo oderwani od rzeczywistości (jak to właśnie w harlequinach bywa), chociaż nie oszukujmy się - miejscami wydarzenia są mało realistyczne.

Nie jest to gatunek, którym się zaczytuję. Przekonuję się dopiero do powieści obyczajowych, ale do takich typowo romansowych wciąż podchodzę z dystansem. Książka jednak nie zmęczyła mnie, nie zniechęciła (z chęcią przeczytam kolejną powieść autorki!), chociaż bardzo żałuję, że była taka przewidywalna. Zabrakło mi elementów zaskakujących, zwrotów akcji (w romansach też się da!) i tego... tytułowego kota też było za mało!





Przeczytane dzięki Legimi.pl (Legimi na Kindle).

 

poniedziałek, 29 stycznia 2018

"Nie całkiem białe Boże Narodzenie" Magdalena Knedler

Tytuł: Nie całkiem białe Boże Narodzenie
Autor: Magdalena Knedler
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 434

W zasadzie nie wiedziałam, czego spodziewać się po tej książce. Nastawiałam się na kolejny okołoświąteczny romans, tudzież inną obyczajówkę z przesłaniem. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że czytam kryminał! Na dodatek całkiem przyzwoity. 

W trakcie lektury odczuwałam niepokój. Nie cały czas, ale w drugiej części książki na pewno. Takie uczucie, które towarzyszy mi przy czytaniu naprawdę dobrych powieści detektywistycznych. Zamknęłam nawet pewnego dnia drzwi na podwójną zasuwę i to chyba największy komplement, jakim mogę obdarzyć tę opowieść. 

Akcja rozgrywa się w małym, wiejskim pensjonacie, do którego zjeżdżają się goście na święta. Samotne osoby, które chcą zapomnieć lub przemyśleć sobie co nieco, czy rodziny, które z jakichś powodów nie chcą tego wyjątkowego czasu spędzać w domu. Kilka dni przed Wigilią jedna z urlopowiczek znajduje zwłoki mężczyzny, który utopił się w trakcie kąpieli. Nie wzbudza to wielkich podejrzeń, a przynajmniej do czasu, kiedy ta sama dziewczyna natyka się na kolejne zwłoki - tym razem w lesie. W zasadzie wykluczone zostają osoby z zewnątrz - podejrzenia padają na gości pensjonatu, właścicieli i personel. Tylko co może łączyć tych dwoje poszkodowanych - zagranicznego gościa, który kiepsko włada polskim i lokalnego kłusownika? Dlaczego oboje musieli zginąć i kto dopuścił się tego czynu?

Jeden z policjantów namawia swojego dawnego przyjaciela do spróbowania sił w nieoficjalnym śledztwie. Meldują się w pokoju pierwszej ofiary i starają się wczuć w atmosferę pensjonatu i nieoficjalnymi drogami nawiązać kontakt z pozostałymi gośćmi. Szybko zaprzyjaźniają się z Olgą, która miała niezwykłą przyjemność znaleźć obu martwych mężczyzn. Wbrew logice wprowadzają ją w tajniki śledztwa, a i ona donosi im o wszystkim, co widzi i słyszy. 

Dochodzenie jest wyjątkowo trudne, bo każdy ma coś na sumieniu - skrywa swoje tajemnice, kręci w rozmowach, wręcz kłamie. Kilka tropów i każdy fałszywy, a przy okazji goście pensjonatu dbają o to, żeby śledczy przypadkiem się nie nudzili. Wybuchają większe i mniejsze skandale, które dodatkowo mieszkają w śledztwie.

Bardzo podoba mi się konstrukcja tej książki. Troszkę jak w klasyce kryminału - u Agathy Christie! Autorka pisze lekko i konkretnie, więc powieść na żadnym etapie nie nuży, a czytelnik może razem z policjantami prowadzić dochodzenie i zgadywać, kto winny, a kto nie i jaki mógł być motyw. Nie udało mi się szybko rozwiązać tej zagadki. I to jest niewątpliwie zaleta. Zaletą są też dobrze napisane, różnorodne postaci, których życiorysy i sytuacje rodzinne komplikują i tak mocno skomplikowaną sprawę. 

Nie ma osoby, która nie kłamie lub nie ma na swoim koncie jakiejś mrocznej tajemnicy. Wśród gości znajduje się była aktorka, małżeństwo fit-wege, ojciec z synem, którzy utracili bliską osobę, polonista, pobożny mężczyzna, który w życiu popełnił zbyt duży błąd, kobieta, która nigdy nie nosi ze sobą telefonu komórkowego i Olga, która brała udział w muzycznym teleturnieju i odpadła w pierwszym lajfie. Właściciel jest człowiekiem wyjątkowo nerwowym, jeśli ktoś zbliża się do jego ciężko chorej żony, a żona okazuje się chora, ale na zupełnie inną przypadłość. Obrazek domyka sprzątaczka, pielęgniarka i kucharka, które nie wnoszą do sprawy wiele, jednak należy dokładnie słuchać, co mówią, bo ich spostrzeżenia są wyjątkowo trafne. 

I jak w takim zagęszczeniu postaci i problemów odnaleźć winnego? 

Moim zdaniem to naprawdę dobra książka, z którą warto się zapoznać - nie tylko w okolicy Bożego Narodzenia. Poza trudną sprawą przyciąga opisami pięknej, aczkolwiek psotnej zimy i trafnymi obserwacjami ludzkich zachowań i charakterów. Każdy z bohaterów rozliczany jest nie tylko ze swoich życiowych wzlotów i upadków, ale też analizowany jest pod kątem psychologicznym - co często wprowadza zarówno śledczych, jak i czytelnika w błąd. 

Polecam! 







Przeczytane dzięki Legimi.pl (Legimi na Kindle).




piątek, 12 stycznia 2018

"Trzymaj się, Mańka" Małgorzata Kalicińska

Tytuł: Trzymaj się, Mańka
Autor: Małgorzata Kalicińska
Wydawnictwo: Burda
Liczba stron: 552

Przygodę z książkami Małgorzaty Kalicińskiej rozpoczęłam od jej felietonów. Później czytałam "Lilkę", a na koniec wsiąkłam w "Rozlewiska".  I tak rozkochana w stylu autorki, bez wahania sięgnęłam po powieść "Trzymaj się, Mańka!". 

Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że to kontynuacja "Lilki".  Oczywiście po prawie 4 latach uciekło mi trochę z jej formy i treści, ale i tak zaskakująco dużo zostało. Z przyjemnością wróciłam do znanych bohaterów, wspomnień i tej charakterystycznej dla autorki sielskości. 

Marianna nie może otrząsnąć się po śmierci siostry. Każdy jej dzień wygląda tak samo, żyje, ale to życie zlewa się w jedną, wielką plamę. Do czasu, aż sąsiadka zalewa jej mieszkanie. Ten wypadek zmusza ją do działania - musi obudzić uśpione zmysły i ogarnąć kataklizm. A kiedy już wybudza się z tego jakby snu na jawie, okazuje się, że zaniedbała ojca, że kończą się oszczędności, a internetowy przyjaciel czeka od dawna na jakiś znak życia. Pomału ogarnia to, co najpilniejsze, czyli remont i szukanie pracy. Kiedy do jej mieszkania wchodzą robotnicy, sama udaje się na wieś do ojca. Chwilowo pomieszkuje u niego dwoje studentów Kasia i Łukasz, którzy prowadzą badania na jabłonkach, a także matka dziewczyny - Anka, która przyjmuje gościnę w zamian za pomoc w prowadzeniu gospodarstwa. Marianna nie jest zachwycona - z jednej strony nie chce się wtrącać w decyzje ojca, z drugiej w takim tłumie przestaje się czuć, jak u siebie. 

I kiedy powoli wszystko zaczyna się układać, remont dobiega końca, a i perspektywa zarobku pojawia się na horyzoncie, Mańka zauważa ojca i Ankę w altance w dość jednoznacznej sytuacji. Jest przerażona tym, że chce on się z kimś związać. Buntuje się i próbuje zjednać sobie najbliższych, którzy przytakną, że ta sytuacja jest nie na miejscu. Jednak nic takiego się nie dzieje, bo każdy uważa, że to sytuacja idealna - szczęśliwy ojciec i kobieta, która nad nim czuwa. Poza tym, że sprząta, pierze i prasuje, to jeszcze gotuje, pilnuje lekarstw. Anka to ktoś, kto ojcu jest niewątpliwie potrzebny. 

Marianna odnawia swoją korespondencję z Antonim. Wracają do przyjacielskiej wymiany uprzejmości, trosk i radości. I wtedy Antek niespodziewanie zaprasza Mańkę do siebie, do Korei. Nie wie ona, jak zareagować, bo chociaż kusząca to propozycja, to jednak jest to dla niej człowiek zupełnie obcy, widziany przez chwilę na żywo na Wisłostradzie. Po długiej walce ze sobą postanawia zaryzykować i odwiedzić ten egzotyczny kraj. I w tym miejscu rozpoczyna się kolejny rozdział jej życia, w którym poznaje nieznane zakątki, regionalną kuchnię, ale też odnajduje w tym wszystkim siebie, przewartościowuje niektóre rzeczy i stara się odnaleźć szczęście, które utraciła razem z Lilką. 



Uwielbiam styl pisania Małgorzaty Kalicińskiej. Tworzy ona tak ciepłe obrazy i wspaniałe, realistyczne postaci, że niezmiennie mam wrażenie, że ci ludzie żyją tuż obok, po sąsiedzku. Wspaniale oddaje relacje między ojcem a córką, mężczyzną i kobietą, matką a dzieckiem. Opisywane zachowania nie mają w sobie sztuczności, a każdy drobny gest jest wręcz odczuwalny. Naprawdę nie ma drugiej takiej autorki, której  powieści czytałoby mi się tak dobrze. Może dlatego, że nie przerysowuje swoich postaci? Każdy ma wady i zalety, nie ma ideałów i nie ma jednoznacznie złych bohaterów. 

Marianna jest kobietą po przejściach. Niedawno straciła siostrę, wcześniej rozwiodła się z mężem, jej syn mieszka za granicą i nie widuje na co dzień wnuka. W zasadzie ma tylko ojca. Nie jest już najmłodsza, więc ciężko jej znaleźć pracę w zawodzie. Nie jest ani specjalnie ładna, ani specjalnie zgrabna - wygląda normalnie. Zachowuje się też normalnie. Mimo swojego wieku jest zazdrosna o ojca. Ryzykuje wyjazd, chociaż boi się, że rzeczywistość może ją rozczarować. Za dużo myśli i filozofuje, ale stara się żyć uczciwie - zwłaszcza w zgodzie z samą sobą. Nie jest zwariowaną feministką, ale nie rozumie, że ktoś inny może za nią płacić, bo po prostu sprawia mu to przyjemność.

Antek to w zasadzie jej przeciwieństwo. On myślenie i filozofowanie ma za sobą. To przystojny, starszy pan, którego dopadła już siwizna. Ma wymagającą pracę i jest samotny. Chętnie zaprasza do siebie Mariannę, bardzo dobrze się czuje w jej towarzystwie. Jest szarmancki i żyje tak, jak został wychowany. Nie rozumie dzisiejszej młodzieży, nie rozumie, że można żyć chwilą i nie myśleć o przyszłość, albo, że można podróżować bez stałej pracy, domu i tej całej otoczki. Denerwują go rozmowy z Mańką na tematy sprzeczne z jego poglądami. Stara się zrozumieć odmienne sytuacje i to czyni z niego fantastycznego kompana do dyskusji. Dyskusji z prawdziwego zdarzenia. 

Relacja Antka i Mańki ewaluuje w trakcie powieści, a oni oboje uczą się spędzać czas razem. Jest to bardzo zgrabnie napisana relacja, którą zgłębiałam z przyjemnością. Dodatkowo Marianna pisze książkę, opowiadającą o kobietach, które wyrwały się z Polski i robią w świecie coś niesamowitego. Na kartach powieści czytamy zatem kilka niesamowitych historii, wzbudzających zazdrość. 

Jednak żeby nie było tylko dobrze, to jedna rzecz mnie bardzo raziła - wszelkie aluzje i wtrącenia polityczne. I nie chodzi o to, czy się z  nimi zgadzam, czy nie, bo może i w większości przypadków tak, ale wyraźne opowiadanie się Marianny po jednej ze stron na swój sposób przeszkadzało mi. Chyba wystarczająco mam dość polityku w życiu, żeby jeszcze zastanawiać się nad nią w książce. Z drugiej strony aluzje te urzeczywistniły akcję powieści. Tylko bez nich też byłoby dobrze! 

Wspaniale opowiedziana historia, w której tak dużo ciepłych słów, drobnych, ale ileż znaczących gestów i zaskakujących wydarzeń. I chociaż książka mogłaby przytłoczyć zarówno objętością, jak i drobną czcionką, to jednak czytanie jej było niezwykle uspokajające i wyciszające. Dlatego polecam każdemu, kto nie miał przyjemności poznać żadnej z powieści autorki. Ci, co znają, na pewno sami sięgną po tę pozycję. Warto! 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Burda.



piątek, 5 stycznia 2018

"Metoda na wnuczkę" Marta Obuch

Tytuł: Metoda na wnuczkę
Autor: Marta Obuch
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 460
 
Bez wątpienia "Metoda na wnuczkę" Marty Obuch, to moje zaskoczenie roku 2017. Pozytywne zaskoczenie oczywiście. Zaczęłam czytać zupełnie przypadkiem - potrzebowałam czegoś lekkiego, co mogłabym zgłębiać w nocy. Nie thrillera, nie horroru i nawet nie kryminału. A najlepiej czegoś z poczuciem humoru. Wybrałam tę pozycję... i wpadłam po uszy. Czytałam na czytniku i żałowałam, że tak szybko się ta lektura skończyła (kto pisze tak krótkie książki?!), a tu okazało się, że za mną dość pokaźna 460-stronicowa opowieść. Niesamowite.

Na samym początku moją uwagę przykuło miejsce akcji. Katowice! Przystanek tuż obok mojej pracy. To takie niezwykłe uczucie, kiedy wydarzenia dzieją się w znanej okolicy, kiedy nie trzeba sobie wyobrażać ani ławki, ani przystanku, bo są tak doskonale znane - w końcu użytkowane przeze mnie od dobrych 6 lat. Miałam wrażenie, że stoję obok bohaterów i jestem nausznym świadkiem ich rozmowy.

A bohaterów, tych głównych mamy dwóch. Adam dentysta, który podczas niefortunnej rozmowy (tak, tak, właśnie na przystanku) mówi swojej towarzyszce, że jest malarzem. A z malowaniem nie ma tak naprawdę nic wspólnego. Oczywiście kłamstwo szybko się mści, bo dziewczyna chce obejrzeć pracownię, a także chce, żeby Adam namalował jej portret. Chłopak naprawdę musi się napocić, żeby prawda nie wyszła na jaw. Jednak czy to możliwe? Zwłaszcza w dobie wszechobecnego internetu?

Ewa za to ma dość nietypową taktykę na zbywanie zainteresowanych nią chłopaków. Podaje zamiast swojego - numer telefonu swojego dziadka, który potrafi skutecznie odstraszyć i zniechęcić każdego absztyfikanta. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności numer dziadka trafia w niepowołane ręce, które węszą możliwość wzbogacenia. Wychodzi z tego pomieszanie z poplątaniem, ale fakt jest taki, że ginie obraz.  I to oryginalny Malczewski! Oczywiście pierwszym podejrzanym jest Adam, któremu jednak udaje się dowieść swojej niewinności. Tylko co dalej?

Ewa sama nie wie, na jaką relację z Adamem liczy. Z jednej strony ten chłopak ją irytuje, z drugiej przyciąga. Na głowie ma też swojego brata, który planuje ślub z wyjątkowo nieodpowiednią kandydatką. I to siostra postanawia zająć się tym tematem, delikatnie odsunąć tę złą kobietę, a podsunąć swoją koleżankę. I w tym wątku też się sporo dzieje.

W powieści Marty Obuch mamy troszkę kryminału w tle, sporo obyczajówki na pierwszym planie i miłość, wspaniałe uczucie, które wybucha  na ulicy Sokolskiej w Katowicach, a przechodzi liczne wzloty i upadki w trakcie trwania lektury.

Ewa jest dziewczyną zadziorną, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Wielkiego artystę malarza rozgryza szybko, jednak postanawia dołączyć się do jego gry. Nie spodziewa się jednak, że on naprawdę zrobi wszystko, żeby jej zaimponować. Adam to fantastyczny facet, który na początku mija się z prawdą, ale w każdym, nawet najbardziej szalonym pomyśle wspiera Ewę i pilnuje, żeby nie stała się jej krzywda.

Bardzo pozytywnymi postaciami są dziadkowie Ewy, którym nie brak energii na dogryzanie i wykańczanie się wzajemnie. Babcia, korzystając z zamieszania związanego z kradzieżą, postanawia pozbyć się starej i okropnie ciężkiej maszyny z mieszkania dziadka, a dziadek postanawia zagrać babci na nosie i rozpoczyna dietę. A także włącza w swoje życie sport. W końcu tylko tak może zrobić na babci wrażenie.

Świetna lektura - naprawdę lekka i niewymagająca, a przede wszystkim zabawna! Stylowo i humorystycznie, to jest właśnie to, co lubię najbardziej. Autorka zgrabnie prowadzi akcję, a napięcie, które buduje między bohaterami, można poczuć na własnej skórze.

"Sztuka to było coś, na czym Adam się kompletnie nie znał, ale kiedy już wszystkie płótna trafiły na strych, z ciekawości zdarł z jednego folię i...
- Co to jest? - Usiłował zrozumieć, na co patrzy.
W plątaninie powyginanych rąk, powykręcanych łokci i stóp znajdowało się coś. Z ostrzem i rączką, całe czarne, jeśli nie liczyć małego akcentu zieleni. Czyżby golarka Wilkinson? Leżała na wyciągniętej do oglądającego dłoni, zresztą odrąbanej, na której namalowano rzędy cyfr. Nie, nie namalowano. Zapisano. Każda uwieczniona ręka i noga miała na sobie numer, jak w Oświęcimiu.
-  Nadzieja. - Thomas dał na luz i zaparkował obok, wyprężając klatkę. - My, jako cywilizacyjne mięso, niby zlepek danych, zestawieni z symbolem tak zwanego postępu. Symbolem tej, no...
- Higieny? - Adam w jednej chwili zwątpił w swoją artystyczną misję".

 Warto!




Przeczytane dzięki Legimi.pl (Legimi na Kindle).