czwartek, 14 marca 2019

"Morderstwo w Hotelu Kattowitz" Marta Matyszczak

Tytuł: Morderstwo w Hotelu Kattowitz
Autor: Marta Matyszczak
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 302


Do opowieści o Solańskim, Róży i ich wiernym, psim przyjacielu powracam zawsze z nieukrywaną przyjemnością. Przede wszystkim bardzo lubię rezolutnego czworonoga, bez którego Szymon błądziłby we mgle i nie rozwiązałby żadnej zagadki. Poza tym grono starych, dobrych znajomych powiększyło się o kota! No dobrze, na chwilę, ale jednak. Moja słabość do kotów jest tak wielka, że z wielką przyjemnością kibicowałam nowemu zwierzakowi Róży.




Tym razem akcja przenosi się do Katowic, gdzie zostaje zamordowana piosenkarka DJ Dzidzia. Kto miał motyw? Nie wiadomo! Jednak w sprawę wplątanych jest sporo osób, a te niewplątane zachowują się niezwykle podejrzanie. Ot np. mama Róży we własnej osobie... zamyka swojego męża w komórce i plądruje swój własny dom. Cuda i dziwy wyprawiają się na Śląsku, Solański stara się prowadzić śledztwo, a jednocześnie uwieść swoją przyjaciółkę. Nie ulega wątpliwości, że bije mu mocniej serce, a i jej serce nie pozostaje obojętne. I ta cała skomplikowana relacja niestety komplikuje rozwiązanie zagadki, bo młodzi, zamiast współpracować, załatwić sprawę raz-dwa, to kombinują. Kombinują aż zanadto, a kwiaty w toalecie przelewają czarę goryczy. Nie inaczej jest z łańcuszkiem z odciskiem psiej łapy. Niejasne pretensje, rozmowy nie wprost, zabawa w kotka i myszkę... to dominuje w relacji Solańskiego i Róży. A w tle kręci się jeszcze Potomek-Chojarska i Ból. I jak tu prowadzić śledztwo i łapać mordercę?

Nie jestem do końca przekonana czy podoba mi się relacja tej dwójki. Osobiście nie lubię w literaturze przegadanych i przekombinowanych związków. Nie znoszę obrażających się bohaterów - obce mi takie zachowania i nie trawię ich w książkach. Dorośli ludzie! Życie byłoby dużo łatwiejsze, gdyby potrafili rozmawiać o swoich uczuciach i potrafili się z nimi zmierzyć. Nie tylko na zasadzie -  nie pasuje mi, nie spełniłeś/spełniłaś moich wydumanych oczekiwań, to odwrócę się na pięcie i sobie pójdę. Ewentualnie zamknę się w sobie i pójdę z kimś innym na kawę. Nie. To zupełnie tak nie powinno wyglądać i chociaż on jest ciapowaty, a ona niezdecydowana, to jednak kwestię swojej relacji powinni rozwiązać. Pilnie! Zanim całość zmieni się w telenowelę z kundelkiem w tle.

W tej części "Kryminału pod psem" pojawił się język śląski - w scenach Alojza i Pejtera. Niezmiennie stanowi on dla mnie spore wyzwanie, bo na Śląsku jestem przejazdem.  I po prostu nie mówię, nie rozumiem... dobrze, że mam niezawodną kobiecą intuicję i jestem w stanie domyślić się większości. Całe szczęście Autorka zadbała o tłumaczenie dla takiego gorola jak ja. Uważam jednak, że to świetny zabieg, wprowadzenie do tekstu języka, który powinien być pielęgnowany na wszelkie możliwe sposoby. Zwłaszcza dla osób, które nie mają z  nim do czynienia. Marta Matyszczak w sposób bardzo sympatyczny pokazuje Katowice, które ostatnimi czasy pięknieją. Mam przyjemność pracować w okolicy miejsca zbrodni (w zasadzie tylko Superjednostka zasłania mi widok na hotel), często wędrować po rynku czy okolicznych galeriach, pijać kawę w kawiarni, w której bywają bohaterowie. To takie miłe uczucie, kiedy akcja książki dzieje się w tak dobrze znanej okolicy. Nadmienię jeszcze, że do mieszkania Szymona też nie mam daleko, rzekłabym, że 5 minut spacerkiem, więc tym bardziej czuję, że jestem w centrum tych wydarzeń - i tych katowickich, i tych chorzowskich. Moje drogi bardzo dokładnie przecinają się z drogami Solańskiego. Nawet schronisko na Opolskiej i ulubiony weterynarz Gucia są w zasięgu mojego spaceru.

Cieszę się, że rozwiązała się (póki co) kwestia bogactwa Szymona. Jego zgubny nałóg wypadł bardzo wiarygodnie, a powrót do  dawnego życia uwiarygodnił też jego postać. Wcześniej było nienaturalnie, teraz odzyskaliśmy dawnego Szymona - w wytartych spodniach, z pustym kontem. Dla akcji dobrze, dla niego gorzej - wiadomo. Chciałabym jeszcze, żeby w kolejnych częściach Szymon zmądrzał. Zresztą Róża też. Nie potrafię pogodzić się z ich skomplikowaną relacją - chociaż relacja jak relacja, ale te dziecinne, rodem z podstawówki zachowania? A brrr!

Jednak sporo prawdy jest w tym, że bohaterowie mają wzbudzać emocje - i pozytywne, i negatywne, a Róża z Szymonem na pewno wzbudzają (na zmianę i takie, i takie). Dlatego z taką przyjemnością wracam do nich, dlatego taką sympatią darzę tych niezdecydowanych, zbuntowanych, nierozgarniętych bohaterów. Czekam na kontynuację, mam nadzieję, że dla odmiany poobserwuję bohaterów w poważnym związku, w całkiem nowej relacji, w całkiem nowej odsłonie. Tego sobie najbardziej życzę. 




A Autorce dziękuję za kolejne spotkanie z chorzowskim bohaterami. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie uda mi się wybrać na jakieś spotkanie autorskie. Dziękuję także za wspaniałą dedykację.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Dolnośląskiemu.
 
 


środa, 27 lutego 2019

"Klamki i dzwonki" Magdalena Knedler

Tytuł: Klamki i dzwonki
Autor: Magdalena Knedler
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 348

To nie było moje pierwsze spotkanie z Autorką. Jakiś czas temu czytałam "Nie całkiem białe Boże Narodzenie" i bawiłam się przy tej książce wyśmienicie. Bez wahania wzięłam do ręki kolejną powieść i jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że jest ona utrzymana w zupełnie innym klimacie. Nie kryminał, a kawałek porządnej, niezwykle subtelnej obyczajówki. I to zdumiało mnie bezgranicznie, bo nastawiłam się na trzymającą w napięciu, wartką akcję, a w zamian dostałam piękną opowieść o niezwykłej miłości, o sile przyjaźni i o tym, ile człowiek jest gotów zaryzykować, żeby odmienić nie tylko swoje, ale też czyjeś życie.

Eliza jest poetką, która właśnie wydała tomik. Samotna, niezależna i dumna ze swoich osiągnięć, dostaje wiadomość od przyjaciółki z dawnych lat. Kiedyś poróżnił je chłopak, dzisiaj spotykają się w szpitalnej sali, w której jedna leży i czeka na najgorsze, a druga przychodzi wysłuchać niedorzecznej propozycji. Postaci w powieści jest kilka, wątków jest kilka, ale to ta rozmowa, ta prośba, a właściwie błaganie, jest kluczowe dla dalszych wydarzeń. Eliza zgadza się zaopiekować córką przyjaciółki - na czas jej leczenia za granicą, a na wypadek śmierci już na zawsze. Zgadza się, chociaż nigdy nie miała dzieci, chociaż nie wie, jak to jest być mamą. Zgadza się, bo jest jej przykro, że ktoś, kogo kochała, kto był częścią jej świata, teraz umiera. A przede wszystkim zgadza się, bo gdzieś w głębi duszy nie chce już być sama, chce mieć namiastkę rodziny. Razem z córką dostaje dom, zakład fryzjerski i szansę na lepsze życie. Poeta nie zarabia kokosów, a dorabianie w bibliotece też nie przynosi takich zarobków, żeby wieść spokojne życie.

Los stawia na drodze Elizy miłość jej życia. Przewrotnie - ona jest też jego miłością. Jedna ulotna chwila w bibliotece wieki temu sprawiła, że tych dwoje zawsze o sobie marzyło, zawsze było sobie pisanym. Tylko jakimś cudem nie było im pisane związać się ze sobą, bo on wybrał inną, chociaż sam nie wie, czemu. A w życiu tak właśnie bywa - prawdziwa miłość musi czasami poczekać na swoją szansę.

Równolegle z historią tej dwójki - wziętego prawnika i poetki z nową córką na stanie, toczy się opowieść o młodej dziewczynie, która pokochała najmocniej, jak umiała. Pokochała wbrew wszystkim, wbrew zdrowemu rozsądkowi i wbrew najbliższym. Pokochała drania, który nie był wart jednego spojrzenia i który wrobił ją w wypadek samochodowy. Zamknięta w sobie, nieszczęśliwa, z matką, która ośmiesza ją w sieci - szuka wsparcia w swoim prawniku. Początkowo idzie w zaparte, ale w końcu dociera do niej, że to nie o to chodzi, żeby brać na siebie winę za cudze czyny, że miłość to nie cierpienie, aż w końcu, że jej ukochany to zwykły łotr, który bezwzględnie ją wykorzystał.

"Klamki i dzwonki" Magdaleny Knedler to taka książka, od której nie można się oderwać. I chociaż ciężko powiedzieć, że akcja biegnie wartko, a postaci są genialnie napisane, to całość jest pięknie ułożoną historią, w której zazębiające się ze sobą wątki tworzą ciekawą i skłaniającą do przemyśleń opowieść. Czytelnik poznaje tragedię kobiety, która wychowuje samotnie córkę i musi znaleźć dla niej kogoś, kto ją wychowa na ludzi, kto będzie obok i wesprze, kiedy przyjdzie najgorsze. To tragiczna historia mamy, która z miłości usuwa się cień i wybiera najlepszą osobę na swoje miejsce. Która czuwa nad powodzeniem całego przedsięwzięcia, która woli umierać w samotności niż skazać swoje dziecko na ogromne cierpienie i smutne, trudne wspomnienia. Piękna postawa pełna miłości.

Eliza jest rozdarta pomiędzy swoim nowym życiem a uczuciem, które powraca z ogromną siłą. Kocha i chce być kochana, a zarazem wie, że w życiu Alberta jest ta, którą wybrał. I chociaż ich relacja jest trudna, to jednak to ona ma pierwszeństwo. Albert jawi się tu trochę jak taka niezdecydowana, ciepła klucha, chociaż jestem w stanie zrozumieć jego postawę. Tyle wspólnych lat, tyle starań o dziecko, tyle wzlotów i upadków - nie można takiej historii od tak przekreślić, więc nie potrafi odmówić swojej żonie, kiedy ta potrzebuje pomocy. Razem muszą dojrzeć do decyzji o tym, że rozstanie jest niezbędne.


Postaci w tej książce nie da się nie lubić (może poza Albertem), są mocnym punktem powieści. I chociaż "Klamki i dzwonki" poruszają wiele trudnych tematów, to jednak są napisane z niezwykłą lekkością. To sprawia, że przygody naszych bohaterów czyta się z wielką przyjemnością. Autorka pięknie operuje słowem i gra emocjami - trudne tematy, uczucia, przemyślenia i rozterki przestawia w sposób niezwykle realistyczny.

Książka przeczytana w ramach współpracy z księgarnią TAK CZYTAM Katowice i Śląskimi Blogerami Książkowymi. ŚBKów warto polubić TU.
A do księgarni warto się przespacerować, bo to wspaniałe, ciepłe miejsce z wieloma książkami w bardzo korzystnych cenach!



Książkę zaliczam do lutowej części wyzwania Trójka e-pik na blogu Książki Sardegny.

czwartek, 21 lutego 2019

ŚBK: Nasze smaki

Post powstał w ramach wspólnego pisania z ŚBKami. W tym miesiącu opowiadamy o ulubionych smakach. Tak dla odmiany porzucamy na chwilę książki i skupiamy się na kulinariach! 

Smaki, preferencje żywieniowe, ulubione produkty to u mnie niestety temat rzeka! Czemu niestety? Niestety temu, że to, co lubię, niekoniecznie  pokrywa się z tym, co mogę. Jak żyć? 




1) Napoje
Powszechnie wiadomo, że najzdrowsza jest woda i tą ją powinno się codziennie pić w dużej (odpowiednio dostosowanej do organizmu) ilości. Osobiście wody nie lubię - nie pasuje mi, jest okropna i uznaję tylko w wersji bąbelkowej. Najlepiej z cytryną lub limonką. 
Na szczęście (dla mnie, bo nie mogę) nie lubię słodkiego picia - soki, wszystkie pepsi i inne kolorowe napoje nie pasują mi zupełnie, więc bez żalu zrezygnowałam. Chyba że do pizzy. Czy da się zjeść pizzę bez coli? Ano nie. 
Kawa - napój bogów. Bez kawy nie funkcjonuję, a poza tym lubię jej smak. I to sprawia, że jest codziennym dodatkiem do dwóch/trzech posiłków. 
Za to niezwykle skomplikowaną relację mam z herbatą - czarna mogłaby nie istnieć, wszystkie pozostałe odmiany lepiej toleruję i chętniej parzę, ale też mogłabym bez nich żyć. Jedynie zielona jest dla mnie obowiązkowym punktem dnia - ale to chyba bardziej przyzwyczajenie niż prawdziwa przyjemność. 

2) Warzywa i owoce
Warzywa i owoce to podstawa mojego wyżywienia. Od zawsze i już chyba na zawsze. W sumie nie ma takiego warzywa, którego nie lubię (przynajmniej od czasu, kiedy przekonałam się do bakłażana), chociaż nie udało mi się jeszcze przyrządzić smacznego dania z dyni. Warzywa stanowią pół talerza do każdego mojego posiłku i zdecydowanie nie wyobrażam sobie inaczej. 
Gorzej z owocami, bo to moje wielkie miłości (z wyjątkiem jabłek i truskawek, te w sumie mogłyby nie istnieć), ale mój organizm słabo sobie z nimi radzi i muszę je mocno ograniczać - wręcz ważyć! Straszne, jedna z większych moich żywieniowych bolączek! 



3) To, co tygryski lubią najbardziej.
Opcje wytrawne
Najbardziej to lubię pizzę. Nie ma chyba łatwiejszego wyboru w dni, w które lodówka pusta i obiad się nie wstawił. Co prawda nie mogę pizzy (ani tej coli, bez której jej nie zjem), ale to chyba jedyna opcja z listy zakazanych, dla której zdarza mi się robić wyjątek! 
Codziennie mogłabym jeść leczo. Niby to nic wyszukanego, niezwykłego, a robię bardzo często. Smak dzieciństwa, smak lata i jedna z najgenialniejszych opcji żywieniowych. 
Śledzie! Śledzie też mogłabym jeść codziennie - w każdej opcji, obiadowej i jako dodatek do kanapki, opiekane, w occie, w oleju, w pomidorach i w śmietanie. Wszystko wszystkim, ale śledzie muszą być! Dziadek robił trzy razy w roku śledzie w wodzie (z cebulą, zabielonej śmietaną) - w Popielec, Wielki Piątek i w Wigilię. I ja podtrzymuję tę tradycję, nie wyobrażam sobie inaczej.
Zjadam jeszcze jajka w każdej postaci. Jajecznica, sadzone, na twardo, miękko i wszelako. Z dodatkami i bez. Takie małe dziwactwo.
Opcje słodkie
Tych to za bardzo nie mogę. Chociaż nie powiem, bo z mleka/napoju roślinnego/jogurtu/kefiru, a także owoców i nasion chia można wyczarować cuda. A jak jeszcze się doda odrobinę masła orzechowego? Niebo w gębie! 
Bezy, a zwłaszcza beza Pavlova. To jest właśnie ten deser, który mogłabym pożerać codziennie - już nawet nie zjadać, pożerać! Moja największa miłość. Oczywiście zakazana. 
I czekolada. Przyzwyczaiłam się już do tego, że mogę tylko gorzką. Czasami, jak mam lepszy dzień, to wędruję do mojego ulubionego sklepu z żywnością zdrową, ale też przystosowaną pod różne schorzenia i tam kupuję np. czekoladę słodzoną stewią czy ksylitolem. Zostawiam na nią majątek, ale na gorsze chwile i kryzysy stanowi świetne lekarstwo. 




4) Czas w kuchni
Czy lubię sobie dogadzać? Lubię! Lubię gotować, chociaż nie lubię moich ograniczeń. Mam na wykarmieniu niejadka, co też jest skomplikowaną opcją, bo do każdego z domowników muszę podchodzić indywidualnie i to oznacza dla mnie szykowanie posiłków podwójnie, czasami potrójnie, bo i młodsze dziecię (chociaż wszystkożerne) ma już swoje smaki i czasami domaga się czegoś, czego wcześniej nie było w planie. Kuchnia stała się zatem najczęściej okupowanym przeze mnie pomieszczeniem. Nie lubię eksperymentować - lubię korzystać z gotowych przepisów, stąd mam na stanie kilka książek kucharskich. I przeważnie korzystam z diet ułożonych przez dietetyków - z jednej strony dlatego, że nigdy nie pojęłam, o co chodzi w wyliczaniu makr dla posiłków, poza tym jestem zbyt leniwa, żeby pilnować kaloryczności, a także sprawdzać, czy ten i ten produkt na pewno ma niski indeks glikemiczny, a przy okazji też ładunek, a z drugiej dlatego, że z planem żywieniowym dostaję też listę produktów, więc i zakupy szybciej i większa szansa, że w trakcie gotowanie nie okaże się, że akurat połowy składników nie mam w domu.

Poza tym powoli, ale konsekwentnie modyfikuję to, co kupujemy i jemy. Przetworzone, nafaszerowane chemią produkty z długim i bogatym składem zastępuję tym, co proste. To, co można  zrobić w domu (wędliny, czasami pieczywo, tortille, pierogi), staram się robić. Oczywiście nie dajmy się zwariować - pracuję, mam dwójkę dzieci i siedzę w kuchni wystarczająco dużo, więc nie jest tak, że nagle wszystko sama, ale jak mam chwilę, to czemu nie. No i chciałabym, żeby dzieci wyniosły z domu zdrowe nawyki. I tu też bez przesady - mamy słodycze, soki i serki waniliowe. Wszystko z umiarem! 




sobota, 9 lutego 2019

"Dzieci z Bullerbyn" w Teatrze Miejskim w Gliwicach

"Dzieci z Bullerbyn" to książka, którą bardzo miło wspominam z dzieciństwa. Czytałam kilka razy i bardzo lubiłam. 

We wrześniu przy okazji kolekcjonowania zamówienia w księgarni, wrzuciłam do koszyka audiobook. Nie zawsze mam okazję spędzić wieczór na czytaniu dzieciom do snu, więc chciałam, żeby mieli jakąś alternatywę. Córka nie słuchała wcześniej słuchowisk i innych opowieści, więc ciekawa byłam tego eksperymentu. Bardzo zaskoczyła mnie pasja, z jaką wysłuchała "Dzieci z Bullerbyn" po raz pierwszy. Nagranie trwa 9 godzin i tyle spędziła w pokoju - skupiona i wyciszona. Coś niesamowitego. Od tego czasu słuchała wiele razy. Płyta powoli się zużywa, a na półce pojawiły się inne audiobooki wydawnictwa Jung-off-ska. Wpadła jak śliwka w kompot!

Nie zastanawiałam się długo, kiedy pojawiła się okazja do obejrzenia przedstawienia w Teatrze Miejskim w Gliwicach. 27.01 po południu pojechałyśmy na spektakl. Córka nie mogła się doczekać. Książkę cytuje i opowiadała mi, po czym pozna Brittę, a po czym Annę i których rozdziałów nie może się doczekać. 

Już na samym początku bardzo zaskoczyła mnie organizacja na widowni. Poza normalnymi fotelami, na scenie rozłożone były poduszki dla dzieci, które dzięki temu mogły być w centrum wydarzeń. Oczywiście córka skorzystała z tej opcji i miała niepowtarzalne wrażenia, a i ja obejrzałam spektakl w spokoju. 

Przede wszystkim zaskoczyła mnie lekkość, z jaką przedstawiono Bullerbyn. Na scenie panował minimalizm - jedna konstrukcja, kilka dywaników, sześciu aktorów, a udało się dostarczyć widowni maksimum emocji i wrażeń. Całość została pokazana w spójny sposób, pomimo przedstawienia jedynie kilku rozdziałów. Aktorom udało się stworzyć piękną historię, w której poza szóstką dzieci byli też rodzice, sąsiedzi i dziadziuś. Przecież wystarczy dodać włosy, brodę ze ścierki czy zmienić ton głosu, żeby przedstawić zupełnie inną osobę! Super pomysł. Dodatkowo niezwykłe wrażenie zrobiła na mnie świetnie dopasowana muzyka, wpadająca w ucho, prosta i skoczna. "Kawałek kiełbasy dobrze obsuszonej" brzmi mi w uszach do dziś. Fantastycznie! 

Nie muszę przybliżać akcji książki, bo chyba każdy w dzieciństwie ją czytał - w końcu to lektura szkolna. Jednak chciałabym dodać, że niezwykle miło obserwowało się szóstkę przyjaciół, którzy funkcjonowali ze sobą bez złości, zazdrości, pełni prostych, dziecięcych i szczerych uczuć i reakcji. Tak wyczuwalna była w przedstawieniu dziecięca radość i niewinność, serdeczność względem drugiego człowieka. Piękne wzorce, których w literaturze dziecięcej powinno być jak najwięcej. 

Z teatru wyszłam zachwycona. Moja mała gaduła rozprawiała o sztuce jeszcze kilka dni.  Do dzisiaj wspomina poszczególne fragmenty przedstawienia i podśpiewujemy wspólnie piosenkę o kiełbasie. Jeżeli ktoś chce zaszczepić w dziecku miłość do teatru i do Astrid Lindgren, to "Dzieci z Bullerbyn" - zarówno książka (i świetnie czytany przez Edytę Jungowską audiobook), jak i ta sztuka są wspaniałą okazją ku temu. Polecam. Zarówno ja, jak i mój mały pomocnik, na którym testuję powieść od września! 



środa, 30 stycznia 2019

"Światło o poranku" Krystyna Mirek

Tytuł: Światło o poranku
Autor: Krystyna Mirek
Wydawnictwo: Edipresse
Liczba stron: 352

Rok temu czytałam pierwszy tom tej serii - "Światło w Cichą Noc". Powróciłam do znanych mi już bohaterów z dużą przyjemnością. Niezmiennie zachwyca mnie klimat, który stworzyła w tych dwóch powieściach Krystyna Mirek. Subtelne, delikatne opisy uczuć, wzlotów, upadków, a do tego ciepło, które bije od bohaterów i nastrój panujący w powieści to niewątpliwe atuty tej lektury. 

Magda próbuje się pozbierać po rozstaniu z Konstantym. Nie jest to łatwe, zwłaszcza że pracują w tej samej firmie, a on sam związał się z ich szefową. Zauroczony dziewczyną Antek nie do końca może pogodzić się z tym, że Magda jest zupełnie niezainteresowana bliższą znajomością. Świetnie odnajduje się w relacji przyjacielskiej, ale nie pozwala sobie na głębsze uczucia. Jej brat Bartek w końcu odnajduje swoje miejsce w firmie sprzedającej samochody. Jest zadowolony ze swojej pracy, odnosi sukcesy i cieszy się szacunkiem szefostwa. Uczuciowo nie angażuje się zbytnio, chociaż chętnie odwiedza koleżankę w cukierni. Zaprzyjaźnia się natomiast z Bianką, świetnie się z nią dogaduje, ale ta relacja nie opiera się na żadnych głębszych uczuciach. To Michał, brat Bartka i Magdy jest w niej szaleńczo zakochany. Dziewczyna odwzajemnia jego uczucia, ale jak to czasami bywa, żadne nie może się zebrać na odwagę, żeby przyznać, co mu w sercu gra. 

I znowu większość bohaterów jest nieszczęśliwa. Chociaż pozornie pod koniec poprzedniego tomu wszystko zaczynało się układać, tak teraz się rozsypuje. Nawet babcia Kalina nie cieszy się długo swoimi wnukami, albowiem Bianka podejmuje trudną decyzję o powrocie do Warszawy. A jak już smutek i marazm dopada babcię, najpozytywniejszą postać w książce, to i odbija się na pozostałych postaciach. 

Konstanty nie jest szczęśliwy w swoim związku. Zadziałał pod wpływem ojca i teraz ponosi konsekwencje swoich decyzji. Jego matka stara się za wszelką cenę poukładać na  nowo swoje małżeństwo. Zmusza męża do większej aktywności, do rozmowy, marzy o tym, żeby wrócił do sypialni. Chce poczuć się kochana, pożądana i potrzebna. W najgorszej sytuacji znajduje się ojciec Konstantego, któremu wali się świat. Żona się buntuje, syn się buntuje, a potencjalna synowa, w której pokłada ogromne, zawodowe nadzieje, robi głupotę za głupotą i też zawodzi na całej linii. Nie wie, jak odbudować relacje, jak nie dopuścić do rozpadu rodziny. 

Kilka odrębnych historii, które przeplatają się ze sobą, wzajemnie się uzupełniając. Znowu bohaterowie próbują odnaleźć szczęście, spokój i harmonię. Na szczególną uwagę zasługuje Dorota, która rewolucjonizuje całe swoje życie. Nie przygotowuje już wielu potraw na każdy posiłek, nie dba o to, żeby mężowi na każdym kroku usługiwać. Wymusza wiele zachowań, które dotychczas były dla niego obce albo zostały totalnie zapomniane z czasów narzeczeństwa i wczesnego małżeństwa. Bardzo przyjemna dla oka przemiana i dająca nadzieję, że ta kobieta w końcu dopnie swego. Osiągnie szczęście, które jej się należy i szacunek, który mąż zapomina okazywać.

Krystyna Mirek pisze lekko, składnie i bez zbędnych opisów, dłużyzn. Nie dopatrzyłam się irytujących i charakterystycznych dla gatunku zawirowań, które są schematyczne i dążą do przewidywalnych rozwiązań. Bohaterowie zachowują się względnie normalnie, problemy ich nie są wydumane, a charakterologicznie też prowadzeni są w sposób przyzwoity. "Światło o poranku" uważam za książkę, którą czyta się szybko i która wciąga od pierwszej strony. Bianka, Antek i babcia Kalina to przesympatyczni ludzie, których los mocno doświadczył, a mimo wszystko starają się żyć pogodnie i zmierzyć z demonami z przeszłości. Rodzeństwo zza płota zaczyna wychodzić na prostą. Bracia i siostra wybudzają się z marazmu, zaczynają więcej czuć i więcej rozmawiać o uczuciach. Zamykają pewien rozdział, żeby zacząć wszystko od nowa.

Nawet Konstanty dochodzi do wniosku, że czas żyć na własny rachunek. Boi się tego, ale czuje, że musi odnaleźć swoje szczęście. Czeka go trudna walka o własne marzenia, ale jest na nią gotowy - zwłaszcza po ostatnich zawirowaniach miłosnych i zawodowych.

Godna polecenia, niewątpliwie.